Ze świata nieruchomości - strona 99

Kupujemy telefon bezprzewodowy

Choć telefonia komórkowa cieszy się w naszym kraju nieustającą popularnością, część z nas decyduje się również na utrzymywanie w domu telefonu stacjonarnego. Dla wygody warto zastanowić się nad zakupem aparatu bezprzewodowego. Podpowiadamy, na co zwrócić uwagę przy zakupie.
Wydaje się, że nowoczesne telefony bezprzewodowe coraz bardziej upodobniają się do komórek – ze względu na różnorodność funkcji, a także coraz mniejsze rozmiary. Warto jednak pamiętać, by przed zakupem aparatu zastanowić się, jakie funkcje będą dla nas przydatne i czy rzeczywiście niezbędny jest nam w domu telefon z klawiszami wielkości główki od szpilki.

Znaczna większość producentów telefonów bezprzewodowych korzysta ze standardu DECT GAP, który zapewnia cyfrową transmisję głosu. Jedną z zalet jego zastosowania jest możliwość zainstalowania w domu kilku słuchawek, które będą połączone z jedną bazą. Dlatego, jeśli chcielibyśmy używać w domu kilku słuchawek, powinniśmy przed zakupem zorientować się, czy dany aparat posiada taką funkcję i ile słuchawek możemy maksymalnie zainstalować.

Standardowo, wg danych podawanych przez producentów, zasięg telefonów bezprzewodowych wynosi około 50 metrów wewnątrz pomieszczeń i nawet do 300 metrów na zewnątrz. Dlatego, w przypadku gdy chcemy np. rozmawiać spacerując w przydomowym ogrodzie, powinniśmy sprawdzić przed zakupem, jaki zasięg posiada dany model aparatu telefonicznego.
Jak powszechnie wiadomo, wraz ze wzrostem ceny aparatu rośnie również ilość posiadanych przez niego funkcji. Do tych podstawowych, które powinien posiadać dowolny telefon zalicza się m.in. regulację głośności dzwonka (niektóre modele posiadają również kilka, a nawet kilkanaście melodii dzwonka do wyboru) czy powtarzanie ostatnio wybieranego numeru (z ang. redial).

Warto również sprawdzić, czy dany model posiada takie funkcje, jak: przywoływanie słuchawki (paging) czy regulacja głośności słuchawki. Oprócz tego w telefonach bezprzewodowych często można spotkać się z funkcją listy połączeń wybieranych, przychodzących i nieodebranych. Związana jest ona jednak również z dostępnością usługi identyfikacji numeru przychodzącego u naszego operatora telefonicznego.

Przed zakupem aparatu bezprzewodowego powinniśmy również zastanowić się, jak często będziemy z niego korzystać. Jeśli mamy w zwyczaju prowadzić długie rozmowy, nasz telefon powinien charakteryzować się dużą mocą baterii, dzięki czemu będziemy mogli korzystać z telefonu przez dłuższy czas bez konieczności jego ładowania.

Często telefony bezprzewodowe wyposażone są również w funkcję tzw. skróconego (lub szybkiego) wybierania numeru. Oznacza to, że możemy zaprogramować w aparacie numery osób, do których najczęściej dzwonimy i łączyć się z nimi w prostszy sposób.

2009-06-02
źródło: wp.pl

Co w kranie płynie?

Bez wody i powietrza nie wyobrażamy sobie życia. Jednak woda płynąca w naszych domach nie jest idealnie czysta i bezpieczna. Zarówno wodociągowa, jak i głębinowa zawiera setki różnego rodzaju zanieczyszczeń, niekiedy toksycznych i rakotwórczych.
Jeśli woda jest mętna, zmieniła barwę, wówczas najpewniej w instalacji wodnej zagościło żelazo i mangan. Zanim przywędrują do naszych kranów pokonują długą trasę, ponieważ pierwiastki te występują w wodach podziemnych. Powodują zacieki na urządzeniach sanitarnych, zostawiają ślady na garnkach i czajnikach, w których gotujemy wodę. Gdy woda wydaje się nam  gorzka i ma metaliczny czy nieco "stęchły" posmak, lub po raz kolejny wyciągamy z nowej pralki zszarzałe bluzki to najprawdopodobniej także następstwo ich występowania.

Mangan gromadzi się w naszym organizmie - w nerkach, wątrobie oraz jelitach. Jeśli jego ilość znacznie przekracza normy to nie powinno nas dziwić, że mamy podrażnioną skórę, spojówki a także górne drogi oddechowe.

Nie sposób zapomnieć o tym, że jeśli w wodzie płynącej z naszych kranów występuje żelazo i mangan to również bakterie nie powinny mieć problemu z rozwojem. Ich rozwój skutkuje odkładaniem się różnych osadów w instalacji wodociągowej czego bezpośrednią konsekwencją jest zmniejszenie średnicy rur, a nawet ich całkowite zapchanie.

W wodzie mogą pojawić się także azotany i azotyny – które są szczególnie groźne dla dzieci, wywołują one nie tylko zwykłe podrażnienia skóry, ale też choroby nowotworowe.

W celu uzdatnienia wody wykorzystuje się chlor i dwutlenek chloru. O tym czy został użyty w nadmiarze, możemy przekonać się po prostu wąchając wodę. Chlorowanie zapobiega  powstawaniu i rozwojowi środowisk bakteryjnych i epidemiogennych, ale jednocześnie chlor reaguje z mikroorganizmami w wodzie tworząc m.in. trihalometany, które są szkodliwe dla człowieka. W układzie trawiennym chlor narusza równowagę flory jelitowej, co sprzyja różnego rodzaju infekcjom. Poza chorobami - od bólów głowy po neuro-toksyczne reakcje. Badania wykazują, że spożywanie chloru jest bezpośrednią przyczyną znacząco rosnącego odsetka raka pęcherza, prostaty oraz jelita grubego.

W wodzie możemy odnaleźć także chlorki. To prawdziwi podróżnicy. Jeśli pobieramy wodę ze studni głębinowej to jesteśmy narażeni na spotkanie z nimi. Ich ilość jest proporcjonalna do głębokości, z której czerpiemy wodę. Ich obecność świadczy, że instalacja jest zanieczyszczona ściekami. Chlorki nie tylko nadają wodzie ohydny zapach i smak, ale i działają rakotwórczo.

Tak więc obserwujmy naszą wodę, a gdy coś nas niepokoi – wlejmy trochę do wyparzonego słoiczka i szybko udajmy się do lokalnego laboratorium chemicznego, aby rozwiać wątpliwości.

AK
2009-06-01
źródło: wp.pl

Co w kranie płynie?

Bez wody i powietrza nie wyobrażamy sobie życia. Jednak woda płynąca w naszych domach nie jest idealnie czysta i bezpieczna. Zarówno wodociągowa, jak i głębinowa zawiera setki różnego rodzaju zanieczyszczeń, niekiedy toksycznych i rakotwórczych.
Jeśli woda jest mętna, zmieniła barwę, wówczas najpewniej w instalacji wodnej zagościło żelazo i mangan. Zanim przywędrują do naszych kranów pokonują długą trasę, ponieważ pierwiastki te występują w wodach podziemnych. Powodują zacieki na urządzeniach sanitarnych, zostawiają ślady na garnkach i czajnikach, w których gotujemy wodę. Gdy woda wydaje się nam  gorzka i ma metaliczny czy nieco "stęchły" posmak, lub po raz kolejny wyciągamy z nowej pralki zszarzałe bluzki to najprawdopodobniej także następstwo ich występowania.

Mangan gromadzi się w naszym organizmie - w nerkach, wątrobie oraz jelitach. Jeśli jego ilość znacznie przekracza normy to nie powinno nas dziwić, że mamy podrażnioną skórę, spojówki a także górne drogi oddechowe.

Nie sposób zapomnieć o tym, że jeśli w wodzie płynącej z naszych kranów występuje żelazo i mangan to również bakterie nie powinny mieć problemu z rozwojem. Ich rozwój skutkuje odkładaniem się różnych osadów w instalacji wodociągowej czego bezpośrednią konsekwencją jest zmniejszenie średnicy rur, a nawet ich całkowite zapchanie.

W wodzie mogą pojawić się także azotany i azotyny – które są szczególnie groźne dla dzieci, wywołują one nie tylko zwykłe podrażnienia skóry, ale też choroby nowotworowe.

W celu uzdatnienia wody wykorzystuje się chlor i dwutlenek chloru. O tym czy został użyty w nadmiarze, możemy przekonać się po prostu wąchając wodę. Chlorowanie zapobiega  powstawaniu i rozwojowi środowisk bakteryjnych i epidemiogennych, ale jednocześnie chlor reaguje z mikroorganizmami w wodzie tworząc m.in. trihalometany, które są szkodliwe dla człowieka. W układzie trawiennym chlor narusza równowagę flory jelitowej, co sprzyja różnego rodzaju infekcjom. Poza chorobami - od bólów głowy po neuro-toksyczne reakcje. Badania wykazują, że spożywanie chloru jest bezpośrednią przyczyną znacząco rosnącego odsetka raka pęcherza, prostaty oraz jelita grubego.

W wodzie możemy odnaleźć także chlorki. To prawdziwi podróżnicy. Jeśli pobieramy wodę ze studni głębinowej to jesteśmy narażeni na spotkanie z nimi. Ich ilość jest proporcjonalna do głębokości, z której czerpiemy wodę. Ich obecność świadczy, że instalacja jest zanieczyszczona ściekami. Chlorki nie tylko nadają wodzie ohydny zapach i smak, ale i działają rakotwórczo.

Tak więc obserwujmy naszą wodę, a gdy coś nas niepokoi – wlejmy trochę do wyparzonego słoiczka i szybko udajmy się do lokalnego laboratorium chemicznego, aby rozwiać wątpliwości.

AK
2009-06-01
źródło: wp.pl

Problem energetyki problemem Polaków

Lasy Państwowe chcą, żeby PSE Operator, czyli operator elektroenergetycznego systemu przesyłowego, i spółki zajmujące się dystrybucją energii, (np. Enea Operator czy Enion) płaciły za korzystanie z gruntów leśnych pod liniami energetycznymi.

Dyskusje LP z energetykami trwają od lat, ale chociaż po jednej i drugiej stronie stoją władze państwowe, sprawa nadal nie jest załatwiona.

- Problem istnieje po stronie PSE oraz spółek dystrybucyjnych, które nie poczuwają się do konieczności ponoszenia niezbędnych kosztów za udostępnienie im gruntów. Lasy Państwowe nie są właścicielem linii i nie powinny ponosić kosztów podatków związanych z eksploatacją nie swoich urządzeń - mówi Anna Malinowska, rzecznik Lasów Państwowych.

Lasy Państwowe oceniają, że energetyka zajmuje około 16 tys. ha gruntów leśnych. - W pierwszym rzędzie zależy nam na zwrocie podatków, dopiero w drugiej kolejności na uzyskaniu niewielkiej opłaty za korzystanie z gruntów. Nie ma jednej określonej stawki, chcemy ją negocjować - mówi Anna Malinowska.

Inny pomysł mają dystrybutorzy energii. Ich zdaniem korzystanie z terenów Lasów Państwowych należałoby uregulować za pomocą instytucji służebności przesyłowej, nieodpłatnie. Lasy twierdzą jednak, że analiza prawna Ministerstwa Środowiska wskazuje, że w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości ustanawiania służebności przesyłu na gruntach Skarbu Państwa w zarządzie Lasów Państwowych.

- W miejsce służebności Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych proponuje zawieranie umów najmu lub dzierżawy, które ze względu na swój nietrwały charakter prawny mogą być w każdej chwili wypowiedziane, zerwane lub zmieniane przez Lasy Państwowe. Nie są to rozwiązania możliwe do przyjęcia przez operatorów sieci - mówi Wojciech Kozubiński z Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Ireneusz Chojnacki

interia.pl

Problem energetyki problemem Polaków

Lasy Państwowe chcą, żeby PSE Operator, czyli operator elektroenergetycznego systemu przesyłowego, i spółki zajmujące się dystrybucją energii, (np. Enea Operator czy Enion) płaciły za korzystanie z gruntów leśnych pod liniami energetycznymi.

Dyskusje LP z energetykami trwają od lat, ale chociaż po jednej i drugiej stronie stoją władze państwowe, sprawa nadal nie jest załatwiona.

- Problem istnieje po stronie PSE oraz spółek dystrybucyjnych, które nie poczuwają się do konieczności ponoszenia niezbędnych kosztów za udostępnienie im gruntów. Lasy Państwowe nie są właścicielem linii i nie powinny ponosić kosztów podatków związanych z eksploatacją nie swoich urządzeń - mówi Anna Malinowska, rzecznik Lasów Państwowych.

Lasy Państwowe oceniają, że energetyka zajmuje około 16 tys. ha gruntów leśnych. - W pierwszym rzędzie zależy nam na zwrocie podatków, dopiero w drugiej kolejności na uzyskaniu niewielkiej opłaty za korzystanie z gruntów. Nie ma jednej określonej stawki, chcemy ją negocjować - mówi Anna Malinowska.

Inny pomysł mają dystrybutorzy energii. Ich zdaniem korzystanie z terenów Lasów Państwowych należałoby uregulować za pomocą instytucji służebności przesyłowej, nieodpłatnie. Lasy twierdzą jednak, że analiza prawna Ministerstwa Środowiska wskazuje, że w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości ustanawiania służebności przesyłu na gruntach Skarbu Państwa w zarządzie Lasów Państwowych.

- W miejsce służebności Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych proponuje zawieranie umów najmu lub dzierżawy, które ze względu na swój nietrwały charakter prawny mogą być w każdej chwili wypowiedziane, zerwane lub zmieniane przez Lasy Państwowe. Nie są to rozwiązania możliwe do przyjęcia przez operatorów sieci - mówi Wojciech Kozubiński z Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Ireneusz Chojnacki

interia.pl

Zużycie prądu zmierzą nam... zdalnie

Coraz więcej wskazuje na to, że Polska zacznie za kilka lat wprowadzać inteligentny system liczników do mierzenia zużycia energii, zapowiada "Parkiet". Koszt takiego przedsięwzięcia, to ok. 5 mld zł.

Inteligentne liczniki pozwalają na zdalny pomiar zużycia prądu w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Dzięki temu firmy wytwarzające energię mogą na bieżąco kontrolować poziom zużycia prądu u każdego swojego odbiorcy. W zamian obiecują konsumentom oszczędności.

Do uruchomienia systemu, który z powodzeniem działa we Włoszech, a w mniejszym stopniu w Szwecji, Finlandii, Holandii, USA i Kanadzie, przekonuje Urząd Regulacji Energetyki. Największy problem, to koszt - ok. 5 mld zł., rozłożony jednak na kilka- kilkanaście lat.

Inicjatywa znalazła już poparcie w Sejmie, gdzie do końca roku może znaleźć odzwierciedlenie w stosownej ustawie, twierdzi "Parkiet".

PAP/Parkiet

interia.pl

Zużycie prądu zmierzą nam... zdalnie

Coraz więcej wskazuje na to, że Polska zacznie za kilka lat wprowadzać inteligentny system liczników do mierzenia zużycia energii, zapowiada "Parkiet". Koszt takiego przedsięwzięcia, to ok. 5 mld zł.

Inteligentne liczniki pozwalają na zdalny pomiar zużycia prądu w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Dzięki temu firmy wytwarzające energię mogą na bieżąco kontrolować poziom zużycia prądu u każdego swojego odbiorcy. W zamian obiecują konsumentom oszczędności.

Do uruchomienia systemu, który z powodzeniem działa we Włoszech, a w mniejszym stopniu w Szwecji, Finlandii, Holandii, USA i Kanadzie, przekonuje Urząd Regulacji Energetyki. Największy problem, to koszt - ok. 5 mld zł., rozłożony jednak na kilka- kilkanaście lat.

Inicjatywa znalazła już poparcie w Sejmie, gdzie do końca roku może znaleźć odzwierciedlenie w stosownej ustawie, twierdzi "Parkiet".

PAP/Parkiet

interia.pl

Małe banki szachują dużych graczy

Bani skoncentrowane na kredytach konsumenckich postawiły większych graczy pod ścianą. Wciąż utrzymują wysokie stawki oprocentowania i nie odpuszczają wojny depozytowej - czytamy w "Dzienniku".
Małe banki mogą zaoferować depozyty po 7 proc., ponieważ zrekompensują sobie to, udzielając wysoko oprocentowanych kredytów konsumenckich. Tam stawki sięgają ponad 20 proc. Duże banki nie mogą sobie pozwolić na takie odsetki, ponieważ pożyczki konsumenckie stanowią niewielką część ich portfela. Na pozostałych produktach marże dwucyfrowe nie występują.

Duże banki zwróciły się z propozycją do Komisji Nadzoru Finansowego, aby ograniczyć wysokość oferowanych odsetek.

KNF nie zareagował, jak do tej pory na te sugestie.

Więcej w "Dzienniku".
onet.pl

Małe banki szachują dużych graczy

Bani skoncentrowane na kredytach konsumenckich postawiły większych graczy pod ścianą. Wciąż utrzymują wysokie stawki oprocentowania i nie odpuszczają wojny depozytowej - czytamy w "Dzienniku".
Małe banki mogą zaoferować depozyty po 7 proc., ponieważ zrekompensują sobie to, udzielając wysoko oprocentowanych kredytów konsumenckich. Tam stawki sięgają ponad 20 proc. Duże banki nie mogą sobie pozwolić na takie odsetki, ponieważ pożyczki konsumenckie stanowią niewielką część ich portfela. Na pozostałych produktach marże dwucyfrowe nie występują.

Duże banki zwróciły się z propozycją do Komisji Nadzoru Finansowego, aby ograniczyć wysokość oferowanych odsetek.

KNF nie zareagował, jak do tej pory na te sugestie.

Więcej w "Dzienniku".
onet.pl

Bez 30 proc. marży deweloper nie rozpocznie budowy

Mieszkania będą jeszcze tanieć. W całym roku realny spadek cen, czyli uwzględniając inflację, wyniesie 15-20 proc. - mówi Jacek Łaszek, szef Zespołu ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego.
Większość pośredników nie zgadza się z tą prognozą.

Jeśli popatrzymy na ceny ofertowe, to tych spadków nie widać. Właściciele nie są skłonni do obniżek, bo spodziewają się, że obecna sytuacja jest przejściowa i wzrosty cen powrócą - mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.

Średnia cena może spaść, ale tylko dlatego, że będzie teraz budowanych więcej projektów tańszych. Jeśli chodzi o spadek cen porównywalnych projektów, to już go nie będzie - dodaje Robert Chojnacki, prezes redNet Property Group.
Są jednak pośrednicy, którzy spodziewają się, że w ciągu tego roku ceny mieszkań spadną o 20 proc.

Według mnie już w tej chwili w przypadku wielu nieruchomości ceny obniżyły się o 15 proc. Pierwszy raz od czasu, gdy robię analizy rynku, pojawiły się na Mokotowie mieszkania wybudowane po 2000 roku, których cena spadła poniżej 7 tys. zł - mówi Jerzy Sobański z Agencji Akces. Eksperci podkreślają, że szczególnie trudno sprzedać dzisiaj duże lokale.

Większość mieszkań, które sprzedajemy, nie przekracza ceny 350 tys. zł. Niewiele osób stać na większe lokale. Nie obawiam się natomiast spadku cen mieszkań w nowo oddawanych budynkach, w centrach miast lub dobrze skomunikowanych z tym centrum - uważa Marcin Jańczuk.

Jakie są prognozy średnich cen mieszkań pod koniec roku w Łodzi, Katowicach i Szczecinie? Czy deweloperzy zamierzają rozpoczynać nowe inwestycje? Kiedy wg ekspertów pojawi się większy popyt na mieszkania?

Roman Grzyb
Gazeta Prawna
wp.pl

Bez 30 proc. marży deweloper nie rozpocznie budowy

Mieszkania będą jeszcze tanieć. W całym roku realny spadek cen, czyli uwzględniając inflację, wyniesie 15-20 proc. - mówi Jacek Łaszek, szef Zespołu ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego.
Większość pośredników nie zgadza się z tą prognozą.

Jeśli popatrzymy na ceny ofertowe, to tych spadków nie widać. Właściciele nie są skłonni do obniżek, bo spodziewają się, że obecna sytuacja jest przejściowa i wzrosty cen powrócą - mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.

Średnia cena może spaść, ale tylko dlatego, że będzie teraz budowanych więcej projektów tańszych. Jeśli chodzi o spadek cen porównywalnych projektów, to już go nie będzie - dodaje Robert Chojnacki, prezes redNet Property Group.
Są jednak pośrednicy, którzy spodziewają się, że w ciągu tego roku ceny mieszkań spadną o 20 proc.

Według mnie już w tej chwili w przypadku wielu nieruchomości ceny obniżyły się o 15 proc. Pierwszy raz od czasu, gdy robię analizy rynku, pojawiły się na Mokotowie mieszkania wybudowane po 2000 roku, których cena spadła poniżej 7 tys. zł - mówi Jerzy Sobański z Agencji Akces. Eksperci podkreślają, że szczególnie trudno sprzedać dzisiaj duże lokale.

Większość mieszkań, które sprzedajemy, nie przekracza ceny 350 tys. zł. Niewiele osób stać na większe lokale. Nie obawiam się natomiast spadku cen mieszkań w nowo oddawanych budynkach, w centrach miast lub dobrze skomunikowanych z tym centrum - uważa Marcin Jańczuk.

Jakie są prognozy średnich cen mieszkań pod koniec roku w Łodzi, Katowicach i Szczecinie? Czy deweloperzy zamierzają rozpoczynać nowe inwestycje? Kiedy wg ekspertów pojawi się większy popyt na mieszkania?

Roman Grzyb
Gazeta Prawna
wp.pl

Lasy chcą 100 mln zł za słupy

Lasy Państwowe chcą, żeby PSE Operator, czyli operator elektroenergetycznego systemu przesyłowego, i spółki zajmujące się dystrybucją energii, (np. Enea Operator czy Enion) płaciły za korzystanie z gruntów leśnych pod liniami energetycznymi.
Dyskusje LP z energetykami trwają od lat, ale chociaż po jednej i drugiej stronie stoją władze państwowe, sprawa nadal nie jest załatwiona.

Problem istnieje po stronie PSE oraz spółek dystrybucyjnych, które nie poczuwają się do konieczności ponoszenia niezbędnych kosztów za udostępnienie im gruntów. Lasy Państwowe nie są właścicielem linii i nie powinny ponosić kosztów podatków związanych z eksploatacją nie swoich urządzeń - mówi Anna Malinowska, rzecznik Lasów Państwowych. Lasy Państwowe oceniają, że energetyka zajmuje około 16 tys. ha gruntów leśnych.
W pierwszym rzędzie zależy nam na zwrocie podatków, dopiero w drugiej kolejności na uzyskaniu niewielkiej opłaty za korzystanie z gruntów. Nie ma jednej określonej stawki, chcemy ją negocjować - mówi Anna Malinowska. Inny pomysł mają dystrybutorzy energii. Ich zdaniem korzystanie z terenów Lasów Państwowych należałoby uregulować za pomocą instytucji służebności przesyłowej, nieodpłatnie. Lasy twierdzą jednak, że analiza prawna Ministerstwa Środowiska wskazuje, że w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości ustanawiania służebności przesyłu na gruntach Skarbu Państwa w zarządzie Lasów Państwowych.

W miejsce służebności Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych proponuje zawieranie umów najmu lub dzierżawy, które ze względu na swój nietrwały charakter prawny mogą być w każdej chwili wypowiedziane, zerwane lub zmieniane przez Lasy Państwowe. Nie są to rozwiązania możliwe do przyjęcia przez operatorów sieci - mówi Wojciech Kozubiński z Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Jakiego rodzaju umów z branżą energetyczną oczekują Lasy Państwowe? Kto wygrywa sprawy skierowane do sądów - LP czy firmy energetyczne? Czy firmy energetyczne przełożą koszty na ceny prądu, jeśli będą musiały płacić LP?

Ireneusz Chojnacki
Gazeta Prawna
wp.pl

Lasy chcą 100 mln zł za słupy

Lasy Państwowe chcą, żeby PSE Operator, czyli operator elektroenergetycznego systemu przesyłowego, i spółki zajmujące się dystrybucją energii, (np. Enea Operator czy Enion) płaciły za korzystanie z gruntów leśnych pod liniami energetycznymi.
Dyskusje LP z energetykami trwają od lat, ale chociaż po jednej i drugiej stronie stoją władze państwowe, sprawa nadal nie jest załatwiona.

Problem istnieje po stronie PSE oraz spółek dystrybucyjnych, które nie poczuwają się do konieczności ponoszenia niezbędnych kosztów za udostępnienie im gruntów. Lasy Państwowe nie są właścicielem linii i nie powinny ponosić kosztów podatków związanych z eksploatacją nie swoich urządzeń - mówi Anna Malinowska, rzecznik Lasów Państwowych. Lasy Państwowe oceniają, że energetyka zajmuje około 16 tys. ha gruntów leśnych.
W pierwszym rzędzie zależy nam na zwrocie podatków, dopiero w drugiej kolejności na uzyskaniu niewielkiej opłaty za korzystanie z gruntów. Nie ma jednej określonej stawki, chcemy ją negocjować - mówi Anna Malinowska. Inny pomysł mają dystrybutorzy energii. Ich zdaniem korzystanie z terenów Lasów Państwowych należałoby uregulować za pomocą instytucji służebności przesyłowej, nieodpłatnie. Lasy twierdzą jednak, że analiza prawna Ministerstwa Środowiska wskazuje, że w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości ustanawiania służebności przesyłu na gruntach Skarbu Państwa w zarządzie Lasów Państwowych.

W miejsce służebności Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych proponuje zawieranie umów najmu lub dzierżawy, które ze względu na swój nietrwały charakter prawny mogą być w każdej chwili wypowiedziane, zerwane lub zmieniane przez Lasy Państwowe. Nie są to rozwiązania możliwe do przyjęcia przez operatorów sieci - mówi Wojciech Kozubiński z Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej.

Jakiego rodzaju umów z branżą energetyczną oczekują Lasy Państwowe? Kto wygrywa sprawy skierowane do sądów - LP czy firmy energetyczne? Czy firmy energetyczne przełożą koszty na ceny prądu, jeśli będą musiały płacić LP?

Ireneusz Chojnacki
Gazeta Prawna
wp.pl

Polacy coraz więcej płacą kartami

Wartość transakcji z wykorzystaniem kart w I kwartale 2009 roku wyniosła 75,78 mld zł, czyli była o 13,7 proc. wyższa niż rok wcześniej i 6,2 proc. niższa niż w IV kwartale 2008 roku.
NBP opublikował raport, z którego wynika, że liczba wyemitowanych kart płatniczych na koniec I kwartału 2009 roku wyniosła 31,07 mln i była o 2,6 proc. wyższa niż kwartał wcześniej.

Wartość transakcji dokonywanych kartami kredytowymi w I kwartale 2009 roku wyniosła 6,89 mld zł, czyli rok do roku wzrosła o 18,1 proc., a w porównaniu z poprzednim kwartałem spadła o 5,4 procent.
Liczba transakcji kartami spadła w I kwartale 2009 roku do 322,48 mln z 324,96 mln w IV kwartale 2008 roku, a samymi kartami kredytowymi do 42,81 mln z 43,63 mln.

  (PAP)

money.pl

Polacy coraz więcej płacą kartami

Wartość transakcji z wykorzystaniem kart w I kwartale 2009 roku wyniosła 75,78 mld zł, czyli była o 13,7 proc. wyższa niż rok wcześniej i 6,2 proc. niższa niż w IV kwartale 2008 roku.
NBP opublikował raport, z którego wynika, że liczba wyemitowanych kart płatniczych na koniec I kwartału 2009 roku wyniosła 31,07 mln i była o 2,6 proc. wyższa niż kwartał wcześniej.

Wartość transakcji dokonywanych kartami kredytowymi w I kwartale 2009 roku wyniosła 6,89 mld zł, czyli rok do roku wzrosła o 18,1 proc., a w porównaniu z poprzednim kwartałem spadła o 5,4 procent.
Liczba transakcji kartami spadła w I kwartale 2009 roku do 322,48 mln z 324,96 mln w IV kwartale 2008 roku, a samymi kartami kredytowymi do 42,81 mln z 43,63 mln.

  (PAP)

money.pl

"Polska dobrze wykorzystała ostatnie 20 lat"

Według uczestników konferencji 20 lat po upadku gospodarki komunistycznej Polska dobrze wykorzystała szanse, jakie pojawiły się po 1989 roku.
Zakończone po południu w Warszawie dwudniowe spotkanie było okazją do dyskusji i wymiany poglądów przez polityków, przedstawicieli wielu europejskich instytucji ekonomicznych i wybitnych ekspertów.

Profesor Richard Pipes z uniwersytetu Harvarda uważa, że w ciągu minionych 20 lat Polska zdołała wiele osiągnąć na arenie międzynarodowej. Wśród najważniejszych osiągnięć amerykański historyk wymienia przystąpienie do Unii Europejskiej i NATO. Podkreśla też dobrą opinię naszego kraju w Ameryce, choć wskazuje, że polscy politycy czasem niepotrzebnie drażnią Rosję.
Prezes Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek (na zdjęciu) zwraca uwagę, że wśród zmian, do których doszło w naszym kraju, Polacy najbardziej dostrzegają te, które mają wpływ na poziom życia.

Uczestnicy konferencji podkreślili, że Polska zbudowała  solidne podstawy ekonomiczne, które pomagają w walce z kryzysem. Zwrócili też uwagę, że w naszym kraju wzrósł poziom życia, a polska gospodarka jest odporna na kryzys, ponieważ jest mniej uzależniona od eksportu niż ma to miejsce w innych krajach europejskich.
money.pl

"Polska dobrze wykorzystała ostatnie 20 lat"

Według uczestników konferencji 20 lat po upadku gospodarki komunistycznej Polska dobrze wykorzystała szanse, jakie pojawiły się po 1989 roku.
Zakończone po południu w Warszawie dwudniowe spotkanie było okazją do dyskusji i wymiany poglądów przez polityków, przedstawicieli wielu europejskich instytucji ekonomicznych i wybitnych ekspertów.

Profesor Richard Pipes z uniwersytetu Harvarda uważa, że w ciągu minionych 20 lat Polska zdołała wiele osiągnąć na arenie międzynarodowej. Wśród najważniejszych osiągnięć amerykański historyk wymienia przystąpienie do Unii Europejskiej i NATO. Podkreśla też dobrą opinię naszego kraju w Ameryce, choć wskazuje, że polscy politycy czasem niepotrzebnie drażnią Rosję.
Prezes Narodowego Banku Polskiego Sławomir Skrzypek (na zdjęciu) zwraca uwagę, że wśród zmian, do których doszło w naszym kraju, Polacy najbardziej dostrzegają te, które mają wpływ na poziom życia.

Uczestnicy konferencji podkreślili, że Polska zbudowała  solidne podstawy ekonomiczne, które pomagają w walce z kryzysem. Zwrócili też uwagę, że w naszym kraju wzrósł poziom życia, a polska gospodarka jest odporna na kryzys, ponieważ jest mniej uzależniona od eksportu niż ma to miejsce w innych krajach europejskich.
money.pl

Rozpoczęto budowę stadionu we Wrocławiu

"Kamień węgielny" pod budowę nowego stadionu piłkarskiego na mistrzostwa Europy w 2012 roku wmurowano we Wrocławiu. Stadion na Maślicach ma zostać ukończony na początku 2011 roku.

- To będzie stadion dla wrocławian i dla drużyny Śląska Wrocław - podkreślił prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

Wrocławski stadion mieścić ma prawie 42 tys. widzów. Będzie obiektem wielofunkcyjnym, na którym oprócz rozgrywania meczów piłkarskich będzie można m.in. organizować koncerty.

Przy stadionie powstanie blisko 4,5 tys. miejsc parkingowych, w tym 394 miejsca dla autobusów. W bezpośrednim sąsiedztwie obiektu znajdzie się także centrum komercyjne, w którym mają powstać m.in. dodatkowe parkingi, hotel i centrum handlowe.

Pod trybunami znajdą się cztery niezależne budynki, w których powstanie m.in. największy we Wrocławiu klub fitness, kasyno, dyskoteka oraz sale konferencyjne i biurowe.

interia.pl/PAP

Rozpoczęto budowę stadionu we Wrocławiu

"Kamień węgielny" pod budowę nowego stadionu piłkarskiego na mistrzostwa Europy w 2012 roku wmurowano we Wrocławiu. Stadion na Maślicach ma zostać ukończony na początku 2011 roku.

- To będzie stadion dla wrocławian i dla drużyny Śląska Wrocław - podkreślił prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

Wrocławski stadion mieścić ma prawie 42 tys. widzów. Będzie obiektem wielofunkcyjnym, na którym oprócz rozgrywania meczów piłkarskich będzie można m.in. organizować koncerty.

Przy stadionie powstanie blisko 4,5 tys. miejsc parkingowych, w tym 394 miejsca dla autobusów. W bezpośrednim sąsiedztwie obiektu znajdzie się także centrum komercyjne, w którym mają powstać m.in. dodatkowe parkingi, hotel i centrum handlowe.

Pod trybunami znajdą się cztery niezależne budynki, w których powstanie m.in. największy we Wrocławiu klub fitness, kasyno, dyskoteka oraz sale konferencyjne i biurowe.

interia.pl/PAP

Kilka rad dla wynajmujących mieszkania

Jeszcze kilka egzaminów i będzie można świętować zakończenie roku akademickiego. Przed wakacjami warto jednak pomyśleć o mieszkaniu na kolejny rok nauki. Im wcześniej o to zadbamy, tym mniej niespodzianek czeka nas później.

Czerwiec jest miesiącem, w którym wielu studentom kończy się okres najmu mieszkania. Zeszły rok pokazał, że nie warto rozpoczynać poszukiwań nowego lokalu po powrocie z wakacji. Sytuacja na rynku wynajmu mieszkań od pamiętnego września 2008 roku ustabilizowała się, ale to nie oznacza, że w tym roku na rynku będzie zupełnie spokojnie. Czynsze ofertowe (mimo ich spadku od stycznia tego roku), wciąż utrzymują się na dość wysokim poziomie.

Trzeba więc poświęcić dużo czasu, żeby znaleźć odpowiadającą naszym potrzebom i możliwościom finansowym ofertę. Na co trzeba zwrócić uwagę przy szukaniu mieszkania? Poniżej kilka najważniejszych wskazówek, które przydadzą się tym (nie tylko studentom), którzy w najbliższym czasie po raz pierwszy zmierzą się z problemem wynajęcia mieszkania, jak i tym, którzy będą zmieniać swoje dotychczasowe lokum.

Dokładnie obejrzyj mieszkanie

Zanim wybierzesz swoje miejsce, rozejrzyj się po okolicy, zobacz w jakim sąsiedztwie będziesz mieszkał i jakie są połączenia komunikacyjne. Przy oglądaniu mieszkania zwróć natomiast uwagę najpierw na stan samego budynku, na klatkę schodową, a później przyjrzyj się dokładnie samemu lokum. To wszystko brzmi trywialnie, ale bardzo często okazuje się, że wiele osób obejrzało mieszkanie dość powierzchownie i potem czekają na nie niemiłe niespodzianki. Komfort jest bardzo ważny, więc warto poświęcić dodatkowych parę minut na dokładniejszy ogląd mieszkania.

Upewnij się, z kim podpisujesz umowę najmu

To wbrew pozorom bardzo ważna sprawa. Może się bowiem zdarzyć, że osoba, z którą zamierzasz podpisać umowę jest współwłaścicielem lub spadkobiercą mieszkania i nie ma zgody pozostałych osób, co stawia Cię w niekorzystnej sytuacji. Poproś właściciela o okazanie dowodu osobistego, by utwierdzić się, że rozmawiasz z właściwą osobą. W celu zapewnienia sobie jeszcze większego bezpieczeństwa możesz poprosić także o okazanie aktu notarialnego, a najlepiej wypisu z księgi wieczystej, bo jest on po prostu wiarygodniejszy. Trudno oczywiście wszystko sprawdzić, ale przezorność jest w tym przypadku jak najbardziej wskazana.

Dowiedz się wszystkiego o czynszu

Przed podpisaniem umowy porozmawiaj o wysokości czynszu i terminie jego zapłaty. Jeśli umowa nie przewiduje inaczej, to czynsz płaci się miesięcznie z góry, do 10 dnia miesiąca. Zwróć uwagę, czy ustalony przez wynajmującego czynsz zawiera już opłaty, czy są też one dodatkowo doliczane. To pozwoli Ci na dokładne oszacowanie kosztów wynajmu. Jeśli właściciel zażąda kaucji, to niestety będziesz musiał ją wpłacić. Pamiętaj jednak, że nie może ona przekroczyć 12-krotności miesięcznego czynszu za dany lokal.

Zawrzyj pisemną umowę

Lepiej jest zawrzeć umowę najmu lokalu mieszkalnego w formie pisemnej, bo to daje obu stronom gwarancję spisanych w niej ustaleń i tym samym pozwala uniknąć wielu problemów w spornych przypadkach.

To tylko najważniejsze wskazówki dla przyszłych najemców mieszkań. Przede wszystkim warto zacząć rozglądać się za mieszkaniem nieco wcześniej. Wtedy na spokojnie można przeanalizować oferty i wybrać tę, która jest najbardziej interesująca. Im bliżej początku roku akademickiego, tym większe zamieszanie na rynku, a co za tym idzie mniej czasu na sprawdzenie mieszkania i podjęcie właściwej decyzji.

Małgorzata Kędzierska

źródło informacji: Wynajem.pl

Kilka rad dla wynajmujących mieszkania

Jeszcze kilka egzaminów i będzie można świętować zakończenie roku akademickiego. Przed wakacjami warto jednak pomyśleć o mieszkaniu na kolejny rok nauki. Im wcześniej o to zadbamy, tym mniej niespodzianek czeka nas później.

Czerwiec jest miesiącem, w którym wielu studentom kończy się okres najmu mieszkania. Zeszły rok pokazał, że nie warto rozpoczynać poszukiwań nowego lokalu po powrocie z wakacji. Sytuacja na rynku wynajmu mieszkań od pamiętnego września 2008 roku ustabilizowała się, ale to nie oznacza, że w tym roku na rynku będzie zupełnie spokojnie. Czynsze ofertowe (mimo ich spadku od stycznia tego roku), wciąż utrzymują się na dość wysokim poziomie.

Trzeba więc poświęcić dużo czasu, żeby znaleźć odpowiadającą naszym potrzebom i możliwościom finansowym ofertę. Na co trzeba zwrócić uwagę przy szukaniu mieszkania? Poniżej kilka najważniejszych wskazówek, które przydadzą się tym (nie tylko studentom), którzy w najbliższym czasie po raz pierwszy zmierzą się z problemem wynajęcia mieszkania, jak i tym, którzy będą zmieniać swoje dotychczasowe lokum.

Dokładnie obejrzyj mieszkanie

Zanim wybierzesz swoje miejsce, rozejrzyj się po okolicy, zobacz w jakim sąsiedztwie będziesz mieszkał i jakie są połączenia komunikacyjne. Przy oglądaniu mieszkania zwróć natomiast uwagę najpierw na stan samego budynku, na klatkę schodową, a później przyjrzyj się dokładnie samemu lokum. To wszystko brzmi trywialnie, ale bardzo często okazuje się, że wiele osób obejrzało mieszkanie dość powierzchownie i potem czekają na nie niemiłe niespodzianki. Komfort jest bardzo ważny, więc warto poświęcić dodatkowych parę minut na dokładniejszy ogląd mieszkania.

Upewnij się, z kim podpisujesz umowę najmu

To wbrew pozorom bardzo ważna sprawa. Może się bowiem zdarzyć, że osoba, z którą zamierzasz podpisać umowę jest współwłaścicielem lub spadkobiercą mieszkania i nie ma zgody pozostałych osób, co stawia Cię w niekorzystnej sytuacji. Poproś właściciela o okazanie dowodu osobistego, by utwierdzić się, że rozmawiasz z właściwą osobą. W celu zapewnienia sobie jeszcze większego bezpieczeństwa możesz poprosić także o okazanie aktu notarialnego, a najlepiej wypisu z księgi wieczystej, bo jest on po prostu wiarygodniejszy. Trudno oczywiście wszystko sprawdzić, ale przezorność jest w tym przypadku jak najbardziej wskazana.

Dowiedz się wszystkiego o czynszu

Przed podpisaniem umowy porozmawiaj o wysokości czynszu i terminie jego zapłaty. Jeśli umowa nie przewiduje inaczej, to czynsz płaci się miesięcznie z góry, do 10 dnia miesiąca. Zwróć uwagę, czy ustalony przez wynajmującego czynsz zawiera już opłaty, czy są też one dodatkowo doliczane. To pozwoli Ci na dokładne oszacowanie kosztów wynajmu. Jeśli właściciel zażąda kaucji, to niestety będziesz musiał ją wpłacić. Pamiętaj jednak, że nie może ona przekroczyć 12-krotności miesięcznego czynszu za dany lokal.

Zawrzyj pisemną umowę

Lepiej jest zawrzeć umowę najmu lokalu mieszkalnego w formie pisemnej, bo to daje obu stronom gwarancję spisanych w niej ustaleń i tym samym pozwala uniknąć wielu problemów w spornych przypadkach.

To tylko najważniejsze wskazówki dla przyszłych najemców mieszkań. Przede wszystkim warto zacząć rozglądać się za mieszkaniem nieco wcześniej. Wtedy na spokojnie można przeanalizować oferty i wybrać tę, która jest najbardziej interesująca. Im bliżej początku roku akademickiego, tym większe zamieszanie na rynku, a co za tym idzie mniej czasu na sprawdzenie mieszkania i podjęcie właściwej decyzji.

Małgorzata Kędzierska

źródło informacji: Wynajem.pl

System bankowy – kolos na glinianych nogach

Czego banki oczekują, narzekając, że brakuje im kapitału, że klienci coraz gorzej spłacają kredyty i przewidują, że z tą spłatą będzie coraz gorzej? Twierdzą, że przecież jeśli przestaną udzielać dalszych kredytów gospodarka stanie w miejscu, zacznie się kurczyć, a tego nikt nie chce. To dość kontrowersyjna kwestia, ale jest jedną z kluczowych dla dalszego rozwoju sytuacji w gospodarce.
Ostatnie wypowiedzi prezesów pojawiające się w mediach, ostrzegające przed katastrofalną sytuacją, która może nadejść i przyczynić się do jeszcze większych kłopotów w gospodarce, sprawiają wrażenie, że odpowiedzialność za zaistniałą sytuację spoczywała głównie poza sektorem bankowym. Jakby to zasadniczo „ci inni” mieli rozwiązać problem w 90 proc., a banki nieśmiało będą partycypować w 10 proc., bo w zasadzie nic nie mogą zrobić, są niewinne i bezradne wobec zaistniałej sytuacji.

Nie ma miejsca

Tymczasem chyba większość nie uświadamia sobie, że sektor bankowo-finansowy jest po prostu znacząco przerośnięty. Jest zbyt duży w porównaniu do realnych, a nie sztucznie wytworzonych potrzeb gospodarki. Może po prostu nie ma obecnie, i długo nie będzie, miejsca dla wszystkich instytucji w tym rozmiarze? Może rynek nie jest już w stanie wykarmić i utrzymać tej potężnej masy, jaką stanowi obecnie sektor bankowo-finansowy?

Więcej i więcej

Obrazowo można powiedzieć tak, że 150 lat temu na Dzikim Zachodzie w jakimś dobrze rozwijającym się miasteczku był jeden oddział banku, może dwa, kiedy miasteczko się już rozrosło. Banki ze sobą konkurowały, uczestniczyły w życiu gospodarczym i służyły ludziom i gospodarce, przy okazji zarabiając dla siebie pieniądze. Dziś w tym miasteczku o tej samej liczbie mieszkańców jest już 10 banków. Żeby się utrzymać każdy otwiera wyjątkowe usługi private banking, dokonuje fuzji i przejęć, kilka innych sprzedaje karty kredytowe, opcje, kredyty, noty strukturyzowane, fundusze inwestycyjne itp. nie tylko tym, którzy tego potrzebują, ale komukolwiek z kim będą mieć kontakt i to w jak największej liczbie.

Przelewy, wpłaty, wypłaty

Ludzie w miasteczku niejako tylko przy okazji pracują zawodowo, bo większą część czasu poświęcają na przelewanie pieniędzy z konta na konto i z produktu na produkt, oczywiście za każdym razem płacąc sowitą prowizję. W zasadzie to pracują wyłącznie po to, aby w ten sposób inwestować zarobione pieniądze. Patrząc na to z zewnątrz, do sensownego i pożytecznego obsłużenia ludności i biznesu w miasteczku i okolicach starczyłyby wciąż 2 – 3 banki, ale skoro jest taki obrót na rynku i każdy może zarobić, to dlaczego nie może ich być 10?

Panika

W miasteczku firmy eksportujące potrzebują tylko 200 opcji walutowych na zabezpieczenie ryzyka kursowego, ale jest możliwość sprzedania 500 opcji i zainkasowania marży, więc bank je sprzedaje. Taka sytuacja mogła funkcjonować latami dopóty, dopóki ktoś przestał spłacać swoje zobowiązania i proces ten zaczął obejmować coraz szersze kręgi.

Nagle wszystkie 10 banków zobaczyło, że mają bilans na 1 500 zł, a realnie na rynku jest do odebrania aktywów za 1 000 zł i dla wszystkich nie starczy. Nagle każdy kurczowo zaczął zbierać aktywa z rynku, aby przetrwać (np. depozyty).

Trzy zasady

Odnosząc się do historii, należy przypomnieć sobie trzy kwestie. Po pierwsze z zasady sektor bankowo-finansowy jest stworzony do roli służebnej wobec gospodarki i społeczeństw. Pełni niezmiernie ważną rolę, jako źródło innowacji i udogodnień życia, zatrudnia świetnych fachowców, ale powinien pełnić rolę służebną. Sam w sobie nie przedstawia żadnej wartości, wartość przedstawia dopiero w zestawieniu z gospodarką realną (z ludźmi i biznesem). Po drugie druga połowa lat 90. i 2000 r. to rewolucyjny skok technologiczny, jeśli chodzi o przemysł finansowy (możliwość łatwego i szybkiego tworzenia różnych produktów inwestycyjnych i licznych rozwiązań finansowych). Po trzecie lata 2000 to niespotykany w historii powojennej świata tani pieniądz.

Życie z prowizji

W efekcie zagubiono proporcje. Sektor finansowy pęczniał i stawał się coraz bardziej samowystarczalny (wirtualnie jak się okazuje). Póki klient kupował produkt inwestycyjny banku A, brał kredyt banku B, a potem jeszcze sprzedał produkt w banku A (któremu już zapłacił prowi-zję poprzednio), a jednocześnie kupił produkt banku C (z nową prowizją), system mógł funkcjonować (tymczasem z 1 000 zł pierwotnie zainwestowanego zostało mu 900 zł, a w międzyczasie zapłacił 120 zł prowizji).

Byle komu

Jeśli w banku był zatrudniony jeden pracownik od opcji i obsługiwał 200 pozycji zabezpieczających, to dzięki tym operacjom można było zatrudnić drugiego pracownika, który sprzedał kolejne 300 opcji komu popadnie. W ten sposób system mógł funkcjonować. Z punktu widzenia gospodarki jako całości, te kolejne 300 opcji było już szkodliwe i praca tego człowieka być może została zmarnowana w odniesieniu do całości gospodarki, ale chwilowo i on zarobił, i bank. A ponieważ pieniądz był tani, było go dużo, to sytuacja ta mogła trwać i trwać. Można było odnieść wrażenie, że firmy i społeczeństwa są sektorowi coraz mniej potrzebne, chyba że jako dawcy nowego kapitału.

Rozwiązanie

Tymczasem być może ta masa nie jest już do utrzymania. Musi nastąpić jakieś ujście, jakieś zmniejszenie wielkości balona w porównaniu do tego, kto go trzyma. Albo poprzez spuszczenie powietrza z sektora bankowo-finansowego albo poprzez czekanie aż trzymający go – gospodarka będzie rósł i będzie silniejszy. Prowadzą do tego przynajmniej trzy drogi:

• zmniejszenie aktywności całego sektora, czyli wszyscy się reformują i redukują, ale pozostają w grze,

• eliminacja poszczególnych graczy (fuzje, przejęcia, potem redukcja itp.),

• inflacja, która zmniejszy zadłużenie realne i da trochę oddechu kredytobiorcom – jako najbardziej ryzykowny i chyba najmniej pożądany scenariusz.

Edukacja społeczeństwa

W efekcie pewnie najlepsza będzie kombinacja tych trzech zjawisk. Nie obejdzie się jednak bez znacznego przejścia siły roboczej z sektora bankowo-finansowego do sektora realnej gospodarki. Co po jakimś czasie olbrzymich trudności w akomodacji do nowych warunków powinno nam wszystkim wyjść na dobre. W jaki sposób? Następnym razem, gdy „doradca inwestycyjny” przyjdzie do firmy produkującej skrzynie biegów, aby zaproponować jej o 1 000 opcji za dużo przeznaczonych na spekulacje walutowe, może się natknąć na osobę, która kiedyś też była dealerem derywatów i rozmowa skończy się stosunkowo szybko. Dzięki większej świadomości inwestycyjnej w gospodarce realnej zostanie podniesiona poprzeczka dla banków. Nastąpi też lepsze wykorzystanie talentów ludzkich w gospodarce.

Zbędne piętra

Sektor finansowo-bankowy jest jak 15-piętrowy wieżowiec. Przy czym pierwsze 10 pięter wciąż służy gospodarce i ludziom, jest bardzo potrzebne, jest źródłem innowacji i wielu usprawnień, działa stymulująco na nas wszystkich, a przy tym zarabia na siebie zasłużenie, osiąga zyski i dzięki temu może dalej zdrowo funkcjonować. Piętra od 11. do 15. nie są nikomu potrzebne (z wyjątkiem menedżerów i ludzi tam pracujących) i następuje tam marnotrawienie pieniędzy (to jest właśnie tych 300 opcji za dużo, tych 600 mld kredytów udzielonych zbyt pochopnie, te kilka not strukturyzowanych sprzedanych za dużo klientowi private banking, to jest ta polisa na życie z inwestycjami od której klient płaci 6 proc. rocznie prowizji itd.).

Zamiatanie pod dywan

Na piętrach od 1. do 10. pracuje 200 osób od opcji, którymi zabezpiecza transakcje przedsiębiorstwom (lub spekuluje z tymi, którzy są do tego powołani) i pełni bardzo pożyteczne funkcje, a na piętrach od 11. do 15. pracuje dodatkowe 100 osób, myśliwych z minimalną pensją stałą i prowizjami od efektów (żeby były niskie koszty banku, gdyby się nie udało), które próbują sprzedać opcje czy kredyt komukolwiek. Problem polega na tym, że z punktu widzenia makro, to marnowanie zasobów w gospodarce. Problem też polega na tym, że można odnieść wrażenie, że w sektorze panuje przekonanie, że wystarczy wysprzątać pół piętra (albo jest przekonanie o konieczności dużych zmian, tylko nikt nie chce być pierwszy).Warto sobie uświadomić, że ta sytuacja po prostu jest nie do utrzymania na dłuższą metę.

Wewnętrzne problemy

Sektor bankowo-finansowy wciąż ma nadzieję, że przetrwamy kryzys i dalej będziemy funkcjonować z drobnymi zmianami. Stąd wołanie o kapitał i pomoc, jakby to było jedynie rozwiązanie problemu. Tymczasem tych 15-piętrowych wieżowców być może jest za dużo, a problemów mnóstwo (systemy motywacyjne, które premiują krótkoterminowe cele, a nie długoterminowy, kilkunastoletni rozwój, potężnie osłabiony nadzór właścicielski, gdzie nie wiadomo kto konkretnie jest właścicielem i czyj to biznes, ścieranie się sprzecznych interesów wewnątrz tych potężnych instytucji itd.).

Krótkoterminowe rozwiązania

Czy samo dostarczenie kapitałów rozwiąże te problemy? Wątpliwe. Dostarczenie kapitału pozwoli tym 10 bankom w miasteczku przetrwać jakiś czas, ale jeśli nie nastąpią istotne zmiany to będzie to jedynie kolejna cisza przed burzą. Za chwilę, przy pierwszym podmuchu wzrostu gospodarczego znów zaczęłyby zatrudniać coraz mniej wyszkolonych pracowników, wciskać każdemu kartę kredytową i wypłacać swoim menedżerom wielomilionowe premie niezależnie od tego, czy w wyniku ich działań nie okaże się, że bank za 10 lat zbankrutuje.

Zmiana nie likwidacja

Nie zmienia to faktu, że nie można pozwolić na to, by te wieżowce teraz upadały. Jest rzeczą oczywistą, że we wspólnym interesie jest mieć zdrowy system bankowy i trzeba mieć nadzieję, że wraz z dostarczeniem kapitału rynek wymusi też fundamentalne zmiany w sektorze. Tam pracują bardzo inteligentni ludzie i myślę, że prezesi dużo więcej widzą i są świadomi problemów niż oficjalnie mówią, więc jest spora nadzieja. Rynek musi tylko trochę „postymulować”.

Rafał Lorek

Autor jest właścicielem firmy R.S.P. LOREK – doradztwo i analizy inwestycyjne i doradcą ds. zarządzania majątkiem
onet.pl

System bankowy – kolos na glinianych nogach

Czego banki oczekują, narzekając, że brakuje im kapitału, że klienci coraz gorzej spłacają kredyty i przewidują, że z tą spłatą będzie coraz gorzej? Twierdzą, że przecież jeśli przestaną udzielać dalszych kredytów gospodarka stanie w miejscu, zacznie się kurczyć, a tego nikt nie chce. To dość kontrowersyjna kwestia, ale jest jedną z kluczowych dla dalszego rozwoju sytuacji w gospodarce.
Ostatnie wypowiedzi prezesów pojawiające się w mediach, ostrzegające przed katastrofalną sytuacją, która może nadejść i przyczynić się do jeszcze większych kłopotów w gospodarce, sprawiają wrażenie, że odpowiedzialność za zaistniałą sytuację spoczywała głównie poza sektorem bankowym. Jakby to zasadniczo „ci inni” mieli rozwiązać problem w 90 proc., a banki nieśmiało będą partycypować w 10 proc., bo w zasadzie nic nie mogą zrobić, są niewinne i bezradne wobec zaistniałej sytuacji.

Nie ma miejsca

Tymczasem chyba większość nie uświadamia sobie, że sektor bankowo-finansowy jest po prostu znacząco przerośnięty. Jest zbyt duży w porównaniu do realnych, a nie sztucznie wytworzonych potrzeb gospodarki. Może po prostu nie ma obecnie, i długo nie będzie, miejsca dla wszystkich instytucji w tym rozmiarze? Może rynek nie jest już w stanie wykarmić i utrzymać tej potężnej masy, jaką stanowi obecnie sektor bankowo-finansowy?

Więcej i więcej

Obrazowo można powiedzieć tak, że 150 lat temu na Dzikim Zachodzie w jakimś dobrze rozwijającym się miasteczku był jeden oddział banku, może dwa, kiedy miasteczko się już rozrosło. Banki ze sobą konkurowały, uczestniczyły w życiu gospodarczym i służyły ludziom i gospodarce, przy okazji zarabiając dla siebie pieniądze. Dziś w tym miasteczku o tej samej liczbie mieszkańców jest już 10 banków. Żeby się utrzymać każdy otwiera wyjątkowe usługi private banking, dokonuje fuzji i przejęć, kilka innych sprzedaje karty kredytowe, opcje, kredyty, noty strukturyzowane, fundusze inwestycyjne itp. nie tylko tym, którzy tego potrzebują, ale komukolwiek z kim będą mieć kontakt i to w jak największej liczbie.

Przelewy, wpłaty, wypłaty

Ludzie w miasteczku niejako tylko przy okazji pracują zawodowo, bo większą część czasu poświęcają na przelewanie pieniędzy z konta na konto i z produktu na produkt, oczywiście za każdym razem płacąc sowitą prowizję. W zasadzie to pracują wyłącznie po to, aby w ten sposób inwestować zarobione pieniądze. Patrząc na to z zewnątrz, do sensownego i pożytecznego obsłużenia ludności i biznesu w miasteczku i okolicach starczyłyby wciąż 2 – 3 banki, ale skoro jest taki obrót na rynku i każdy może zarobić, to dlaczego nie może ich być 10?

Panika

W miasteczku firmy eksportujące potrzebują tylko 200 opcji walutowych na zabezpieczenie ryzyka kursowego, ale jest możliwość sprzedania 500 opcji i zainkasowania marży, więc bank je sprzedaje. Taka sytuacja mogła funkcjonować latami dopóty, dopóki ktoś przestał spłacać swoje zobowiązania i proces ten zaczął obejmować coraz szersze kręgi.

Nagle wszystkie 10 banków zobaczyło, że mają bilans na 1 500 zł, a realnie na rynku jest do odebrania aktywów za 1 000 zł i dla wszystkich nie starczy. Nagle każdy kurczowo zaczął zbierać aktywa z rynku, aby przetrwać (np. depozyty).

Trzy zasady

Odnosząc się do historii, należy przypomnieć sobie trzy kwestie. Po pierwsze z zasady sektor bankowo-finansowy jest stworzony do roli służebnej wobec gospodarki i społeczeństw. Pełni niezmiernie ważną rolę, jako źródło innowacji i udogodnień życia, zatrudnia świetnych fachowców, ale powinien pełnić rolę służebną. Sam w sobie nie przedstawia żadnej wartości, wartość przedstawia dopiero w zestawieniu z gospodarką realną (z ludźmi i biznesem). Po drugie druga połowa lat 90. i 2000 r. to rewolucyjny skok technologiczny, jeśli chodzi o przemysł finansowy (możliwość łatwego i szybkiego tworzenia różnych produktów inwestycyjnych i licznych rozwiązań finansowych). Po trzecie lata 2000 to niespotykany w historii powojennej świata tani pieniądz.

Życie z prowizji

W efekcie zagubiono proporcje. Sektor finansowy pęczniał i stawał się coraz bardziej samowystarczalny (wirtualnie jak się okazuje). Póki klient kupował produkt inwestycyjny banku A, brał kredyt banku B, a potem jeszcze sprzedał produkt w banku A (któremu już zapłacił prowi-zję poprzednio), a jednocześnie kupił produkt banku C (z nową prowizją), system mógł funkcjonować (tymczasem z 1 000 zł pierwotnie zainwestowanego zostało mu 900 zł, a w międzyczasie zapłacił 120 zł prowizji).

Byle komu

Jeśli w banku był zatrudniony jeden pracownik od opcji i obsługiwał 200 pozycji zabezpieczających, to dzięki tym operacjom można było zatrudnić drugiego pracownika, który sprzedał kolejne 300 opcji komu popadnie. W ten sposób system mógł funkcjonować. Z punktu widzenia gospodarki jako całości, te kolejne 300 opcji było już szkodliwe i praca tego człowieka być może została zmarnowana w odniesieniu do całości gospodarki, ale chwilowo i on zarobił, i bank. A ponieważ pieniądz był tani, było go dużo, to sytuacja ta mogła trwać i trwać. Można było odnieść wrażenie, że firmy i społeczeństwa są sektorowi coraz mniej potrzebne, chyba że jako dawcy nowego kapitału.

Rozwiązanie

Tymczasem być może ta masa nie jest już do utrzymania. Musi nastąpić jakieś ujście, jakieś zmniejszenie wielkości balona w porównaniu do tego, kto go trzyma. Albo poprzez spuszczenie powietrza z sektora bankowo-finansowego albo poprzez czekanie aż trzymający go – gospodarka będzie rósł i będzie silniejszy. Prowadzą do tego przynajmniej trzy drogi:

• zmniejszenie aktywności całego sektora, czyli wszyscy się reformują i redukują, ale pozostają w grze,

• eliminacja poszczególnych graczy (fuzje, przejęcia, potem redukcja itp.),

• inflacja, która zmniejszy zadłużenie realne i da trochę oddechu kredytobiorcom – jako najbardziej ryzykowny i chyba najmniej pożądany scenariusz.

Edukacja społeczeństwa

W efekcie pewnie najlepsza będzie kombinacja tych trzech zjawisk. Nie obejdzie się jednak bez znacznego przejścia siły roboczej z sektora bankowo-finansowego do sektora realnej gospodarki. Co po jakimś czasie olbrzymich trudności w akomodacji do nowych warunków powinno nam wszystkim wyjść na dobre. W jaki sposób? Następnym razem, gdy „doradca inwestycyjny” przyjdzie do firmy produkującej skrzynie biegów, aby zaproponować jej o 1 000 opcji za dużo przeznaczonych na spekulacje walutowe, może się natknąć na osobę, która kiedyś też była dealerem derywatów i rozmowa skończy się stosunkowo szybko. Dzięki większej świadomości inwestycyjnej w gospodarce realnej zostanie podniesiona poprzeczka dla banków. Nastąpi też lepsze wykorzystanie talentów ludzkich w gospodarce.

Zbędne piętra

Sektor finansowo-bankowy jest jak 15-piętrowy wieżowiec. Przy czym pierwsze 10 pięter wciąż służy gospodarce i ludziom, jest bardzo potrzebne, jest źródłem innowacji i wielu usprawnień, działa stymulująco na nas wszystkich, a przy tym zarabia na siebie zasłużenie, osiąga zyski i dzięki temu może dalej zdrowo funkcjonować. Piętra od 11. do 15. nie są nikomu potrzebne (z wyjątkiem menedżerów i ludzi tam pracujących) i następuje tam marnotrawienie pieniędzy (to jest właśnie tych 300 opcji za dużo, tych 600 mld kredytów udzielonych zbyt pochopnie, te kilka not strukturyzowanych sprzedanych za dużo klientowi private banking, to jest ta polisa na życie z inwestycjami od której klient płaci 6 proc. rocznie prowizji itd.).

Zamiatanie pod dywan

Na piętrach od 1. do 10. pracuje 200 osób od opcji, którymi zabezpiecza transakcje przedsiębiorstwom (lub spekuluje z tymi, którzy są do tego powołani) i pełni bardzo pożyteczne funkcje, a na piętrach od 11. do 15. pracuje dodatkowe 100 osób, myśliwych z minimalną pensją stałą i prowizjami od efektów (żeby były niskie koszty banku, gdyby się nie udało), które próbują sprzedać opcje czy kredyt komukolwiek. Problem polega na tym, że z punktu widzenia makro, to marnowanie zasobów w gospodarce. Problem też polega na tym, że można odnieść wrażenie, że w sektorze panuje przekonanie, że wystarczy wysprzątać pół piętra (albo jest przekonanie o konieczności dużych zmian, tylko nikt nie chce być pierwszy).Warto sobie uświadomić, że ta sytuacja po prostu jest nie do utrzymania na dłuższą metę.

Wewnętrzne problemy

Sektor bankowo-finansowy wciąż ma nadzieję, że przetrwamy kryzys i dalej będziemy funkcjonować z drobnymi zmianami. Stąd wołanie o kapitał i pomoc, jakby to było jedynie rozwiązanie problemu. Tymczasem tych 15-piętrowych wieżowców być może jest za dużo, a problemów mnóstwo (systemy motywacyjne, które premiują krótkoterminowe cele, a nie długoterminowy, kilkunastoletni rozwój, potężnie osłabiony nadzór właścicielski, gdzie nie wiadomo kto konkretnie jest właścicielem i czyj to biznes, ścieranie się sprzecznych interesów wewnątrz tych potężnych instytucji itd.).

Krótkoterminowe rozwiązania

Czy samo dostarczenie kapitałów rozwiąże te problemy? Wątpliwe. Dostarczenie kapitału pozwoli tym 10 bankom w miasteczku przetrwać jakiś czas, ale jeśli nie nastąpią istotne zmiany to będzie to jedynie kolejna cisza przed burzą. Za chwilę, przy pierwszym podmuchu wzrostu gospodarczego znów zaczęłyby zatrudniać coraz mniej wyszkolonych pracowników, wciskać każdemu kartę kredytową i wypłacać swoim menedżerom wielomilionowe premie niezależnie od tego, czy w wyniku ich działań nie okaże się, że bank za 10 lat zbankrutuje.

Zmiana nie likwidacja

Nie zmienia to faktu, że nie można pozwolić na to, by te wieżowce teraz upadały. Jest rzeczą oczywistą, że we wspólnym interesie jest mieć zdrowy system bankowy i trzeba mieć nadzieję, że wraz z dostarczeniem kapitału rynek wymusi też fundamentalne zmiany w sektorze. Tam pracują bardzo inteligentni ludzie i myślę, że prezesi dużo więcej widzą i są świadomi problemów niż oficjalnie mówią, więc jest spora nadzieja. Rynek musi tylko trochę „postymulować”.

Rafał Lorek

Autor jest właścicielem firmy R.S.P. LOREK – doradztwo i analizy inwestycyjne i doradcą ds. zarządzania majątkiem
onet.pl

Kto pokryje straty finansowe banków?

Czy ostatnie przesłanie znad krawędzi prezesów dużych banków działających w Polsce może oznaczać, że załamanie na rynku bankowym jest coraz bardziej realne, skoro nawet w ich oczach sytuacja staje się niepokojąca? Czy chodzi tylko i wyłącznie o wywołanie sztucznej paniki w Polsce, bo system bankowy potrzebuje pilnie kolejnej kroplówki?
W ostatnich dniach banki otrzymały kolejny zaskakujący prezent od RPP - de facto więc od Narodowego Banku Polskiego - obniżkę stopy rezerwy obowiązkowej z 3,5 do 3 proc. To oznacza 3 - 3,4 mld zł uwolnionej gotówki, która w niczym nie wzmocni akcji kredytowej dla przedsiębiorstw, a przeznaczona zostanie zapewne na zakup krótkoterminowych skarbowych papierów wartościowych i może nieco przypudruje rozmiary deficytu budżetowego.

Pod obserwacją
Agencja Moody's zmieniła właśnie na negatywną perspektywę długoterminowego ratingu depozytowego dla ING BSK. Getin Bank ma już negatywny rating, a Bank Millennium i Bank Handlowy są obserwowane. Tymczasem doradca prezesa NBP Wojciech Kwaśniak wydaje się zirytowany wciągnięciem na listę obserwacyjną z możliwością obniżenia ratingu przez agencję ratingową Moody's kolejnych ośmiu działających w Polsce banków - PKO BP, Pekao SA, BZ WBK, Lukas Banku, BRE Banku, BRE Hipotecznego, BGŻ oraz Europejskiego Funduszu Leasingowego (EFL).

Wołanie o pomoc

Wiara doradcy prezesa NBP w dobrą sytuację sektora bankowego w Polsce stoi w sprzeczności z komunikatem, a właściwie przesłaniem przedstawicieli największych polskich banków PKO BP, Pekao SA, BRE Banku, BZ WBK opublikowanym w "Wall Street Journal Polska" dodatku do "Dziennika" z 22 maja 2009 r. Zauważyli oni to, co inni w Polsce widzą już od dawna. W sposób odpowiedzialny i uczciwy te zagrożenia dla sektora bankowego i niezbędne kierunki zmian wymienił choćby prezes WestLB Polska Maciej Stańczuk.

Patriotyzm?

Prezesi z wielkim niepokojem zaczęli się odnosić do problemów całej polskiej gospodarki, nie tylko systemu bankowego. A niewątpliwie to banki odgrywają szczególną rolę w stabilizowaniu gospodarki i zapobieganiu dalszemu rozwojowi kryzysu. Prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki argumentuje to w następujący sposób: "Angażujemy się w ratowanie polskiej gospodarki z głębokim poczuciem odpowiedzialności za nasze firmy. Ale to, co jeszcze ważniejsze, to nasz patriotyczny obowiązek" (WSJ, "Dziennik", 22 maja 2009 r.).

Portfel kredytowy się pruje

Pekao SA ma spore problemy, gdy idzie o spadek marży i przychody. Udzielił kredytów na kwotę już blisko 90 mld zł, z czego kwota kredytów korporacyjnych to aż 60, 5 mld zł, kredytów dla ludności to ok. 30 mld zł. Zysk za I kw. w 2009 r. spadł o 30 proc. do kwoty 566 mln zł. Starty Unicredito i Pekao mogą być ogromne i skutecznie jeszcze pogorszyć wyniki, gdy idzie o sytuację na Ukrainie.

Utopiony w deweloperce

BZ WBK udzielił 30 mld kredytów, z tego ok. 13 mld zł to kredyty dla deweloperów, a sporo z nich to dziś bankruci sprzedający po 10 mieszkań miesięcznie. Rezerwy BZ WBK tworzone za I kw. to kwota 161 mln zł, ale na koniec roku rezerwy i odpisy BZ WBK mogą wzrosnąć do poziomu 600 mln zł w wersji optymistycznej. Zysk jest mniejszy o 51 proc. w I kw. tego roku w relacji r./r., 50 proc. portfela kredytowego tego banku zaangażowane jest w kredytowanie nieruchomości. Zysk netto BRE Banku spadł z 344 mln zł w I kw. 2008 r. do zaledwie 77 mln w I kw. 2009 r. Bank będzie musiał dokonać poważnych odpisów i rezerw tego roku. 
wp.pl

Kto pokryje straty finansowe banków?

Czy ostatnie przesłanie znad krawędzi prezesów dużych banków działających w Polsce może oznaczać, że załamanie na rynku bankowym jest coraz bardziej realne, skoro nawet w ich oczach sytuacja staje się niepokojąca? Czy chodzi tylko i wyłącznie o wywołanie sztucznej paniki w Polsce, bo system bankowy potrzebuje pilnie kolejnej kroplówki?
W ostatnich dniach banki otrzymały kolejny zaskakujący prezent od RPP - de facto więc od Narodowego Banku Polskiego - obniżkę stopy rezerwy obowiązkowej z 3,5 do 3 proc. To oznacza 3 - 3,4 mld zł uwolnionej gotówki, która w niczym nie wzmocni akcji kredytowej dla przedsiębiorstw, a przeznaczona zostanie zapewne na zakup krótkoterminowych skarbowych papierów wartościowych i może nieco przypudruje rozmiary deficytu budżetowego.

Pod obserwacją
Agencja Moody's zmieniła właśnie na negatywną perspektywę długoterminowego ratingu depozytowego dla ING BSK. Getin Bank ma już negatywny rating, a Bank Millennium i Bank Handlowy są obserwowane. Tymczasem doradca prezesa NBP Wojciech Kwaśniak wydaje się zirytowany wciągnięciem na listę obserwacyjną z możliwością obniżenia ratingu przez agencję ratingową Moody's kolejnych ośmiu działających w Polsce banków - PKO BP, Pekao SA, BZ WBK, Lukas Banku, BRE Banku, BRE Hipotecznego, BGŻ oraz Europejskiego Funduszu Leasingowego (EFL).

Wołanie o pomoc

Wiara doradcy prezesa NBP w dobrą sytuację sektora bankowego w Polsce stoi w sprzeczności z komunikatem, a właściwie przesłaniem przedstawicieli największych polskich banków PKO BP, Pekao SA, BRE Banku, BZ WBK opublikowanym w "Wall Street Journal Polska" dodatku do "Dziennika" z 22 maja 2009 r. Zauważyli oni to, co inni w Polsce widzą już od dawna. W sposób odpowiedzialny i uczciwy te zagrożenia dla sektora bankowego i niezbędne kierunki zmian wymienił choćby prezes WestLB Polska Maciej Stańczuk.

Patriotyzm?

Prezesi z wielkim niepokojem zaczęli się odnosić do problemów całej polskiej gospodarki, nie tylko systemu bankowego. A niewątpliwie to banki odgrywają szczególną rolę w stabilizowaniu gospodarki i zapobieganiu dalszemu rozwojowi kryzysu. Prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki argumentuje to w następujący sposób: "Angażujemy się w ratowanie polskiej gospodarki z głębokim poczuciem odpowiedzialności za nasze firmy. Ale to, co jeszcze ważniejsze, to nasz patriotyczny obowiązek" (WSJ, "Dziennik", 22 maja 2009 r.).

Portfel kredytowy się pruje

Pekao SA ma spore problemy, gdy idzie o spadek marży i przychody. Udzielił kredytów na kwotę już blisko 90 mld zł, z czego kwota kredytów korporacyjnych to aż 60, 5 mld zł, kredytów dla ludności to ok. 30 mld zł. Zysk za I kw. w 2009 r. spadł o 30 proc. do kwoty 566 mln zł. Starty Unicredito i Pekao mogą być ogromne i skutecznie jeszcze pogorszyć wyniki, gdy idzie o sytuację na Ukrainie.

Utopiony w deweloperce

BZ WBK udzielił 30 mld kredytów, z tego ok. 13 mld zł to kredyty dla deweloperów, a sporo z nich to dziś bankruci sprzedający po 10 mieszkań miesięcznie. Rezerwy BZ WBK tworzone za I kw. to kwota 161 mln zł, ale na koniec roku rezerwy i odpisy BZ WBK mogą wzrosnąć do poziomu 600 mln zł w wersji optymistycznej. Zysk jest mniejszy o 51 proc. w I kw. tego roku w relacji r./r., 50 proc. portfela kredytowego tego banku zaangażowane jest w kredytowanie nieruchomości. Zysk netto BRE Banku spadł z 344 mln zł w I kw. 2008 r. do zaledwie 77 mln w I kw. 2009 r. Bank będzie musiał dokonać poważnych odpisów i rezerw tego roku. 
wp.pl

Tydzień pod znakiem osłabienia złotego

Miniony tydzień na rynku złotego upłynął pod znakiem osłabienia się krajowej waluty. Notowania EUR/PLN przebiły poziom 4,5500, kurs USD/PLN natomiast zwyżkował ponad 3,2100. Polska waluta traci w wyniku pogorszenia się sentymentu dla regionu europejskich rynków wschodzących.
Po tym jak w połowie tygodnia nie udało się uplasować obligacji rządu łotewskiego ze względu na zerowy popyt, wśród inwestorów pojawiły się uzasadnione obawy związane z dewaluacją łata. Waluta ta od 2005 r. znajduje się w systemie ERM II, w związku z czym kurs EUR/LVL od ponad czterech lat nie wykraczał poza przedział wahań +/- 15% wokół poziomu parytetowego 0,7028 LVL za EUR. Dewaluacja łata jest realna ze względu na silne podstawy fundamentalne uzasadniające sterowane obniżenie wartości łotewskiej waluty.

Kryzys finansowy bardzo negatywnie uderzył w gospodarkę Łotwy, ujawniając jednocześnie wiele jej nierównowag wewnętrznych (wysoki deficyt budżetowy) i zewnętrznych (uzależnienie od finansowania zagranicznego). W pierwszym kwartale bieżącego roku łotewski PKB spadł o 18% kw/kw, co stanowi najgorszy wynik wśród krajów Unii Europejskiej. Pogarszające się fundamenty nie zostały jednak zdyskontowane w wycenie EUR/LVL ze względu na wspomniane wcześniej usztywnienie kursu łata względem euro.
Biorąc pod uwagę skalę deprecjacji pozostałych walut regionu europejskich emerging markets, posiadających płynny kurs walutowy, wydaje się, że dewaluacja łata powinna wynieść ok. 30%. Uczestnicy łotewskiego rynku walutowego uważają jednak, iż istnieje duże prawdopodobieństwo nawet 50-procentowego osłabienia się łata w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Łotwa była jednym z pierwszych krajów, które otrzymały pomoc od Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu walki ze skutkami kryzysu. Pożyczka z połączonych środków MFW oraz Komisji Europejskiej opiewa na kwotę 7,5 mld euro i jest przekazywana w transzach, Łotwa natomiast zobowiązana jest wypełnić cały szereg warunków ekonomicznych. Należy do nich między innymi silna kontrola wydatków rządowych - w marcu na skutek zbyt słabej kontroli fiskalnej wstrzymana została transza opiewająca na 200 mld euro. W bieżącym miesiącu istnieje zagrożenie ponownego wstrzymania środków ze względu na zbyt duże wydatki budżetowe - fakt ten dodatkowo pogarsza sentyment względem łotewskiej waluty. Według doniesień rynkowych, w weekend ma odbyć się spotkanie MFW z KE, w czasie którego najprawdopodobniej zapadnie decyzja odnośnie dalszej pomocy finansowej Łotwie, a nawet może dojść do obniżenia kursu parytetowego EUR/LVL.

Osłabienie złotego w minionym tygodniu wsparła również korekta na rynku eurodolara - notowania EUR/USD po wzroście do poziomu 1,4340, odbiły chwilowo poniżej wsparcia 1,4100, by ostatecznie skonsolidować się wokół poziomu 1,4200. Praktycznie bez wpływu na polski rynek walutowy pozostały z kolei dane, jakie na początku tygodnia napłynęły z krajowej gospodarki. Indeks aktywności gospodarczej w sektorze przemysłu wyniósł w maju 42,5 pkt., co było zgodne z przewidywaniami rynku, prognoza inflacji Ministerstwa Finansów szacuje natomiast spadek cen konsumentów w maju do 3,8% r/r z 4% w kwietniu.

Dopóki nie opadną emocje wokół problemów Łotwy, złoty będzie pozostawał pod presją deprecjacyjną. Wiele zależeć będzie od wyników spotkania MFW-KE w weekend - jeśli ich efektem byłaby dewaluacja łata, osłabienie złotego najprawdopodobniej nabierze tempa.

W mijającym tygodniu w notowaniach EUR/USD wyhamowaniu uległ dynamiczny trend wzrostowy. Wartość euro względem dolara nie była w stanie trwale wznieść się ponad poziom 1,4300. Z drugiej strony, od większej korekty spadkowej powstrzymywała ją bariera 1,4100. Jednoznacznych impulsów dla kursu tej pary walutowej nie dostarczały światowe giełdy, które po wzroście na początku tygodnia na kilkumiesięczne maksima, w kolejnych dniach konsolidowały się w pobliżu tych szczytów.
wp.pl

Tydzień pod znakiem osłabienia złotego

Miniony tydzień na rynku złotego upłynął pod znakiem osłabienia się krajowej waluty. Notowania EUR/PLN przebiły poziom 4,5500, kurs USD/PLN natomiast zwyżkował ponad 3,2100. Polska waluta traci w wyniku pogorszenia się sentymentu dla regionu europejskich rynków wschodzących.
Po tym jak w połowie tygodnia nie udało się uplasować obligacji rządu łotewskiego ze względu na zerowy popyt, wśród inwestorów pojawiły się uzasadnione obawy związane z dewaluacją łata. Waluta ta od 2005 r. znajduje się w systemie ERM II, w związku z czym kurs EUR/LVL od ponad czterech lat nie wykraczał poza przedział wahań +/- 15% wokół poziomu parytetowego 0,7028 LVL za EUR. Dewaluacja łata jest realna ze względu na silne podstawy fundamentalne uzasadniające sterowane obniżenie wartości łotewskiej waluty.

Kryzys finansowy bardzo negatywnie uderzył w gospodarkę Łotwy, ujawniając jednocześnie wiele jej nierównowag wewnętrznych (wysoki deficyt budżetowy) i zewnętrznych (uzależnienie od finansowania zagranicznego). W pierwszym kwartale bieżącego roku łotewski PKB spadł o 18% kw/kw, co stanowi najgorszy wynik wśród krajów Unii Europejskiej. Pogarszające się fundamenty nie zostały jednak zdyskontowane w wycenie EUR/LVL ze względu na wspomniane wcześniej usztywnienie kursu łata względem euro.
Biorąc pod uwagę skalę deprecjacji pozostałych walut regionu europejskich emerging markets, posiadających płynny kurs walutowy, wydaje się, że dewaluacja łata powinna wynieść ok. 30%. Uczestnicy łotewskiego rynku walutowego uważają jednak, iż istnieje duże prawdopodobieństwo nawet 50-procentowego osłabienia się łata w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Łotwa była jednym z pierwszych krajów, które otrzymały pomoc od Międzynarodowego Funduszu Walutowego w celu walki ze skutkami kryzysu. Pożyczka z połączonych środków MFW oraz Komisji Europejskiej opiewa na kwotę 7,5 mld euro i jest przekazywana w transzach, Łotwa natomiast zobowiązana jest wypełnić cały szereg warunków ekonomicznych. Należy do nich między innymi silna kontrola wydatków rządowych - w marcu na skutek zbyt słabej kontroli fiskalnej wstrzymana została transza opiewająca na 200 mld euro. W bieżącym miesiącu istnieje zagrożenie ponownego wstrzymania środków ze względu na zbyt duże wydatki budżetowe - fakt ten dodatkowo pogarsza sentyment względem łotewskiej waluty. Według doniesień rynkowych, w weekend ma odbyć się spotkanie MFW z KE, w czasie którego najprawdopodobniej zapadnie decyzja odnośnie dalszej pomocy finansowej Łotwie, a nawet może dojść do obniżenia kursu parytetowego EUR/LVL.

Osłabienie złotego w minionym tygodniu wsparła również korekta na rynku eurodolara - notowania EUR/USD po wzroście do poziomu 1,4340, odbiły chwilowo poniżej wsparcia 1,4100, by ostatecznie skonsolidować się wokół poziomu 1,4200. Praktycznie bez wpływu na polski rynek walutowy pozostały z kolei dane, jakie na początku tygodnia napłynęły z krajowej gospodarki. Indeks aktywności gospodarczej w sektorze przemysłu wyniósł w maju 42,5 pkt., co było zgodne z przewidywaniami rynku, prognoza inflacji Ministerstwa Finansów szacuje natomiast spadek cen konsumentów w maju do 3,8% r/r z 4% w kwietniu.

Dopóki nie opadną emocje wokół problemów Łotwy, złoty będzie pozostawał pod presją deprecjacyjną. Wiele zależeć będzie od wyników spotkania MFW-KE w weekend - jeśli ich efektem byłaby dewaluacja łata, osłabienie złotego najprawdopodobniej nabierze tempa.

W mijającym tygodniu w notowaniach EUR/USD wyhamowaniu uległ dynamiczny trend wzrostowy. Wartość euro względem dolara nie była w stanie trwale wznieść się ponad poziom 1,4300. Z drugiej strony, od większej korekty spadkowej powstrzymywała ją bariera 1,4100. Jednoznacznych impulsów dla kursu tej pary walutowej nie dostarczały światowe giełdy, które po wzroście na początku tygodnia na kilkumiesięczne maksima, w kolejnych dniach konsolidowały się w pobliżu tych szczytów.
wp.pl

Mostostal Zabrze zdobył duży kontrakt

Oferta konsorcjum Mostostalu Zabrze uznana została jako najkorzystniejsza w procesie wyboru wykonawcy na budowę dla PGE Dolna Odra kotła na biomasę w Elektrowni Szczecin.
Wartość oferty to 127 mln zł brutto - podała spółka w czwartkowym komunikacie.

W skład konsorcjum, oprócz Mostostalu Zabrze, który jest liderem, wchodzą też BMH Technology Oy (Finlandia), oraz Gliwickie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego (spółka zależna Mostostalu Zabrze).

Przewidywany termin realizacji kontraktu to koniec października 2011 roku.



  (PAP)
money.pl

Mostostal Zabrze zdobył duży kontrakt

Oferta konsorcjum Mostostalu Zabrze uznana została jako najkorzystniejsza w procesie wyboru wykonawcy na budowę dla PGE Dolna Odra kotła na biomasę w Elektrowni Szczecin.
Wartość oferty to 127 mln zł brutto - podała spółka w czwartkowym komunikacie.

W skład konsorcjum, oprócz Mostostalu Zabrze, który jest liderem, wchodzą też BMH Technology Oy (Finlandia), oraz Gliwickie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego (spółka zależna Mostostalu Zabrze).

Przewidywany termin realizacji kontraktu to koniec października 2011 roku.



  (PAP)
money.pl

Hydrobudowa Polska nie podzieli się zyskiem

Zwyczajne walne zgromadzenie spółki budowlanej Hydrobudowa Polska zdecydowało o niewypłacaniu dywidendy z zysku za 2008 roku, wynika z treści uchwał przedstawionych przez firmę.

- Zwyczajne walne zgromadzenie (...) postanawia wyłączyć od podziału zysk w kwocie 53.370.546,66 zł netto wykazany w sprawozdaniu finansowym spółki za rok 2008 i przeznaczyć z zysku kwotę 1.100.044,00 zł na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, kwotę 50 765 592,02 zł na pokrycie straty z lat ubiegłych, a pozostałą część zysku, tj. kwotę 1.504.910,64 zł, przeznaczyć na kapitał zapasowy - czytamy w uchwale.

Hydrobudowa Polska miała po audycie 64,48 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2008 roku wobec 59,00 mln zł zysku rok wcześniej.

W ujęciu jednostkowym, w 2008 roku spółka miała 53,37 mln zł zysku netto wobec 40,23 mln zł zysku rok wcześniej.

money.pl

Hydrobudowa Polska nie podzieli się zyskiem

Zwyczajne walne zgromadzenie spółki budowlanej Hydrobudowa Polska zdecydowało o niewypłacaniu dywidendy z zysku za 2008 roku, wynika z treści uchwał przedstawionych przez firmę.

- Zwyczajne walne zgromadzenie (...) postanawia wyłączyć od podziału zysk w kwocie 53.370.546,66 zł netto wykazany w sprawozdaniu finansowym spółki za rok 2008 i przeznaczyć z zysku kwotę 1.100.044,00 zł na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych, kwotę 50 765 592,02 zł na pokrycie straty z lat ubiegłych, a pozostałą część zysku, tj. kwotę 1.504.910,64 zł, przeznaczyć na kapitał zapasowy - czytamy w uchwale.

Hydrobudowa Polska miała po audycie 64,48 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2008 roku wobec 59,00 mln zł zysku rok wcześniej.

W ujęciu jednostkowym, w 2008 roku spółka miała 53,37 mln zł zysku netto wobec 40,23 mln zł zysku rok wcześniej.

money.pl

Energetycy domagają się podwyżek cen energii cieplnej

Proponowany przez elektrociepłownie system ustalania cen ciepła doprowadzi do wzrostu opłat o około 10 proc. Ministerstwo Gospodarki chce podwyżki rozłożyć w czasie. Nie wiadomo, czy na zmiany zgodzi się URE.
Firmy produkujące prąd i ciepło domagają się zmiany zasad regulacji cen ciepła zatwierdzanych przez Urząd Regulacji Energetyki. Uważają, że po uwolnieniu cen prądu system regulacji kosztowej cen ciepła stał się w ich przypadku nieopłacalny.

Teraz im wyższe ceny energii elektrycznej, tym niższe ceny ciepła. A te spadają do granicy opłacalności produkcji, a niekiedy nawet poniżej, wynaturzając ekonomikę produkcji elektrociepłowni - mówi Janusz Bil, dyrektor ds. regulacji i rozwoju rynku Vattenfall Poland.

Problem wynika ze stosowania kosztowego modelu regulacji cen ciepła. Zgodnie z obwiązującym prawem regulator, zatwierdzając elektrociepłowniom ceny ciepła, od planowanych łącznych kosztów produkcji ciepła i prądu odejmuje planowany przychód ze sprzedaży prądu i dopiero pozostałe koszty pokrywane są cenami ciepła. W sytuacji gdy ceny prądu rosną, podstawa wyznaczania cen ciepła po prostu się kurczy. Branża chce, żeby sposób regulacji cen ciepła został zmieniony na korzystniejszy dla niej. Ministerstwo Gospodarki nie jest przeciwne.

Jestem jednym z fanów zmian zasad kształtowania cen ciepła. Uważam, że należy odejść od modelu kosztowego. Zgodnie z harmonogramem działań wykonawczych do polityki energetycznej to powinno stać się w tym roku. Postaramy się aby się udało - mówi Joanna Strzelec-Łobodzińska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki odpowiedzialna za energetykę.

Nowa polityka energetyczna nie została jeszcze przyjęta przez rząd, ale w resorcie gospodarki trwają prace mające na celu zastąpienie obecnego modelu systemem cen referencyjnych. Jednak realizacja tej propozycji będzie oznaczała wzrost cen ciepła.

System cen referencyjnych prowadzi do częściowego uwolnienia cen ciepła. Zaproponowane przez branżę mechanizmy zakładają, że wzrost cen nie byłby większy niż 10 proc. mówi - Janusz Bil.
Ministerstwo Gospodarki nie chce dopuścić, żeby wskutek zmian regulacji doszło do skokowego wzrostu cen ciepła. Chce, aby podwyżki były rozłożone w czasie.

Nie można spowodować tą zmianą w jednym roku zdecydowanej podwyżki cen ciepła. Będzie ścieżka dojścia do ceny referencyjnej, może dwa, trzy lata - mówi wiceminister Strzelec-Łobodzińska.

Dodaje, że dla ostatecznych ustaleń w sprawie cen ważne będą konsultacje z Urzędem Regulacji Energetyki, bo to on będzie w dużej części adresatem nowego rozporządzenia resortu gospodarki. URE nie jest pewny, że poprze akurat system cen referencyjnych.

Zmiana sposobu regulowania sektora ciepłownictwa nie może być ani celem samym w sobie, ani tym bardziej metodą na uzyskanie przez sektor możliwości pobierania od odbiorców wyższych cen ciepła. Regulacje powinny dostarczać firmom bodźców do inwestowania, m.in. w celu zapewnienia dostaw ciepła. Jednak równocześnie muszą szanować interes odbiorców - mówi Marek Woszczyk, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki.



Ireneusz Chojnacki

Gazeta Prawna
wp.pl

Energetycy domagają się podwyżek cen energii cieplnej

Proponowany przez elektrociepłownie system ustalania cen ciepła doprowadzi do wzrostu opłat o około 10 proc. Ministerstwo Gospodarki chce podwyżki rozłożyć w czasie. Nie wiadomo, czy na zmiany zgodzi się URE.
Firmy produkujące prąd i ciepło domagają się zmiany zasad regulacji cen ciepła zatwierdzanych przez Urząd Regulacji Energetyki. Uważają, że po uwolnieniu cen prądu system regulacji kosztowej cen ciepła stał się w ich przypadku nieopłacalny.

Teraz im wyższe ceny energii elektrycznej, tym niższe ceny ciepła. A te spadają do granicy opłacalności produkcji, a niekiedy nawet poniżej, wynaturzając ekonomikę produkcji elektrociepłowni - mówi Janusz Bil, dyrektor ds. regulacji i rozwoju rynku Vattenfall Poland.

Problem wynika ze stosowania kosztowego modelu regulacji cen ciepła. Zgodnie z obwiązującym prawem regulator, zatwierdzając elektrociepłowniom ceny ciepła, od planowanych łącznych kosztów produkcji ciepła i prądu odejmuje planowany przychód ze sprzedaży prądu i dopiero pozostałe koszty pokrywane są cenami ciepła. W sytuacji gdy ceny prądu rosną, podstawa wyznaczania cen ciepła po prostu się kurczy. Branża chce, żeby sposób regulacji cen ciepła został zmieniony na korzystniejszy dla niej. Ministerstwo Gospodarki nie jest przeciwne.

Jestem jednym z fanów zmian zasad kształtowania cen ciepła. Uważam, że należy odejść od modelu kosztowego. Zgodnie z harmonogramem działań wykonawczych do polityki energetycznej to powinno stać się w tym roku. Postaramy się aby się udało - mówi Joanna Strzelec-Łobodzińska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki odpowiedzialna za energetykę.

Nowa polityka energetyczna nie została jeszcze przyjęta przez rząd, ale w resorcie gospodarki trwają prace mające na celu zastąpienie obecnego modelu systemem cen referencyjnych. Jednak realizacja tej propozycji będzie oznaczała wzrost cen ciepła.

System cen referencyjnych prowadzi do częściowego uwolnienia cen ciepła. Zaproponowane przez branżę mechanizmy zakładają, że wzrost cen nie byłby większy niż 10 proc. mówi - Janusz Bil.
Ministerstwo Gospodarki nie chce dopuścić, żeby wskutek zmian regulacji doszło do skokowego wzrostu cen ciepła. Chce, aby podwyżki były rozłożone w czasie.

Nie można spowodować tą zmianą w jednym roku zdecydowanej podwyżki cen ciepła. Będzie ścieżka dojścia do ceny referencyjnej, może dwa, trzy lata - mówi wiceminister Strzelec-Łobodzińska.

Dodaje, że dla ostatecznych ustaleń w sprawie cen ważne będą konsultacje z Urzędem Regulacji Energetyki, bo to on będzie w dużej części adresatem nowego rozporządzenia resortu gospodarki. URE nie jest pewny, że poprze akurat system cen referencyjnych.

Zmiana sposobu regulowania sektora ciepłownictwa nie może być ani celem samym w sobie, ani tym bardziej metodą na uzyskanie przez sektor możliwości pobierania od odbiorców wyższych cen ciepła. Regulacje powinny dostarczać firmom bodźców do inwestowania, m.in. w celu zapewnienia dostaw ciepła. Jednak równocześnie muszą szanować interes odbiorców - mówi Marek Woszczyk, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki.



Ireneusz Chojnacki

Gazeta Prawna
wp.pl

Motyle i ptaki utrudniają rozpoczęcie inwestycji

Niejasności w przepisach środowiskowych komplikują załatwianie formalności budowlanych. Urzędnicy nie wiedzą bowiem, jak je stosować.
Na jesieni 2008 r. zmieniły się zasady przeprowadzania postępowań oceniających wpływ inwestycji na środowisko. 15 listopada weszła bowiem w życie ustawa o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko (dalej: ustawa środowiskowa).

Prowadzimy pierwsze postępowania na podstawie nowych przepisów i mamy sporo problemów interpretacyjnych - mówi Bogdan Dąbrowski, radca prawny z Urzędu Miasta w Poznaniu.
Ponowne oceny

Chodzi o to, że art. 36 prawa budowlanego dokładnie określa, co może się znaleźć w pozwoleniu na budowę – wyjaśnia Dąbrowski.

Tymczasem ustawa środowiskowa w art. 93 mówi, że starosta (prezydent miasta na prawach powiatu) ma prawo po ponownej ocenie oddziaływania na środowisko nałożyć dodatkowe obowiązki na inwestora, m.in. nakazać mu w pozwoleniu budowlanym sporządzanie analizy powykonawczej, kiedy już obiekt zostanie wybudowany.

Jak mamy to zrobić, skoro nie możemy w pozwoleniu obciążać inwestora dodatkowymi obowiązkami związanymi z eksploatacją obiektu? Pozwolenie na budowę dotyczy bowiem tylko prowadzenia robót związanych ze wznoszeniem obiektu – wyjaśnia Dąbrowski.

Takich ponownych ocen będzie – jak twierdzi – sporo, często bowiem, zanim dojdzie do załatwienia wszystkich formalności, decyzja środowiskowa się dezaktualizuje. Najlepiej zobrazuje to przykład. Inwestor uzyskał decyzję środowiskową dwa lata temu, a teraz stara się o pozwolenie na budowę zakładu produkującego plastikowe okulary. W tym czasie jednak na sąsiedniej działce został wybudowany warsztat, który także wpływa na otoczenie. Trzeba więc ustalić, czy kolejny zakład produkcyjny nie będzie już nadmiernym obciążeniem dla środowiska.

Stare formularze

Wniosek o wydanie pozwolenia oraz samo pozwolenie wymaga ponadto stosowania formularzy urzędowych. Wzory zawiera rozporządzenie ministra infrastruktury – tłumaczy Artur Kawicki, ekspert w zakresie ochrony środowiska.

Regulacja ta nic nie mówi o ponownym postępowaniu oceniającym. Urzędnicy nie wiedzą więc, gdzie i czy w ogóle mają wpisywać informację o tym postępowaniu.

Wpływ na naturę

Najwięcej kłopotów będzie z oceną oddziaływania na obszar Natura 2000 – mówi Artur Kawicki.
Nawet w wypadku prostych robót, które wymagają tylko uproszczonych formalności budowlanych jak zgłoszenie przepisy każą się starać o pozwolenie na budowę, jeżeli roboty mogą szkodzić obszarom Natura 2000. Mówi o tym art. 29 ust. 3 prawa budowlanego.

Zarazem ustawa środowiskowa nakłada na starostę obowiązek sprawdzenia, czy planowane inwestycje mogą mieć ewentualnie negatywne oddziaływanie. Tak np., czy budowa płotu przy drodze publicznej nie ma przypadkiem wpływu na ochronę rzadkiego motyla lub rośliny – wyjaśnia Kawicki.

Nawet jeżeli w toku postępowania okaże się, że nie ma takich zagrożeń, to i tak samo jego rozpoczęcie rodzi obowiązek uzyskania pozwolenia na budowę. Dotyczy to także wspomnianego płotu. Jest to, jego zdaniem, rozwiązanie zbyt restrykcyjne.

W tej chwili blisko 18 proc. obszaru Polski jest objętych siecią Natura 2000, wkrótce będzie ich więcej.
Renata Krupa-Dąbrowska
Rzeczpospolita
wp.pl

Motyle i ptaki utrudniają rozpoczęcie inwestycji

Niejasności w przepisach środowiskowych komplikują załatwianie formalności budowlanych. Urzędnicy nie wiedzą bowiem, jak je stosować.
Na jesieni 2008 r. zmieniły się zasady przeprowadzania postępowań oceniających wpływ inwestycji na środowisko. 15 listopada weszła bowiem w życie ustawa o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko (dalej: ustawa środowiskowa).

Prowadzimy pierwsze postępowania na podstawie nowych przepisów i mamy sporo problemów interpretacyjnych - mówi Bogdan Dąbrowski, radca prawny z Urzędu Miasta w Poznaniu.
Ponowne oceny

Chodzi o to, że art. 36 prawa budowlanego dokładnie określa, co może się znaleźć w pozwoleniu na budowę – wyjaśnia Dąbrowski.

Tymczasem ustawa środowiskowa w art. 93 mówi, że starosta (prezydent miasta na prawach powiatu) ma prawo po ponownej ocenie oddziaływania na środowisko nałożyć dodatkowe obowiązki na inwestora, m.in. nakazać mu w pozwoleniu budowlanym sporządzanie analizy powykonawczej, kiedy już obiekt zostanie wybudowany.

Jak mamy to zrobić, skoro nie możemy w pozwoleniu obciążać inwestora dodatkowymi obowiązkami związanymi z eksploatacją obiektu? Pozwolenie na budowę dotyczy bowiem tylko prowadzenia robót związanych ze wznoszeniem obiektu – wyjaśnia Dąbrowski.

Takich ponownych ocen będzie – jak twierdzi – sporo, często bowiem, zanim dojdzie do załatwienia wszystkich formalności, decyzja środowiskowa się dezaktualizuje. Najlepiej zobrazuje to przykład. Inwestor uzyskał decyzję środowiskową dwa lata temu, a teraz stara się o pozwolenie na budowę zakładu produkującego plastikowe okulary. W tym czasie jednak na sąsiedniej działce został wybudowany warsztat, który także wpływa na otoczenie. Trzeba więc ustalić, czy kolejny zakład produkcyjny nie będzie już nadmiernym obciążeniem dla środowiska.

Stare formularze

Wniosek o wydanie pozwolenia oraz samo pozwolenie wymaga ponadto stosowania formularzy urzędowych. Wzory zawiera rozporządzenie ministra infrastruktury – tłumaczy Artur Kawicki, ekspert w zakresie ochrony środowiska.

Regulacja ta nic nie mówi o ponownym postępowaniu oceniającym. Urzędnicy nie wiedzą więc, gdzie i czy w ogóle mają wpisywać informację o tym postępowaniu.

Wpływ na naturę

Najwięcej kłopotów będzie z oceną oddziaływania na obszar Natura 2000 – mówi Artur Kawicki.
Nawet w wypadku prostych robót, które wymagają tylko uproszczonych formalności budowlanych jak zgłoszenie przepisy każą się starać o pozwolenie na budowę, jeżeli roboty mogą szkodzić obszarom Natura 2000. Mówi o tym art. 29 ust. 3 prawa budowlanego.

Zarazem ustawa środowiskowa nakłada na starostę obowiązek sprawdzenia, czy planowane inwestycje mogą mieć ewentualnie negatywne oddziaływanie. Tak np., czy budowa płotu przy drodze publicznej nie ma przypadkiem wpływu na ochronę rzadkiego motyla lub rośliny – wyjaśnia Kawicki.

Nawet jeżeli w toku postępowania okaże się, że nie ma takich zagrożeń, to i tak samo jego rozpoczęcie rodzi obowiązek uzyskania pozwolenia na budowę. Dotyczy to także wspomnianego płotu. Jest to, jego zdaniem, rozwiązanie zbyt restrykcyjne.

W tej chwili blisko 18 proc. obszaru Polski jest objętych siecią Natura 2000, wkrótce będzie ich więcej.
Renata Krupa-Dąbrowska
Rzeczpospolita
wp.pl

Kupując mieszkanie, mniej zapłacimy u notariusza

Osoby kupujące mieszkania na rynku pierwotnym – od dewelopera, będą ponosiły niższe opłaty z tytułu sporządzania aktu notarialnego u notariusza.
W precedensowym wyroku Sąd Rejonowy w Krakowie orzekł, że kupujący mieszkanie nie ma obowiązku ponoszenia kosztów wypisów aktu notarialnego dla dewelopera (sygn. akt. I C 356/08).

Brak jest podstaw do obciążania kupującego mieszkanie kosztami wypisów aktu notarialnego dla dewelopera. Koszty wydania tych wypisów powinny obciążać dewelopera, bowiem pobranie przez którąkolwiek ze stron wypisu na własne potrzeby nie jest związane z zawarciem aktu notarialnego - podkreśliła w uzasadnieniu wyroku sędzia Agnieszka Rutkowska z Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieście.

Dziś wszystkie koszty związane z podpisaniem aktu notarialnego ponoszone są wyłącznie przez kupującego mieszkanie. Poza kosztami wypisów dla dewelopera każdy kupujący musi pokryć także koszty wypisów dla siebie i innych urzędów (np. sąd i urząd skarbowy) oraz koszty taksy notarialnej, podatku VAT i opłaty za wpis do księgi wieczystej. Najczęściej koszty te wynoszą kilka tysięcy złotych (w sprawie, w której orzekał Sąd Rejonowy w Krakowie, wyniosły one ok. 2 tys. zł) i są uzależnione od wartości mieszkania. Deweloper przy podpisywaniu aktu notarialnego nie płaci ani złotówki.

Koszty wypisów aktu notarialnego dla dewelopera sięgają 200–300 zł (w zależności od objętości aktu notarialnego). Być może dla jednego kupującego nie jest to duża kwota, ale w skali całego kraju i wszystkich transakcji zakupu nieruchomości na rynku pierwotnym zawieranych każdego roku – oszczędności kupujących mogą okazać się znaczne.

Koszty zakupu mieszkania i podpisania aktu notarialnego i tak są bardzo wysokie, więc nie mogłem się zgodzić na to, żeby sponsorować dewelopera – mówi autor precedensowego pozwu do krakowskiego sądu.

Mając na uwadze, że na moim osiedlu jest ok. 160 mieszkań i każdy z właścicieli zapłacił ze swojej kieszeni koszty dewelopera, to deweloper zaoszczędził dzięki temu ok. 30 tys. zł. W skali całego kraju oszczędności deweloperów mogą sięgać milionów złotych każdego roku – dodaje.


Ile wyniosły w ubiegłym roku koszty wypisów księgi wieczystej w Polsce ? Czy osoby, które już dokonały zakupu mieszkania na rynku pierwotnym, jednak do tej pory nie podpisały aktu notarialnego – mogą żądać od dewelopera pokrycia kosztów jego wypisów aktu notarialnego?

Arkadiusz Jaraszek


Gazeta Prawna
wp.pl

Kupując mieszkanie, mniej zapłacimy u notariusza

Osoby kupujące mieszkania na rynku pierwotnym – od dewelopera, będą ponosiły niższe opłaty z tytułu sporządzania aktu notarialnego u notariusza.
W precedensowym wyroku Sąd Rejonowy w Krakowie orzekł, że kupujący mieszkanie nie ma obowiązku ponoszenia kosztów wypisów aktu notarialnego dla dewelopera (sygn. akt. I C 356/08).

Brak jest podstaw do obciążania kupującego mieszkanie kosztami wypisów aktu notarialnego dla dewelopera. Koszty wydania tych wypisów powinny obciążać dewelopera, bowiem pobranie przez którąkolwiek ze stron wypisu na własne potrzeby nie jest związane z zawarciem aktu notarialnego - podkreśliła w uzasadnieniu wyroku sędzia Agnieszka Rutkowska z Sądu Rejonowego dla Krakowa-Śródmieście.

Dziś wszystkie koszty związane z podpisaniem aktu notarialnego ponoszone są wyłącznie przez kupującego mieszkanie. Poza kosztami wypisów dla dewelopera każdy kupujący musi pokryć także koszty wypisów dla siebie i innych urzędów (np. sąd i urząd skarbowy) oraz koszty taksy notarialnej, podatku VAT i opłaty za wpis do księgi wieczystej. Najczęściej koszty te wynoszą kilka tysięcy złotych (w sprawie, w której orzekał Sąd Rejonowy w Krakowie, wyniosły one ok. 2 tys. zł) i są uzależnione od wartości mieszkania. Deweloper przy podpisywaniu aktu notarialnego nie płaci ani złotówki.

Koszty wypisów aktu notarialnego dla dewelopera sięgają 200–300 zł (w zależności od objętości aktu notarialnego). Być może dla jednego kupującego nie jest to duża kwota, ale w skali całego kraju i wszystkich transakcji zakupu nieruchomości na rynku pierwotnym zawieranych każdego roku – oszczędności kupujących mogą okazać się znaczne.

Koszty zakupu mieszkania i podpisania aktu notarialnego i tak są bardzo wysokie, więc nie mogłem się zgodzić na to, żeby sponsorować dewelopera – mówi autor precedensowego pozwu do krakowskiego sądu.

Mając na uwadze, że na moim osiedlu jest ok. 160 mieszkań i każdy z właścicieli zapłacił ze swojej kieszeni koszty dewelopera, to deweloper zaoszczędził dzięki temu ok. 30 tys. zł. W skali całego kraju oszczędności deweloperów mogą sięgać milionów złotych każdego roku – dodaje.


Ile wyniosły w ubiegłym roku koszty wypisów księgi wieczystej w Polsce ? Czy osoby, które już dokonały zakupu mieszkania na rynku pierwotnym, jednak do tej pory nie podpisały aktu notarialnego – mogą żądać od dewelopera pokrycia kosztów jego wypisów aktu notarialnego?

Arkadiusz Jaraszek


Gazeta Prawna
wp.pl

Polska gospodarka najlepsza w Europie

W pierwszym kwartale 2009 roku Produkt Krajowy Brutto wyrównany sezonowo wzrósł w Polsce o 1,9 proc. w skali roku. W tym samym okresie PKB w całej Unii Europejskiej spadł o 4,5 proc. a w strefie euro o 4,8 procent. Dane opublikował dziś Eurostat.
W połowie maja Eurostat prognozował spadek PKB w UE o 4,4 proc., a w strefie euro o 4,6 procent. Danych dla Polski nie podano.

W IV kwartale 2008 roku spadek PKB, w ujęciu rocznym, wyniósł 2,4 proc. dla całej UE oraz strefy euro.
W ujęciu kwartalnym w I kw. 2009 r. spadek w całej Unii wyniósł 2,4 proc., a w strefie euro 2,5 proc. wobec 2,5 proc. spadku zapowiadanego w maju dla obu regionów. W Polsce wzrost w tym ujęciu wyniósł 0,4 procent.

Eurostat podał dane dotyczące 20 z 27 członków UE. Z udostępnionych danych wynika, że wzrost w ujęciu rocznym odnotowały tylko Polska i Cypr (1,6 proc. procent). Największe spadki zanotowały natomiast: Łotwa (-18,6 proc.), Estonia (-15,6 proc.) oraz Litwa (11,8 procent). W tym samym okresie PKB USA spadł o 2,5 proc., a Japonii o 9,1 procent.

W piątek Główny Urząd Statystyczny podał, że PKB niewyrównany sezonowo (ceny stałe średnioroczne roku poprzedniego) wzrósł w I kw. 2009 roku o 0,8 proc. w skali roku wobec 2,9 proc. w poprzednim kwartale.

Polska trzyma się mocno, rosną prognozy wzrostu PKB

Po opublikowaniu tych danych już pierwsza instytucja zdecydowała się podnieść prognozy dla naszego kraju. Jest nim Bank of America Securities-Merrill Lynch.

Zdaniem analityków tego banku dane za I kwartał pokazały mniejsze spowolnienie gospodarcze niż oczekiwali, choć zastrzegli, że w każdej chwili może dojść do kolejnej zmiany prognozy.

Prognozy Merrill Lynch i Bank of America
Kraj 2009 r.
2010 r.
Polska 0,2% 2,0%
Rumunia
-6,4%
-2,5%
Węgry -6,5% -1,4%
Czechy -4,3% 1,1%
Rosja -4,9% 1,0%

źródło: Bank of America Securities-Merrill Lynch

Wcześniej analitycy Bank of America i Merrill Lynch prognozowali spadek PKB w Polsce w tym roku o 1 proc., a wzrost o 1,2 proc. w 2010 roku. Szacunki dotyczące pozostałych krajów jak na razie nie doczekały się żadnych zmian.

Opublikowany w ubiegłym tygodniu wstępny szacunek wzrostu gospodarczego nie pozwala jednak z optymizmem oczekiwać danych za kolejne kwartały. Analitycy z Bank of America Securities-Merrill Lynch podobnie jak większość ekspertów w Polsce oczekuje bardzo słabych odczytów tego wskaźnika w II i III kwartale. Niewielkiego odbicia należy spodziewać się dopiero pod koniec roku.

- Pogłębiające się spowolnienie wzrostu gospodarczego jest przede wszystkim konsekwencją problemów całej gospodarki światowej, które w Polsce uwidaczniają się z pewnym opóźnieniem - powiedziała ekonomistka Banku BPH Monika Kurtek.

W jej ocenie kolejne kwartały przyniosą dalsze hamowanie polskiej gospodarki. Wskazują na to pogłębiające się negatywne tendencje jak np. spadki produkcji przemysłowej, wyhamowywanie sprzedaży detalicznej. W świetle danych dotyczących konsumpcji oraz inwestycji wciąż nie można wykluczyć, że w całym roku Polska gospodarka wykaże dodatni wzrost PKB.

Marek Knitter (ISB)

Polska gospodarka najlepsza w Europie

W pierwszym kwartale 2009 roku Produkt Krajowy Brutto wyrównany sezonowo wzrósł w Polsce o 1,9 proc. w skali roku. W tym samym okresie PKB w całej Unii Europejskiej spadł o 4,5 proc. a w strefie euro o 4,8 procent. Dane opublikował dziś Eurostat.
W połowie maja Eurostat prognozował spadek PKB w UE o 4,4 proc., a w strefie euro o 4,6 procent. Danych dla Polski nie podano.

W IV kwartale 2008 roku spadek PKB, w ujęciu rocznym, wyniósł 2,4 proc. dla całej UE oraz strefy euro.
W ujęciu kwartalnym w I kw. 2009 r. spadek w całej Unii wyniósł 2,4 proc., a w strefie euro 2,5 proc. wobec 2,5 proc. spadku zapowiadanego w maju dla obu regionów. W Polsce wzrost w tym ujęciu wyniósł 0,4 procent.

Eurostat podał dane dotyczące 20 z 27 członków UE. Z udostępnionych danych wynika, że wzrost w ujęciu rocznym odnotowały tylko Polska i Cypr (1,6 proc. procent). Największe spadki zanotowały natomiast: Łotwa (-18,6 proc.), Estonia (-15,6 proc.) oraz Litwa (11,8 procent). W tym samym okresie PKB USA spadł o 2,5 proc., a Japonii o 9,1 procent.

W piątek Główny Urząd Statystyczny podał, że PKB niewyrównany sezonowo (ceny stałe średnioroczne roku poprzedniego) wzrósł w I kw. 2009 roku o 0,8 proc. w skali roku wobec 2,9 proc. w poprzednim kwartale.

Polska trzyma się mocno, rosną prognozy wzrostu PKB

Po opublikowaniu tych danych już pierwsza instytucja zdecydowała się podnieść prognozy dla naszego kraju. Jest nim Bank of America Securities-Merrill Lynch.

Zdaniem analityków tego banku dane za I kwartał pokazały mniejsze spowolnienie gospodarcze niż oczekiwali, choć zastrzegli, że w każdej chwili może dojść do kolejnej zmiany prognozy.

Prognozy Merrill Lynch i Bank of America
Kraj 2009 r.
2010 r.
Polska 0,2% 2,0%
Rumunia
-6,4%
-2,5%
Węgry -6,5% -1,4%
Czechy -4,3% 1,1%
Rosja -4,9% 1,0%

źródło: Bank of America Securities-Merrill Lynch

Wcześniej analitycy Bank of America i Merrill Lynch prognozowali spadek PKB w Polsce w tym roku o 1 proc., a wzrost o 1,2 proc. w 2010 roku. Szacunki dotyczące pozostałych krajów jak na razie nie doczekały się żadnych zmian.

Opublikowany w ubiegłym tygodniu wstępny szacunek wzrostu gospodarczego nie pozwala jednak z optymizmem oczekiwać danych za kolejne kwartały. Analitycy z Bank of America Securities-Merrill Lynch podobnie jak większość ekspertów w Polsce oczekuje bardzo słabych odczytów tego wskaźnika w II i III kwartale. Niewielkiego odbicia należy spodziewać się dopiero pod koniec roku.

- Pogłębiające się spowolnienie wzrostu gospodarczego jest przede wszystkim konsekwencją problemów całej gospodarki światowej, które w Polsce uwidaczniają się z pewnym opóźnieniem - powiedziała ekonomistka Banku BPH Monika Kurtek.

W jej ocenie kolejne kwartały przyniosą dalsze hamowanie polskiej gospodarki. Wskazują na to pogłębiające się negatywne tendencje jak np. spadki produkcji przemysłowej, wyhamowywanie sprzedaży detalicznej. W świetle danych dotyczących konsumpcji oraz inwestycji wciąż nie można wykluczyć, że w całym roku Polska gospodarka wykaże dodatni wzrost PKB.

Marek Knitter (ISB)

NBP: Ceny mieszkań spadną o 15-20 procent

W kilkuletniej perspektywie nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego, uważa prof. Jacek Łaszek, doradca kierujący Zespołem ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym NBP.
- Sądzę, że ceny mieszkań będą dalej spadać. My prognozowaliśmy spadek cen na ten rok realnie o około 15-20 proc. do końca roku. Może to się przesunie trochę tj. do I lub II kwartału następnego roku - wyjaśnił ekspert.

- Ceny w tej chwili w największych miastach pomimo spadków są w dalszym ciągu mocno zawyżone - dodał Łaszek.
interia.pl

NBP: Ceny mieszkań spadną o 15-20 procent

W kilkuletniej perspektywie nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego, uważa prof. Jacek Łaszek, doradca kierujący Zespołem ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym NBP.
- Sądzę, że ceny mieszkań będą dalej spadać. My prognozowaliśmy spadek cen na ten rok realnie o około 15-20 proc. do końca roku. Może to się przesunie trochę tj. do I lub II kwartału następnego roku - wyjaśnił ekspert.

- Ceny w tej chwili w największych miastach pomimo spadków są w dalszym ciągu mocno zawyżone - dodał Łaszek.
interia.pl

Czynsze wzrosną na raty

Mieszkańcy lokali komunalnych z Białegostoku zaproponowali w poniedziałek prezydentowi miasta rozłożenie planowanych podwyżek czynszów na trzy raty, by czynsze wzrastały o jedną trzecią rocznie. Miasto rozważy tę propozycję.

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski powiedział, że decyzja zapadnie po obliczeniu skutków finansowych tej propozycji. Sprawą czynszów jeszcze w czerwcu zajmą się radni - dodał.

Podwyżki miały wejść w życie od 1 lipca 2009 r. Niektórym lokatorom czynsz wzrósłby nawet o 130-160 proc. Według ZMK, średni czynsz przed podwyżką to 323 zł; po wzroście opłat miało to być 513 zł.

Propozycja rozłożenia podwyżek na raty padła podczas poniedziałkowego spotkania mieszkańców z prezydentem w Zarządzie Mienia Komunalnego (ZMK), które zarządza mieszkaniami komunalnymi w Białymstoku.

Przed tygodniem mieszkańcy pikietowali przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku oraz weszli na odbywającą się w tym budynku sesję Rady Miejskiej, by zaprotestować przeciwko podwyżkom. Truskolaski i jego współpracownicy odpowiadali w poniedziałek na wiele szczegółowych pytań, jakie przed tygodniem otrzymali od protestujących.

Po spotkaniu prezydent powiedział dziennikarzom, że jest zgoda co do tego, by podwyżki rozłożyć w czasie. Będą prowadzone dalsze rozmowy, jak osiągnąć w tej sprawie porozumienie.

Mieszkańcy zaproponowali, by podwyżka czynszów była rozłożona na trzy lata. W kolejnych latach czynsz miałby rosnąć o 29,9 proc. - tak, by w 2012 roku osiągnąć ten poziom, który władze miasta chciały wdrożyć już od lipca 2009. Inna propozycja była taka, by nie wprowadzać żadnej podwyżki, a mieszkańców obciążyć kwotą 1 zł za metr kwadratowy mieszkania z przeznaczeniem na remonty. Właśnie na remonty miasto chce przeznaczyć pieniądze z podwyżki.

Mieszkańcy domagali się też utworzenia społecznego komitetu, który raz na kwartał miałby szczegółowy dostęp do informacji dotyczących wydatków na remonty. Podkreślali, że nie chcą płacić wyższych czynszów także dlatego, że inni w ogóle ich nie płacą, choć rosną im zaległości.

O podwyższeniu opłat za lokale komunalne zdecydowali w listopadzie 2007 r. radni. Podwyżki mają wejść w życie 1 lipca. Wraz z nimi przygotowano m.in. program osłonowy dla osób w najtrudniejszej sytuacji, program zamiany mieszkań, bonifikaty do wykupu mieszkań. Przygotowano także program oddłużeniowy.

W Białymstoku jest blisko 8 tys. lokali komunalnych, z czego około 400 to lokale socjalne. Z danych ZMK wynika, że w lokalach tych mieszka około 7 proc. mieszkańców miasta. W prawie co dziesiątym nie ma instalacji gazowej, w co dziesiątym nie ma ciepłej wody, prawie 9 proc. nie ma instalacji centralnego ogrzewania.

W Białymstoku w mieszkaniach komunalnych nie było podwyżki od 2002 roku. Władze miasta podkreślają, że obecne stawki czynszu nie pokrywają kosztów bieżącej eksploatacji tych lokali. Rocznie potrzeba na ten cel 10,9 mln zł, brakuje prawie 200 tys. zł rocznie. Jak mówił w poniedziałek mieszkańcom wiceprezydent Michał Wierzbicki, miasto dokłada na ten cel z przychodów za najem lokali użytkowych.

W 2009 roku gmina Białystok chciała pozyskać z podwyżek czynszów 8,7 mln zł, w 2010 roku miało to być 17,4 mln zł.

Jak poinformował dyrektor ZMK Andrzej Ostrowski, w tym roku z gminnych mieszkań eksmitowano kilkadziesiąt osób; jest około tysiąca wyroków o eksmisję do lokalu socjalnego. Wiceprezydent Wierzbicki dodał, że obecnie ponad 300 osób korzysta z tzw. programu oddłużeniowego.

INTERIA.PL/PAP

Czynsze wzrosną na raty

Mieszkańcy lokali komunalnych z Białegostoku zaproponowali w poniedziałek prezydentowi miasta rozłożenie planowanych podwyżek czynszów na trzy raty, by czynsze wzrastały o jedną trzecią rocznie. Miasto rozważy tę propozycję.

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski powiedział, że decyzja zapadnie po obliczeniu skutków finansowych tej propozycji. Sprawą czynszów jeszcze w czerwcu zajmą się radni - dodał.

Podwyżki miały wejść w życie od 1 lipca 2009 r. Niektórym lokatorom czynsz wzrósłby nawet o 130-160 proc. Według ZMK, średni czynsz przed podwyżką to 323 zł; po wzroście opłat miało to być 513 zł.

Propozycja rozłożenia podwyżek na raty padła podczas poniedziałkowego spotkania mieszkańców z prezydentem w Zarządzie Mienia Komunalnego (ZMK), które zarządza mieszkaniami komunalnymi w Białymstoku.

Przed tygodniem mieszkańcy pikietowali przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku oraz weszli na odbywającą się w tym budynku sesję Rady Miejskiej, by zaprotestować przeciwko podwyżkom. Truskolaski i jego współpracownicy odpowiadali w poniedziałek na wiele szczegółowych pytań, jakie przed tygodniem otrzymali od protestujących.

Po spotkaniu prezydent powiedział dziennikarzom, że jest zgoda co do tego, by podwyżki rozłożyć w czasie. Będą prowadzone dalsze rozmowy, jak osiągnąć w tej sprawie porozumienie.

Mieszkańcy zaproponowali, by podwyżka czynszów była rozłożona na trzy lata. W kolejnych latach czynsz miałby rosnąć o 29,9 proc. - tak, by w 2012 roku osiągnąć ten poziom, który władze miasta chciały wdrożyć już od lipca 2009. Inna propozycja była taka, by nie wprowadzać żadnej podwyżki, a mieszkańców obciążyć kwotą 1 zł za metr kwadratowy mieszkania z przeznaczeniem na remonty. Właśnie na remonty miasto chce przeznaczyć pieniądze z podwyżki.

Mieszkańcy domagali się też utworzenia społecznego komitetu, który raz na kwartał miałby szczegółowy dostęp do informacji dotyczących wydatków na remonty. Podkreślali, że nie chcą płacić wyższych czynszów także dlatego, że inni w ogóle ich nie płacą, choć rosną im zaległości.

O podwyższeniu opłat za lokale komunalne zdecydowali w listopadzie 2007 r. radni. Podwyżki mają wejść w życie 1 lipca. Wraz z nimi przygotowano m.in. program osłonowy dla osób w najtrudniejszej sytuacji, program zamiany mieszkań, bonifikaty do wykupu mieszkań. Przygotowano także program oddłużeniowy.

W Białymstoku jest blisko 8 tys. lokali komunalnych, z czego około 400 to lokale socjalne. Z danych ZMK wynika, że w lokalach tych mieszka około 7 proc. mieszkańców miasta. W prawie co dziesiątym nie ma instalacji gazowej, w co dziesiątym nie ma ciepłej wody, prawie 9 proc. nie ma instalacji centralnego ogrzewania.

W Białymstoku w mieszkaniach komunalnych nie było podwyżki od 2002 roku. Władze miasta podkreślają, że obecne stawki czynszu nie pokrywają kosztów bieżącej eksploatacji tych lokali. Rocznie potrzeba na ten cel 10,9 mln zł, brakuje prawie 200 tys. zł rocznie. Jak mówił w poniedziałek mieszkańcom wiceprezydent Michał Wierzbicki, miasto dokłada na ten cel z przychodów za najem lokali użytkowych.

W 2009 roku gmina Białystok chciała pozyskać z podwyżek czynszów 8,7 mln zł, w 2010 roku miało to być 17,4 mln zł.

Jak poinformował dyrektor ZMK Andrzej Ostrowski, w tym roku z gminnych mieszkań eksmitowano kilkadziesiąt osób; jest około tysiąca wyroków o eksmisję do lokalu socjalnego. Wiceprezydent Wierzbicki dodał, że obecnie ponad 300 osób korzysta z tzw. programu oddłużeniowego.

INTERIA.PL/PAP

Polska balansuje na granicy ryzyka!

Ministerstwo Finansów widzi ryzyko przekroczenia poziomu 50 proc. w relacji długu publicznego do PKB - ocenia wiceminister finansów Dominik Radziwiłł.

"Bardzo dużo zależy od kursu złotego na koniec roku. To będzie kluczowe do określenia długu w relacji do PKB. Jest ryzyko, że przekroczymy pierwszy próg ostrożnościowy, czyli 50 proc. PKB.

Nawet przy założeniu całorocznego wzrostu gospodarczego zbliżonego do tego, jaki był w I kwartale" - powiedział w wywiadzie dla "Gazety Prawnej" Radziwiłł.

Radziwiłł nie wykluczył także, że w drugiej połowie roku resort finansów wyemituje 5- bądź 10-letnie euroobligacje o wartości 1 mld euro. "Wesprze więc również - na początku pewnie nawet w dużej części - popyt na krótkoterminowe papiery skarbowe" - powiedział Radziwiłł.

Zadłużenie Skarbu Państwa osiągnęło ponad 601 mld zł

Przypomnijmy że zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło na koniec marca 2009 r. nieco ponad 601 mld zł i wzrosło w porównaniu z lutym 2009 r. o ponad 2,8 mld zł, czyli 0,5 proc. - podało Ministerstwo Finansów w komunikacie. Po przeliczeniu na euro po kursie 4,7013 zł, zadłużenie Skarbu Państwa na 31 marca 2009 r. wyniosło 127,9 mld euro, a w przeliczeniu na dolary (kurs 3,5416 zł) - 169,7 mld dol. Długi krajowe wyniosły około 434,2 mld zł (72,2 proc. całego długu), a zagraniczne 166,8 mld zł (27,8 proc.).

Najbardziej na wielkość zadłużenia wpłynęły zobowiązania z tytułu Skarbowych Papierów Wartościowych emitowanych w kraju i za granicą. Ich wartość wynosi 567,4 mld zł, co stanowi 94,4 proc. długu Skarbu Państwa. Z tego na papiery krajowe przypada 434,1 mld zł, a na zagraniczne - 133,3 mld zł.

Zobowiązania z tytułu kredytów zagranicznych szacowane są na 33,49 mld zł, co stanowi 5,6 proc. długu. Tzw. pozostałe zadłużenie krajowe (m.in. zobowiązania z tytułu niepodwyższania płac w sferze budżetowej) wyniosło 148,3 mln zł, co stanowiło około 0,02 proc. długu.

Wartość długu zagranicznego zapadającego w 2010 wynosi 2.109,8 mln EUR

Zadłużenie zagraniczne Skarbu Państwa zapadające w 2010 roku, według kryterium miejsca emisji, na koniec marca wynosi 2.109,8 mln euro, zaś zapadalność krajowych SPW wynosi 84.986,0 mln zł - podało wcześniej Ministerstwo Finansów w komunikacie.

Wartość długu zagranicznego do wykupu w 2011 roku wynosi 1.564,8 mln euro, zaś w 2012 roku 3.274,6 mln euro. Dane obejmują zarówno obligacje, jak i kredyty. Zapadalność zadłużenia w krajowych SPW w 2011 roku wynosi 65.962,0 mln zł, z kolei w 2012 r. 28.292,0 mln zł. Dane dotyczą wykupu bonów oraz obligacji (rynkowych, nierynkowych, oszczędnościowych).

Wcześniej szef klubu PO, Zbigniew Chlebowski powiedział iż poziom 50 proc. PKB to pierwszy próg ostrożnościowy, przy którym sektor finansów publicznych nie powinien znacząco zwiększać zadłużenia.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

Polska balansuje na granicy ryzyka!

Ministerstwo Finansów widzi ryzyko przekroczenia poziomu 50 proc. w relacji długu publicznego do PKB - ocenia wiceminister finansów Dominik Radziwiłł.

"Bardzo dużo zależy od kursu złotego na koniec roku. To będzie kluczowe do określenia długu w relacji do PKB. Jest ryzyko, że przekroczymy pierwszy próg ostrożnościowy, czyli 50 proc. PKB.

Nawet przy założeniu całorocznego wzrostu gospodarczego zbliżonego do tego, jaki był w I kwartale" - powiedział w wywiadzie dla "Gazety Prawnej" Radziwiłł.

Radziwiłł nie wykluczył także, że w drugiej połowie roku resort finansów wyemituje 5- bądź 10-letnie euroobligacje o wartości 1 mld euro. "Wesprze więc również - na początku pewnie nawet w dużej części - popyt na krótkoterminowe papiery skarbowe" - powiedział Radziwiłł.

Zadłużenie Skarbu Państwa osiągnęło ponad 601 mld zł

Przypomnijmy że zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło na koniec marca 2009 r. nieco ponad 601 mld zł i wzrosło w porównaniu z lutym 2009 r. o ponad 2,8 mld zł, czyli 0,5 proc. - podało Ministerstwo Finansów w komunikacie. Po przeliczeniu na euro po kursie 4,7013 zł, zadłużenie Skarbu Państwa na 31 marca 2009 r. wyniosło 127,9 mld euro, a w przeliczeniu na dolary (kurs 3,5416 zł) - 169,7 mld dol. Długi krajowe wyniosły około 434,2 mld zł (72,2 proc. całego długu), a zagraniczne 166,8 mld zł (27,8 proc.).

Najbardziej na wielkość zadłużenia wpłynęły zobowiązania z tytułu Skarbowych Papierów Wartościowych emitowanych w kraju i za granicą. Ich wartość wynosi 567,4 mld zł, co stanowi 94,4 proc. długu Skarbu Państwa. Z tego na papiery krajowe przypada 434,1 mld zł, a na zagraniczne - 133,3 mld zł.

Zobowiązania z tytułu kredytów zagranicznych szacowane są na 33,49 mld zł, co stanowi 5,6 proc. długu. Tzw. pozostałe zadłużenie krajowe (m.in. zobowiązania z tytułu niepodwyższania płac w sferze budżetowej) wyniosło 148,3 mln zł, co stanowiło około 0,02 proc. długu.

Wartość długu zagranicznego zapadającego w 2010 wynosi 2.109,8 mln EUR

Zadłużenie zagraniczne Skarbu Państwa zapadające w 2010 roku, według kryterium miejsca emisji, na koniec marca wynosi 2.109,8 mln euro, zaś zapadalność krajowych SPW wynosi 84.986,0 mln zł - podało wcześniej Ministerstwo Finansów w komunikacie.

Wartość długu zagranicznego do wykupu w 2011 roku wynosi 1.564,8 mln euro, zaś w 2012 roku 3.274,6 mln euro. Dane obejmują zarówno obligacje, jak i kredyty. Zapadalność zadłużenia w krajowych SPW w 2011 roku wynosi 65.962,0 mln zł, z kolei w 2012 r. 28.292,0 mln zł. Dane dotyczą wykupu bonów oraz obligacji (rynkowych, nierynkowych, oszczędnościowych).

Wcześniej szef klubu PO, Zbigniew Chlebowski powiedział iż poziom 50 proc. PKB to pierwszy próg ostrożnościowy, przy którym sektor finansów publicznych nie powinien znacząco zwiększać zadłużenia.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

PGNiG i VNG zastanawiają się nad połączeniem systemów gazowych Polski i Niemiec

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) i niemiecka spółka gazownicza Verbundnetz Gas AG (VNG) rozważają powrót do planów budowy połączenia systemów gazowych Polski i Niemiec, poinformował w środę wiceprezes ds. gazownictwa i handlu PGNiG Mirosław Dobrut.
"W tej chwili zastanawiamy się z VNG, z którym mamy wspólną firmę, nad budową połączenia Polski z niemieckim systemem gazowniczym" - powiedział Dobrut podczas Kongresu "Nowego Przemysłu".

Według niego, połączenie to mogłoby zostać zbudowane do 2012 r., a jego przepustowość wyniosłaby 2-3 mld m. sześc., co dałoby aż 15-20% obecnego zużycia Polski.

PGNiG i VNG podpisały porozumienie o współpracy przy tworzeniu takiego połączenia jeszcze w 2004 r., jednak kilka lat temu plany te zostały zamrożone.

Dobrut poinformował też w środę, że PGNiG sprzeda w tym roku prawdopodobnie o ok. 800 mln m. sześc. gazu mniej niż w 2008 r., co oznacza, że zejdzie poniżej 14 mld m. sześc. Przyczyna zmniejszenia sprzedaży to niższe zapotrzebowanie na gaz gospodarki z dobie kryzysu, jak wyjaśniał wiceprezes.

Według danych zaprezentowanych w maju przez Ministerstwo Gospodarki, Polska zużywa rocznie około 14 mld m. sześc. wysokometanowego gazu ziemnego. Import z kierunku wschodniego wynosi około 9 mld m. sześc. rocznie (w 2007 r. było to 8,7 mld m. sześc., z czego z Rosji - 6,5 mld m. sześc., a z Uzbekistanu - ok. 2,3 mld m. sześc.). Dostawy te stanowią łącznie około 63% krajowego zużycia gazu. Reszta zapotrzebowania pokrywają dostawy z Niemiec, a 1/3 zużywanego w Polsce gazu pochodzi z wydobycia ze złóż krajowych.
onet.pl

PGNiG i VNG zastanawiają się nad połączeniem systemów gazowych Polski i Niemiec

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) i niemiecka spółka gazownicza Verbundnetz Gas AG (VNG) rozważają powrót do planów budowy połączenia systemów gazowych Polski i Niemiec, poinformował w środę wiceprezes ds. gazownictwa i handlu PGNiG Mirosław Dobrut.
"W tej chwili zastanawiamy się z VNG, z którym mamy wspólną firmę, nad budową połączenia Polski z niemieckim systemem gazowniczym" - powiedział Dobrut podczas Kongresu "Nowego Przemysłu".

Według niego, połączenie to mogłoby zostać zbudowane do 2012 r., a jego przepustowość wyniosłaby 2-3 mld m. sześc., co dałoby aż 15-20% obecnego zużycia Polski.

PGNiG i VNG podpisały porozumienie o współpracy przy tworzeniu takiego połączenia jeszcze w 2004 r., jednak kilka lat temu plany te zostały zamrożone.

Dobrut poinformował też w środę, że PGNiG sprzeda w tym roku prawdopodobnie o ok. 800 mln m. sześc. gazu mniej niż w 2008 r., co oznacza, że zejdzie poniżej 14 mld m. sześc. Przyczyna zmniejszenia sprzedaży to niższe zapotrzebowanie na gaz gospodarki z dobie kryzysu, jak wyjaśniał wiceprezes.

Według danych zaprezentowanych w maju przez Ministerstwo Gospodarki, Polska zużywa rocznie około 14 mld m. sześc. wysokometanowego gazu ziemnego. Import z kierunku wschodniego wynosi około 9 mld m. sześc. rocznie (w 2007 r. było to 8,7 mld m. sześc., z czego z Rosji - 6,5 mld m. sześc., a z Uzbekistanu - ok. 2,3 mld m. sześc.). Dostawy te stanowią łącznie około 63% krajowego zużycia gazu. Reszta zapotrzebowania pokrywają dostawy z Niemiec, a 1/3 zużywanego w Polsce gazu pochodzi z wydobycia ze złóż krajowych.
onet.pl

Eurostat: PKB Polski wzrósł o 1,9% r/r, a w całej UE spadł o 4,5% r/r

Wzrost Produktu Krajowego Brutto wyrównany sezonowo w I kw. 2009 roku wyniósł w Polsce 1,9% r/r, wynika z wstępnych danych unijnego urzędu statystycznego Eurostatu. W tym okresie PKB w całej Unii Europejskiej spadł o 4,5% w ujęciu rocznym i 4,8% w strefie euro.
W połowie maja szacunek Eurostatu zakładał spadek PKB w UE o 4,4% r/r, a w strefie euro o 4,6%. Danych dla Polski nie podano.

W IV kwartale 2008 roku spadek PKB, w ujęciu rocznym, wyniósł 2,4% dla całej UE oraz strefy euro.
W ujęciu kwartalnym w I kw. 2009 r. spadek w całej Unii wyniósł 2,4%, a w strefie euro 2,5% wyniósł wobec 2,5-proc. spadku zapowiadanego w maju dla obu regionów. W Polsce wzrost w tym ujęciu wyniósł 0,4%.

Eurostat podał dane dotyczące 20 z 27 członków UE. Z udostępnionych danych wynika, że wzrost w ujęciu rocznym odnotowały tylko Polska i Cypr (1,6%). Największe spadki zanotowały natomiast: Łotwa (-18,6%), Estonia (-15,6%) oraz Litwa (11,8%).
W tym samym okresie PKB USA spadł o 2,5% r/r, a Japonii o 9,1% r/r, podał także Eurostat. W piątek Główny Urząd Statystyczny podał, że PKB niewyrównany sezonowo (ceny stałe średnioroczne roku poprzedniego) wzrósł w I kw. 2009 roku o 0,8% r/r wobec 2,9% w poprzednim kwartale.
onet.pl

Eurostat: PKB Polski wzrósł o 1,9% r/r, a w całej UE spadł o 4,5% r/r

Wzrost Produktu Krajowego Brutto wyrównany sezonowo w I kw. 2009 roku wyniósł w Polsce 1,9% r/r, wynika z wstępnych danych unijnego urzędu statystycznego Eurostatu. W tym okresie PKB w całej Unii Europejskiej spadł o 4,5% w ujęciu rocznym i 4,8% w strefie euro.
W połowie maja szacunek Eurostatu zakładał spadek PKB w UE o 4,4% r/r, a w strefie euro o 4,6%. Danych dla Polski nie podano.

W IV kwartale 2008 roku spadek PKB, w ujęciu rocznym, wyniósł 2,4% dla całej UE oraz strefy euro.
W ujęciu kwartalnym w I kw. 2009 r. spadek w całej Unii wyniósł 2,4%, a w strefie euro 2,5% wyniósł wobec 2,5-proc. spadku zapowiadanego w maju dla obu regionów. W Polsce wzrost w tym ujęciu wyniósł 0,4%.

Eurostat podał dane dotyczące 20 z 27 członków UE. Z udostępnionych danych wynika, że wzrost w ujęciu rocznym odnotowały tylko Polska i Cypr (1,6%). Największe spadki zanotowały natomiast: Łotwa (-18,6%), Estonia (-15,6%) oraz Litwa (11,8%).
W tym samym okresie PKB USA spadł o 2,5% r/r, a Japonii o 9,1% r/r, podał także Eurostat. W piątek Główny Urząd Statystyczny podał, że PKB niewyrównany sezonowo (ceny stałe średnioroczne roku poprzedniego) wzrósł w I kw. 2009 roku o 0,8% r/r wobec 2,9% w poprzednim kwartale.
onet.pl

Kary wymuszą oszczędzanie prądu

Białe certyfikaty wydawane przez urzędników mają wymusić mniejsze zużycie energii elektrycznej i ciepła.
Tak wynika z projektu ustawy o efektywności energetycznej opracowanego przez Ministerstwo Gospodarki (obecnie jest w konsultacjach międzyresortowych). Ustawa ma wdrożyć dyrektywę 2006/32/WE. Jej celem jest zmniejszenie zużycia energii o 9 proc. do 2016 r. i o 20 proc. w 2020 r. Stąd finansowe zachęty i kary, czyli system świadectw efektywności energetycznej (tzw. białych certyfikatów). Te dokumenty będą potwierdzały oszczędności uzyskane w zużyciu energii – trzeba będzie je rozliczać w Urzędzie Regulacji Energetyki. Certyfikaty będą też przedmiotem handlu na giełdzie towarowej.

Pomysł jest prosty - chodzi o sprawniejsze wytwarzanie energii oraz mniejsze straty w jej przesyle i dystrybucji. Dobry przykład ma dać sektor publiczny – jego jednostki miałyby w najbliższych latach oszczędzać po 1 proc. energii rocznie. Urzędy będą też musiały informować zwykłych ludzi i firmy o osiągniętych sukcesach w tym zakresie (w Internecie, w mediach i na tablicach informacyjnych). Co pięć lat administrację czekają audyty energetyczne użytkowanych obiektów, instalacji i urządzeń.
Główny ciężar ma spaść na firmy energetyczne - to one mają promować usługi konkurencyjne cenowo, robić audyty, dbać o wzrost efektywności, także wśród swoich klientów, czyli tzw. odbiorców końcowych. Wszystko po to, aby zmniejszyć zużycie energii albo - w rozwijającej się gospodarce - przynajmniej zatrzymać wzrost jej zużycia. Kontrolę systemu zapewnią właśnie białe certyfikaty. Potwierdzą one oszczędności. Trzeba będzie realizować przedsięwzięcia, takie jak np. modernizacja oświetlenia, technologii przemysłowych, lokalnych sieci ciepłowniczych, termomodernizacja budynków itp.

Kto nie będzie mógł się pochwalić certyfikatami w odpowiedniej ilości, to albo dokupi brakujące świadectwa na giełdzie towarowej, albo uiści karną opłatę. Jeszcze nie wiadomo, ile ona będzie wynosić, prawdopodobnie 800 - 2500 zł za jednostkę, czyli tonę ropy naftowej o wartości opałowej 10 tys. kilokalorii/kilogram. System do 2020 r. ma kosztować nawet 20 mld zł.

Michał Kosiarski
Rzeczpospolita
wp.pl

Kary wymuszą oszczędzanie prądu

Białe certyfikaty wydawane przez urzędników mają wymusić mniejsze zużycie energii elektrycznej i ciepła.
Tak wynika z projektu ustawy o efektywności energetycznej opracowanego przez Ministerstwo Gospodarki (obecnie jest w konsultacjach międzyresortowych). Ustawa ma wdrożyć dyrektywę 2006/32/WE. Jej celem jest zmniejszenie zużycia energii o 9 proc. do 2016 r. i o 20 proc. w 2020 r. Stąd finansowe zachęty i kary, czyli system świadectw efektywności energetycznej (tzw. białych certyfikatów). Te dokumenty będą potwierdzały oszczędności uzyskane w zużyciu energii – trzeba będzie je rozliczać w Urzędzie Regulacji Energetyki. Certyfikaty będą też przedmiotem handlu na giełdzie towarowej.

Pomysł jest prosty - chodzi o sprawniejsze wytwarzanie energii oraz mniejsze straty w jej przesyle i dystrybucji. Dobry przykład ma dać sektor publiczny – jego jednostki miałyby w najbliższych latach oszczędzać po 1 proc. energii rocznie. Urzędy będą też musiały informować zwykłych ludzi i firmy o osiągniętych sukcesach w tym zakresie (w Internecie, w mediach i na tablicach informacyjnych). Co pięć lat administrację czekają audyty energetyczne użytkowanych obiektów, instalacji i urządzeń.
Główny ciężar ma spaść na firmy energetyczne - to one mają promować usługi konkurencyjne cenowo, robić audyty, dbać o wzrost efektywności, także wśród swoich klientów, czyli tzw. odbiorców końcowych. Wszystko po to, aby zmniejszyć zużycie energii albo - w rozwijającej się gospodarce - przynajmniej zatrzymać wzrost jej zużycia. Kontrolę systemu zapewnią właśnie białe certyfikaty. Potwierdzą one oszczędności. Trzeba będzie realizować przedsięwzięcia, takie jak np. modernizacja oświetlenia, technologii przemysłowych, lokalnych sieci ciepłowniczych, termomodernizacja budynków itp.

Kto nie będzie mógł się pochwalić certyfikatami w odpowiedniej ilości, to albo dokupi brakujące świadectwa na giełdzie towarowej, albo uiści karną opłatę. Jeszcze nie wiadomo, ile ona będzie wynosić, prawdopodobnie 800 - 2500 zł za jednostkę, czyli tonę ropy naftowej o wartości opałowej 10 tys. kilokalorii/kilogram. System do 2020 r. ma kosztować nawet 20 mld zł.

Michał Kosiarski
Rzeczpospolita
wp.pl

W maju banki udzieliły kredytów z dopłatą za ponad 0,5 mld zł

Prawie co dziesiąty kredyt hipoteczny w tym roku został udzielony w ramach programu Rodzina na Swoim. Od początku roku wartość nowych kredytów z dopłatą wzrosła prawie o 1,6 mld zł.
W maju padł rekord pod względem liczby i wartości nowo udzielonych kredytów z dopłatą skarbu państwa.
Tylko w ciągu tego jednego miesiąca banki współpracujące z nami udzieliły kredytów o wartości 511 mln zł - mówi Bogdan Zdunek z Banku Gospodarstwa Krajowego.
Od początku roku wartość udzielonych kredytów z dopłatą wyniosła prawie 1,6 mld zł. Obecnie co dziesiąta pożyczka mieszkaniowa to kredyt z dopłatą. W tej chwili kredytów z dopłatą udziela dziewięć banków i SKOK-i. Liderem tego rynku jest Pekao.
Od stycznia do kwietnia udzieliliśmy kredyty z dopłatą o łącznej wartości ponad 622 mln zł, czyli prawie tyle, ile w całym ubiegłym roku - mówi Magdalena Załubska-Król z Pekao.

Bardzo duży udział w rynku ma też PKO BP.
Sprzedaż kredytów od stycznia do kwietnia przekroczyła 413 mln zł. W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku oznacza to ponadpięciokrotny wzrost wartości takich kredytów - mówi Maciej Kazimierski z PKO BP.

Według danych BGK oba banki mają na swoim koncie większość wszystkich kredytów z dopłatami. Jednak także mniejsze banki notują bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży kredytów w ramach programu Rodzina na Swoim.
Od kwietnia udzielamy takich kredytów i obserwujemy stały wzrost liczby składanych wniosków. W maju kredyty preferencyjne stanowiły już znaczny udział we wszystkich udzielonych przez nas kredytach hipotecznych - przyznaje Michał Hucał z Alior Banku.

Prawie połowa udzielanych przez naszą grupę kredytów hipotecznych to kredyty z dopłatą, ale są miejsca, gdzie takich kredytów jest jeszcze więcej - mówi Piotr Matwiej z Banku Polskiej Spółdzielczości.

Największe znaczenie kredyty z dopłatą mają dla Banku Pocztowego.
Od początku roku do połowy maja udzieliliśmy 80 mln zł nowych kredytów hipotecznych i nawet 80 proc. z nich to kredyty z dopłatą - potwierdza Magdalena Ossowska z Banku Pocztowego.

W tej chwili najwięcej kredytów z dopłatą trafia do mieszkańców Warszawy i Mazowsza w sumie od początku roku było to 412 mln zł. Z dopłat korzysta też bardzo wiele osób w województwie śląskim i Wielkopolsce.

Obecnie najważniejszym kryterium, które ogranicza dostęp do tego kredytu, jest ocena zdolności finansowej kredytobiorcy, dokonywana przez bank.
Dla banku jest to zwykły kredyt komercyjny i zdolność kredytowa klienta jest liczona dla całego kredytu bez dopłaty - twierdza Piotr Matwiej.

Nawet jeśli starający się o kredyt z dopłatą mają odpowiednią zdolność kredytową, muszą spełnić jeszcze dodatkowe warunki. O taką pożyczkę mogą starać się bowiem małżeństwa albo osoby samotnie wychowujące dziecko. Mogą liczyć, że przez osiem lat państwo będzie spłacało połowę odsetek od kredytu. W ciągu tego okresu łączna wartość pomocy państwa może wynieść nawet 100 tys. zł.

BGK szacuje, że do końca roku wartość udzielonych kredytów z dopłatami wzrośnie nawet do 4 mld zł.

Roman Grzyb
Gazeta Prawna
wp.pl

W maju banki udzieliły kredytów z dopłatą za ponad 0,5 mld zł

Prawie co dziesiąty kredyt hipoteczny w tym roku został udzielony w ramach programu Rodzina na Swoim. Od początku roku wartość nowych kredytów z dopłatą wzrosła prawie o 1,6 mld zł.
W maju padł rekord pod względem liczby i wartości nowo udzielonych kredytów z dopłatą skarbu państwa.
Tylko w ciągu tego jednego miesiąca banki współpracujące z nami udzieliły kredytów o wartości 511 mln zł - mówi Bogdan Zdunek z Banku Gospodarstwa Krajowego.
Od początku roku wartość udzielonych kredytów z dopłatą wyniosła prawie 1,6 mld zł. Obecnie co dziesiąta pożyczka mieszkaniowa to kredyt z dopłatą. W tej chwili kredytów z dopłatą udziela dziewięć banków i SKOK-i. Liderem tego rynku jest Pekao.
Od stycznia do kwietnia udzieliliśmy kredyty z dopłatą o łącznej wartości ponad 622 mln zł, czyli prawie tyle, ile w całym ubiegłym roku - mówi Magdalena Załubska-Król z Pekao.

Bardzo duży udział w rynku ma też PKO BP.
Sprzedaż kredytów od stycznia do kwietnia przekroczyła 413 mln zł. W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku oznacza to ponadpięciokrotny wzrost wartości takich kredytów - mówi Maciej Kazimierski z PKO BP.

Według danych BGK oba banki mają na swoim koncie większość wszystkich kredytów z dopłatami. Jednak także mniejsze banki notują bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży kredytów w ramach programu Rodzina na Swoim.
Od kwietnia udzielamy takich kredytów i obserwujemy stały wzrost liczby składanych wniosków. W maju kredyty preferencyjne stanowiły już znaczny udział we wszystkich udzielonych przez nas kredytach hipotecznych - przyznaje Michał Hucał z Alior Banku.

Prawie połowa udzielanych przez naszą grupę kredytów hipotecznych to kredyty z dopłatą, ale są miejsca, gdzie takich kredytów jest jeszcze więcej - mówi Piotr Matwiej z Banku Polskiej Spółdzielczości.

Największe znaczenie kredyty z dopłatą mają dla Banku Pocztowego.
Od początku roku do połowy maja udzieliliśmy 80 mln zł nowych kredytów hipotecznych i nawet 80 proc. z nich to kredyty z dopłatą - potwierdza Magdalena Ossowska z Banku Pocztowego.

W tej chwili najwięcej kredytów z dopłatą trafia do mieszkańców Warszawy i Mazowsza w sumie od początku roku było to 412 mln zł. Z dopłat korzysta też bardzo wiele osób w województwie śląskim i Wielkopolsce.

Obecnie najważniejszym kryterium, które ogranicza dostęp do tego kredytu, jest ocena zdolności finansowej kredytobiorcy, dokonywana przez bank.
Dla banku jest to zwykły kredyt komercyjny i zdolność kredytowa klienta jest liczona dla całego kredytu bez dopłaty - twierdza Piotr Matwiej.

Nawet jeśli starający się o kredyt z dopłatą mają odpowiednią zdolność kredytową, muszą spełnić jeszcze dodatkowe warunki. O taką pożyczkę mogą starać się bowiem małżeństwa albo osoby samotnie wychowujące dziecko. Mogą liczyć, że przez osiem lat państwo będzie spłacało połowę odsetek od kredytu. W ciągu tego okresu łączna wartość pomocy państwa może wynieść nawet 100 tys. zł.

BGK szacuje, że do końca roku wartość udzielonych kredytów z dopłatami wzrośnie nawet do 4 mld zł.

Roman Grzyb
Gazeta Prawna
wp.pl

Czynsze wzrosną na raty

Mieszkańcy lokali komunalnych z Białegostoku zaproponowali w poniedziałek prezydentowi miasta rozłożenie planowanych podwyżek czynszów na trzy raty, by czynsze wzrastały o jedną trzecią rocznie. Miasto rozważy tę propozycję.

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski powiedział, że decyzja zapadnie po obliczeniu skutków finansowych tej propozycji. Sprawą czynszów jeszcze w czerwcu zajmą się radni - dodał.

Podwyżki miały wejść w życie od 1 lipca 2009 r. Niektórym lokatorom czynsz wzrósłby nawet o 130-160 proc. Według ZMK, średni czynsz przed podwyżką to 323 zł; po wzroście opłat miało to być 513 zł.

Propozycja rozłożenia podwyżek na raty padła podczas poniedziałkowego spotkania mieszkańców z prezydentem w Zarządzie Mienia Komunalnego (ZMK), które zarządza mieszkaniami komunalnymi w Białymstoku.

Przed tygodniem mieszkańcy pikietowali przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku oraz weszli na odbywającą się w tym budynku sesję Rady Miejskiej, by zaprotestować przeciwko podwyżkom. Truskolaski i jego współpracownicy odpowiadali w poniedziałek na wiele szczegółowych pytań, jakie przed tygodniem otrzymali od protestujących.

Po spotkaniu prezydent powiedział dziennikarzom, że jest zgoda co do tego, by podwyżki rozłożyć w czasie. Będą prowadzone dalsze rozmowy, jak osiągnąć w tej sprawie porozumienie.

Mieszkańcy zaproponowali, by podwyżka czynszów była rozłożona na trzy lata. W kolejnych latach czynsz miałby rosnąć o 29,9 proc. - tak, by w 2012 roku osiągnąć ten poziom, który władze miasta chciały wdrożyć już od lipca 2009. Inna propozycja była taka, by nie wprowadzać żadnej podwyżki, a mieszkańców obciążyć kwotą 1 zł za metr kwadratowy mieszkania z przeznaczeniem na remonty. Właśnie na remonty miasto chce przeznaczyć pieniądze z podwyżki.

Mieszkańcy domagali się też utworzenia społecznego komitetu, który raz na kwartał miałby szczegółowy dostęp do informacji dotyczących wydatków na remonty. Podkreślali, że nie chcą płacić wyższych czynszów także dlatego, że inni w ogóle ich nie płacą, choć rosną im zaległości.

O podwyższeniu opłat za lokale komunalne zdecydowali w listopadzie 2007 r. radni. Podwyżki mają wejść w życie 1 lipca. Wraz z nimi przygotowano m.in. program osłonowy dla osób w najtrudniejszej sytuacji, program zamiany mieszkań, bonifikaty do wykupu mieszkań. Przygotowano także program oddłużeniowy.

W Białymstoku jest blisko 8 tys. lokali komunalnych, z czego około 400 to lokale socjalne. Z danych ZMK wynika, że w lokalach tych mieszka około 7 proc. mieszkańców miasta. W prawie co dziesiątym nie ma instalacji gazowej, w co dziesiątym nie ma ciepłej wody, prawie 9 proc. nie ma instalacji centralnego ogrzewania.

W Białymstoku w mieszkaniach komunalnych nie było podwyżki od 2002 roku. Władze miasta podkreślają, że obecne stawki czynszu nie pokrywają kosztów bieżącej eksploatacji tych lokali. Rocznie potrzeba na ten cel 10,9 mln zł, brakuje prawie 200 tys. zł rocznie. Jak mówił w poniedziałek mieszkańcom wiceprezydent Michał Wierzbicki, miasto dokłada na ten cel z przychodów za najem lokali użytkowych.

W 2009 roku gmina Białystok chciała pozyskać z podwyżek czynszów 8,7 mln zł, w 2010 roku miało to być 17,4 mln zł.

Jak poinformował dyrektor ZMK Andrzej Ostrowski, w tym roku z gminnych mieszkań eksmitowano kilkadziesiąt osób; jest około tysiąca wyroków o eksmisję do lokalu socjalnego. Wiceprezydent Wierzbicki dodał, że obecnie ponad 300 osób korzysta z tzw. programu oddłużeniowego.

INTERIA.PL/PAP

Internetowe księgi wieczyste

Od 2003 r., zgodnie z obowiązującą od tego roku ustawą, w Polsce sukcesywnie prowadzona jest informatyzacja ksiąg wieczystych – przypomina Gazeta Wyborcza.
W formie cyfrowej dostępnych jest już w naszym kraju 7 mln ksiąg wieczystych. Księgi, prowadzone dotychczas w formie pisemnej, są informatyzowane w drodze tzw. migracji odbywającej się w specjalnie do tego celu powołanych ośrodkach migracyjnych. Operacja ta ma przeciwdziałać opóźnieniom w załatwianiu spraw w sądach wieczystoksięgowych - wyjaśnia dziennik. Formularze elektroniczne mają ułatwić konstruowanie pism procesowych i wyeliminować niebezpieczeństwo zaistnienia braków formalnych takich pism.

Jak donosi Gazeta, podczas ostatniego IV Kongresu Gospodarki Elektronicznej, zajmujący się nadzorem nad działalnością informatyczną resortu sprawiedliwości Igor Dzialuk powiedział, że trwają prace nad tzw. elektronicznym postępowaniem upominawczym. Projekt ten powinien zostać wdrożony na początku przyszłego roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
dom.pl

Czynsze wzrosną na raty

Mieszkańcy lokali komunalnych z Białegostoku zaproponowali w poniedziałek prezydentowi miasta rozłożenie planowanych podwyżek czynszów na trzy raty, by czynsze wzrastały o jedną trzecią rocznie. Miasto rozważy tę propozycję.

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski powiedział, że decyzja zapadnie po obliczeniu skutków finansowych tej propozycji. Sprawą czynszów jeszcze w czerwcu zajmą się radni - dodał.

Podwyżki miały wejść w życie od 1 lipca 2009 r. Niektórym lokatorom czynsz wzrósłby nawet o 130-160 proc. Według ZMK, średni czynsz przed podwyżką to 323 zł; po wzroście opłat miało to być 513 zł.

Propozycja rozłożenia podwyżek na raty padła podczas poniedziałkowego spotkania mieszkańców z prezydentem w Zarządzie Mienia Komunalnego (ZMK), które zarządza mieszkaniami komunalnymi w Białymstoku.

Przed tygodniem mieszkańcy pikietowali przed Podlaskim Urzędem Wojewódzkim w Białymstoku oraz weszli na odbywającą się w tym budynku sesję Rady Miejskiej, by zaprotestować przeciwko podwyżkom. Truskolaski i jego współpracownicy odpowiadali w poniedziałek na wiele szczegółowych pytań, jakie przed tygodniem otrzymali od protestujących.

Po spotkaniu prezydent powiedział dziennikarzom, że jest zgoda co do tego, by podwyżki rozłożyć w czasie. Będą prowadzone dalsze rozmowy, jak osiągnąć w tej sprawie porozumienie.

Mieszkańcy zaproponowali, by podwyżka czynszów była rozłożona na trzy lata. W kolejnych latach czynsz miałby rosnąć o 29,9 proc. - tak, by w 2012 roku osiągnąć ten poziom, który władze miasta chciały wdrożyć już od lipca 2009. Inna propozycja była taka, by nie wprowadzać żadnej podwyżki, a mieszkańców obciążyć kwotą 1 zł za metr kwadratowy mieszkania z przeznaczeniem na remonty. Właśnie na remonty miasto chce przeznaczyć pieniądze z podwyżki.

Mieszkańcy domagali się też utworzenia społecznego komitetu, który raz na kwartał miałby szczegółowy dostęp do informacji dotyczących wydatków na remonty. Podkreślali, że nie chcą płacić wyższych czynszów także dlatego, że inni w ogóle ich nie płacą, choć rosną im zaległości.

O podwyższeniu opłat za lokale komunalne zdecydowali w listopadzie 2007 r. radni. Podwyżki mają wejść w życie 1 lipca. Wraz z nimi przygotowano m.in. program osłonowy dla osób w najtrudniejszej sytuacji, program zamiany mieszkań, bonifikaty do wykupu mieszkań. Przygotowano także program oddłużeniowy.

W Białymstoku jest blisko 8 tys. lokali komunalnych, z czego około 400 to lokale socjalne. Z danych ZMK wynika, że w lokalach tych mieszka około 7 proc. mieszkańców miasta. W prawie co dziesiątym nie ma instalacji gazowej, w co dziesiątym nie ma ciepłej wody, prawie 9 proc. nie ma instalacji centralnego ogrzewania.

W Białymstoku w mieszkaniach komunalnych nie było podwyżki od 2002 roku. Władze miasta podkreślają, że obecne stawki czynszu nie pokrywają kosztów bieżącej eksploatacji tych lokali. Rocznie potrzeba na ten cel 10,9 mln zł, brakuje prawie 200 tys. zł rocznie. Jak mówił w poniedziałek mieszkańcom wiceprezydent Michał Wierzbicki, miasto dokłada na ten cel z przychodów za najem lokali użytkowych.

W 2009 roku gmina Białystok chciała pozyskać z podwyżek czynszów 8,7 mln zł, w 2010 roku miało to być 17,4 mln zł.

Jak poinformował dyrektor ZMK Andrzej Ostrowski, w tym roku z gminnych mieszkań eksmitowano kilkadziesiąt osób; jest około tysiąca wyroków o eksmisję do lokalu socjalnego. Wiceprezydent Wierzbicki dodał, że obecnie ponad 300 osób korzysta z tzw. programu oddłużeniowego.

INTERIA.PL/PAP

Internetowe księgi wieczyste

Od 2003 r., zgodnie z obowiązującą od tego roku ustawą, w Polsce sukcesywnie prowadzona jest informatyzacja ksiąg wieczystych – przypomina Gazeta Wyborcza.
W formie cyfrowej dostępnych jest już w naszym kraju 7 mln ksiąg wieczystych. Księgi, prowadzone dotychczas w formie pisemnej, są informatyzowane w drodze tzw. migracji odbywającej się w specjalnie do tego celu powołanych ośrodkach migracyjnych. Operacja ta ma przeciwdziałać opóźnieniom w załatwianiu spraw w sądach wieczystoksięgowych - wyjaśnia dziennik. Formularze elektroniczne mają ułatwić konstruowanie pism procesowych i wyeliminować niebezpieczeństwo zaistnienia braków formalnych takich pism.

Jak donosi Gazeta, podczas ostatniego IV Kongresu Gospodarki Elektronicznej, zajmujący się nadzorem nad działalnością informatyczną resortu sprawiedliwości Igor Dzialuk powiedział, że trwają prace nad tzw. elektronicznym postępowaniem upominawczym. Projekt ten powinien zostać wdrożony na początku przyszłego roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
dom.pl

NBP:Deweloperzy - zapasy na 8 lat

Zdaniem prof. Jacka Łaszka, doradcy kierującego Zespołem ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym NBP, ceny mieszkań w 2009 spadną rdr realnie o ok. 15-20 proc. Jego zdaniem, w kilkuletniej perspektywie nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego.

Sądzę, że ceny mieszkań będą dalej spadać. My prognozowaliśmy spadek cen na ten rok realnie o około 15-20 proc. do końca roku. Może to się przesunie trochę tj. do I lub II kwartału następnego roku - powiedział w rozmowie z PAP Łaszek. Ceny w tej chwili w największych miastach pomimo spadków są w dalszym ciągu mocno zawyżone - dodał.

Zdaniem Łaszka, w 2010 roku ceny mieszkań mogą się wahać o 10-15 proc. Ceny w sektorze są cykliczne, podobnie jak popyt i produkcja. Jeszcze może trochę spadną, o 10-15 proc., a potem może wzrosną na podobną skalę. Sądzimy, że będą jakieś dalsze korekty - powiedział.

WYSOKA PODAŻ PRZY NISKIM POPYCIE - NIE BĘDZIE BOOMU

Zdaniem Łaszka, w perspektywie kilkuletniej nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego oraz gwałtownego wzrostu cen nieruchomości, jaki dotknął rynek 3-4 lata temu.

Tamta sytuacja była szczególna, zarówno w Polsce jak i na świecie. Teraz nie ma niczego, co mogłoby spowodować boom mieszkaniowy - powiedział.

Deweloperzy mają zapasy terenów budowlanych na 5-8 lat. Wielu deweloperów zamraża przygotowane inwestycje. Projekty są gotowe, są przygotowane tereny - to wszystko czeka +pod parą+. Tego wszystkiego nie było na taką skalę 4-5 lat temu, gdy z jednego, lokalnego cyklu przeskoczyliśmy w światowy boom - powiedział.

Jego zdaniem, mniejszy niż w okresie boomu będzie także popyt na mieszkania. Ludzie muszą być przekonani, że ceny mieszkań nie będą już znacząco niższe. Po drugie, musimy mieć boom kredytowy, a na taki boom na świecie się nie zanosi w najbliższych latach, bo banki boją się ryzykownych kredytów - powiedział.

Jego zdaniem, kryzys na rynku finansowym w pewnym zakresie uzdrawia sytuację w branży mieszkaniowej w Polsce. W gospodarce nie może być takiej sytuacji, że deweloper ma długofalowo zysk na poziomie 50 proc. i więcej, gdyż musi to wywołać procesy dostosowawcze na rynku. Stopy procentowe na kredytach, te 6-7 proc., to są normalne stopy procentowe.

Zysk deweloperski w granicach 20-30 proc. to może być jeszcze akceptowalny zysk, który pokrywa mu ryzyko cyklu i nie spowoduje masowej konkurencji, ale to zależy od konkretnej sytuacji i gospodarki" - powiedział.

LICZBA ODDAWANYCH MIESZKAŃ I KREDYTÓW HIPOTECZNYCH BĘDZIE SPADAĆ

Łaszek uważa, że w 2009 roku liczba mieszkań oddawanych do użytku będzie niższa niż w roku ubiegłym. Dalszy spadek nastąpi w 2010 roku. Racjonalne w tej chwili jest hamowanie inwestycji mieszkaniowych. Na rynku jest nadwyżka produktów. Nie wiadomo jednak, na ile deweloperzy będą w stanie hamować te inwestycje - powiedział.

Z danych GUS wynika, że w ciągu czterech miesięcy 2009 roku liczba wydanych pozwoleń wyniosła 58.833, tj. o 19,1 proc. mniej niż w roku 2008.

Rosnąć będzie budownictwo jednorodzinne. Spadają ceny materiałów budowlanych. To jest inaczej przestrzennie rozmieszczone, bo dotyczy małych miast i wsi, ale będzie to rekompensować w jakimś zakresie budownictwo deweloperskie - dodał.

Jego zdaniem, realistyczne są szacunki mówiące o spadku wartości kredytów hipotecznych na poziomie 10-20 proc. Mniej będzie finansowania zagranicznego, tu będzie wyraźny spadek - dodał.

Z danych NBP wynika, że w 2008 kredyty gospodarstw domowych na nieruchomości opiewały na 76 mld zł, z czego 70 mld zł stanowiły kredyty walutowe.

INTERIA.PL/PAP

NBP:Deweloperzy - zapasy na 8 lat

Zdaniem prof. Jacka Łaszka, doradcy kierującego Zespołem ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym NBP, ceny mieszkań w 2009 spadną rdr realnie o ok. 15-20 proc. Jego zdaniem, w kilkuletniej perspektywie nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego.

Sądzę, że ceny mieszkań będą dalej spadać. My prognozowaliśmy spadek cen na ten rok realnie o około 15-20 proc. do końca roku. Może to się przesunie trochę tj. do I lub II kwartału następnego roku - powiedział w rozmowie z PAP Łaszek. Ceny w tej chwili w największych miastach pomimo spadków są w dalszym ciągu mocno zawyżone - dodał.

Zdaniem Łaszka, w 2010 roku ceny mieszkań mogą się wahać o 10-15 proc. Ceny w sektorze są cykliczne, podobnie jak popyt i produkcja. Jeszcze może trochę spadną, o 10-15 proc., a potem może wzrosną na podobną skalę. Sądzimy, że będą jakieś dalsze korekty - powiedział.

WYSOKA PODAŻ PRZY NISKIM POPYCIE - NIE BĘDZIE BOOMU

Zdaniem Łaszka, w perspektywie kilkuletniej nie należy spodziewać się boomu mieszkaniowego oraz gwałtownego wzrostu cen nieruchomości, jaki dotknął rynek 3-4 lata temu.

Tamta sytuacja była szczególna, zarówno w Polsce jak i na świecie. Teraz nie ma niczego, co mogłoby spowodować boom mieszkaniowy - powiedział.

Deweloperzy mają zapasy terenów budowlanych na 5-8 lat. Wielu deweloperów zamraża przygotowane inwestycje. Projekty są gotowe, są przygotowane tereny - to wszystko czeka +pod parą+. Tego wszystkiego nie było na taką skalę 4-5 lat temu, gdy z jednego, lokalnego cyklu przeskoczyliśmy w światowy boom - powiedział.

Jego zdaniem, mniejszy niż w okresie boomu będzie także popyt na mieszkania. Ludzie muszą być przekonani, że ceny mieszkań nie będą już znacząco niższe. Po drugie, musimy mieć boom kredytowy, a na taki boom na świecie się nie zanosi w najbliższych latach, bo banki boją się ryzykownych kredytów - powiedział.

Jego zdaniem, kryzys na rynku finansowym w pewnym zakresie uzdrawia sytuację w branży mieszkaniowej w Polsce. W gospodarce nie może być takiej sytuacji, że deweloper ma długofalowo zysk na poziomie 50 proc. i więcej, gdyż musi to wywołać procesy dostosowawcze na rynku. Stopy procentowe na kredytach, te 6-7 proc., to są normalne stopy procentowe.

Zysk deweloperski w granicach 20-30 proc. to może być jeszcze akceptowalny zysk, który pokrywa mu ryzyko cyklu i nie spowoduje masowej konkurencji, ale to zależy od konkretnej sytuacji i gospodarki" - powiedział.

LICZBA ODDAWANYCH MIESZKAŃ I KREDYTÓW HIPOTECZNYCH BĘDZIE SPADAĆ

Łaszek uważa, że w 2009 roku liczba mieszkań oddawanych do użytku będzie niższa niż w roku ubiegłym. Dalszy spadek nastąpi w 2010 roku. Racjonalne w tej chwili jest hamowanie inwestycji mieszkaniowych. Na rynku jest nadwyżka produktów. Nie wiadomo jednak, na ile deweloperzy będą w stanie hamować te inwestycje - powiedział.

Z danych GUS wynika, że w ciągu czterech miesięcy 2009 roku liczba wydanych pozwoleń wyniosła 58.833, tj. o 19,1 proc. mniej niż w roku 2008.

Rosnąć będzie budownictwo jednorodzinne. Spadają ceny materiałów budowlanych. To jest inaczej przestrzennie rozmieszczone, bo dotyczy małych miast i wsi, ale będzie to rekompensować w jakimś zakresie budownictwo deweloperskie - dodał.

Jego zdaniem, realistyczne są szacunki mówiące o spadku wartości kredytów hipotecznych na poziomie 10-20 proc. Mniej będzie finansowania zagranicznego, tu będzie wyraźny spadek - dodał.

Z danych NBP wynika, że w 2008 kredyty gospodarstw domowych na nieruchomości opiewały na 76 mld zł, z czego 70 mld zł stanowiły kredyty walutowe.

INTERIA.PL/PAP

Nowe maksima na złocie

Poprzedni duży ruch wzrostowy z drugiej połowy stycznia i z lutego został powstrzymany przez poprawę nastrojów na rynkach akcji i odwrót funduszy w tamtym kierunku, jak i w kierunku surowców przemysłowych.
Tym razem na rynkach akcji mamy tegoroczne maksima, ale czynnik ten zdaje się już nie przeszkadzać wzrostom notowań na rynku złota. Tym co (ponownie) napędza wzrosty są notowania pary EURUSD. Wybicie poziomu 1,3735, późniejsze konsekwentne wzrosty w atmosferze obaw o długookresową stabilność fiskalną USA i wreszcie nowe tegoroczne maksimum zdają się przekonywać inwestorów, że po zeszłorocznej ostrej korekcie wracamy znów do systematycznego osłabianie amerykańskiej waluty. To oznacza impuls wzrostowy dla wycenianego w dolarach złota. Wczoraj notowania tego kruszcu wzrosły do 988,30 USD za uncję, lokalnego szczytu z lipca ubiegłego roku (co ciekawe ustanowionego pod historyczne maksimum na EURUSD), a celem rynku pozostają poziomy 1007 i 1032,80 USD. Korekcyjne umocnienie dolara przynosi sporą realizację zysków na rynku złota - dziś rano uncja kosztuje 969 USD. To nie zmienia jednak wzrostowego obrazu na rynku złota, który zostałby poddany w wątpliwość po naruszeniu wsparcia w okolicach 945 USD za uncję.

Przemysław Kwiecień

X-Trade Brokers Dom Maklerski S.A.

Przemyslaw.kwiecien@xtb.pl

kwiecien.bloog.pl

www.xtb.pl

Nowe maksima na złocie

Poprzedni duży ruch wzrostowy z drugiej połowy stycznia i z lutego został powstrzymany przez poprawę nastrojów na rynkach akcji i odwrót funduszy w tamtym kierunku, jak i w kierunku surowców przemysłowych.
Tym razem na rynkach akcji mamy tegoroczne maksima, ale czynnik ten zdaje się już nie przeszkadzać wzrostom notowań na rynku złota. Tym co (ponownie) napędza wzrosty są notowania pary EURUSD. Wybicie poziomu 1,3735, późniejsze konsekwentne wzrosty w atmosferze obaw o długookresową stabilność fiskalną USA i wreszcie nowe tegoroczne maksimum zdają się przekonywać inwestorów, że po zeszłorocznej ostrej korekcie wracamy znów do systematycznego osłabianie amerykańskiej waluty. To oznacza impuls wzrostowy dla wycenianego w dolarach złota. Wczoraj notowania tego kruszcu wzrosły do 988,30 USD za uncję, lokalnego szczytu z lipca ubiegłego roku (co ciekawe ustanowionego pod historyczne maksimum na EURUSD), a celem rynku pozostają poziomy 1007 i 1032,80 USD. Korekcyjne umocnienie dolara przynosi sporą realizację zysków na rynku złota - dziś rano uncja kosztuje 969 USD. To nie zmienia jednak wzrostowego obrazu na rynku złota, który zostałby poddany w wątpliwość po naruszeniu wsparcia w okolicach 945 USD za uncję.

Przemysław Kwiecień

X-Trade Brokers Dom Maklerski S.A.

Przemyslaw.kwiecien@xtb.pl

kwiecien.bloog.pl

www.xtb.pl

Kolejny kwartał spadku PKB w Szwajcarii, najmocniejszy od 15 lat

Produkt Krajowy Brutto Szwajcarii spadł w I kwartale 2009 r. o 0,8 proc. kdk, po uwzględnieniu czynników sezonowych, po spadku w IV kw. 2008 r. o 0,6 proc. po korekcie - poinformował we wtorek w komunikacie Krajowy Sekretariat ds Ekonomicznych.
To największy spadek PKB od II kwartału 1994 r.

Analitycy spodziewali się nawet gorszego wyniku i spadku PKB o 1,5 proc. kdk.

Rdr spadek PKB Szwajcarii wyniósł w I kw. 2009 r. 2,4 proc., wobec spadku o 0,6 proc. w IV kw. 2008 r. - podał organ statystyczny.
wp.pl

Kolejny kwartał spadku PKB w Szwajcarii, najmocniejszy od 15 lat

Produkt Krajowy Brutto Szwajcarii spadł w I kwartale 2009 r. o 0,8 proc. kdk, po uwzględnieniu czynników sezonowych, po spadku w IV kw. 2008 r. o 0,6 proc. po korekcie - poinformował we wtorek w komunikacie Krajowy Sekretariat ds Ekonomicznych.
To największy spadek PKB od II kwartału 1994 r.

Analitycy spodziewali się nawet gorszego wyniku i spadku PKB o 1,5 proc. kdk.

Rdr spadek PKB Szwajcarii wyniósł w I kw. 2009 r. 2,4 proc., wobec spadku o 0,6 proc. w IV kw. 2008 r. - podał organ statystyczny.
wp.pl

Obligacje komunalne trafią we wrześniu na giełdę

Gminy i województwa szukają dodatkowych źródeł pozyskiwania pieniędzy. Skutecznym rozwiązaniem jest w wielu przypadkach emisja obligacji komunalnych.
Podczas ostatniej sesji Rady Miasta Krakowa, która odbyła się 20 maja 2009 r., przyjęto zaproponowaną przez prezydenta uchwałę w sprawie emisji obligacji komunalnych, zwanych III Pożyczką Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa – mówi Jan Machowski z Urzędu Miasta Krakowa.
Dodaje, że władze miasta uznały, że korzystniejsze dla miasta jest wyemitowanie obligacji na rynku krajowym.

W obecnie panującej sytuacji na rynkach kapitałowych pozyskanie kredytu w bankach komercyjnych jest o wiele trudniejsze. Z przeprowadzonego przez miasto rozeznania wynika, że zainteresowanie ze strony potencjalnych inwestorów obligacjami Krakowa wynosi 300 mln zł. Jest zatem duże – podkreśla Jan Machowski.
Dodaje, że oprocentowanie obligacji będzie zmienne, równe sześciomiesięcznej stawce WIBOR.
Z kolei Rada Warszawy przyjęła 23 kwietnia tego roku uchwałę o wyemitowaniu przez miasto w 2009 roku na rynku zagranicznym i krajowym obligacji o łącznej wartości nominalnej nie wyższej niż równowartość około 1,5 mld zł.

Na rynku zagranicznym mają być wyemitowane obligacje pięcioletnie i dziesięcioletnie z terminem wykupu odpowiednio w 2014 oraz 2019 roku. Na rynku krajowym natomiast w ofercie publicznej będą wyemitowane obligacje o terminie zapadalności od pięciu do dwunastu lat z terminem wykupu odpowiednio od 2014 do 2021 roku.

Przypomnijmy, że niedawno Warszawa sprzedała na rynku zagranicznym obligacje za 200 mln euro. Ich oprocentowanie to 6,875 proc. Będą one notowane na giełdzie w Luksemburgu.

Ostatnia emisja obligacji Poznania miała miejsce w grudniu 2007 r. Ich łączna wartość wyniosła 125 mln zł. Zostały skierowane do inwestorów indywidualnych. Jak poinformowano GP w Urzędzie Miasta Poznania, wykup obligacji nastąpi w grudniu 2012 r. Na razie Poznań nie planuje kolejnych emisji.

Krzysztof Tomaszewski

Kto przede wszystkim kupuje obligacje miejskie, a kto będzie mógł je kupować ? Czy lokalne samorządy także będą musiały rozważyć emisję obligacji ? Co może być alternatywą dla obligacji ?

Gazeta Prawna
wp.pl

Obligacje komunalne trafią we wrześniu na giełdę

Gminy i województwa szukają dodatkowych źródeł pozyskiwania pieniędzy. Skutecznym rozwiązaniem jest w wielu przypadkach emisja obligacji komunalnych.
Podczas ostatniej sesji Rady Miasta Krakowa, która odbyła się 20 maja 2009 r., przyjęto zaproponowaną przez prezydenta uchwałę w sprawie emisji obligacji komunalnych, zwanych III Pożyczką Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa – mówi Jan Machowski z Urzędu Miasta Krakowa.
Dodaje, że władze miasta uznały, że korzystniejsze dla miasta jest wyemitowanie obligacji na rynku krajowym.

W obecnie panującej sytuacji na rynkach kapitałowych pozyskanie kredytu w bankach komercyjnych jest o wiele trudniejsze. Z przeprowadzonego przez miasto rozeznania wynika, że zainteresowanie ze strony potencjalnych inwestorów obligacjami Krakowa wynosi 300 mln zł. Jest zatem duże – podkreśla Jan Machowski.
Dodaje, że oprocentowanie obligacji będzie zmienne, równe sześciomiesięcznej stawce WIBOR.
Z kolei Rada Warszawy przyjęła 23 kwietnia tego roku uchwałę o wyemitowaniu przez miasto w 2009 roku na rynku zagranicznym i krajowym obligacji o łącznej wartości nominalnej nie wyższej niż równowartość około 1,5 mld zł.

Na rynku zagranicznym mają być wyemitowane obligacje pięcioletnie i dziesięcioletnie z terminem wykupu odpowiednio w 2014 oraz 2019 roku. Na rynku krajowym natomiast w ofercie publicznej będą wyemitowane obligacje o terminie zapadalności od pięciu do dwunastu lat z terminem wykupu odpowiednio od 2014 do 2021 roku.

Przypomnijmy, że niedawno Warszawa sprzedała na rynku zagranicznym obligacje za 200 mln euro. Ich oprocentowanie to 6,875 proc. Będą one notowane na giełdzie w Luksemburgu.

Ostatnia emisja obligacji Poznania miała miejsce w grudniu 2007 r. Ich łączna wartość wyniosła 125 mln zł. Zostały skierowane do inwestorów indywidualnych. Jak poinformowano GP w Urzędzie Miasta Poznania, wykup obligacji nastąpi w grudniu 2012 r. Na razie Poznań nie planuje kolejnych emisji.

Krzysztof Tomaszewski

Kto przede wszystkim kupuje obligacje miejskie, a kto będzie mógł je kupować ? Czy lokalne samorządy także będą musiały rozważyć emisję obligacji ? Co może być alternatywą dla obligacji ?

Gazeta Prawna
wp.pl

Fortis Bank zachęca do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych

Fortis Bank Polska zachęca klientów do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych. Ci, którzy się na to zdecydują, będą mogli to zrobić bez marży i po kursie średnim NBP. Ale wcześniejsza spłata bardziej się opłaca bankowi niż klientom.
Fortis Bank jako jeden z pierwszych banków w Polsce wycofał się z udzielania kredytów w szwajcarskiej walucie. Było to już w maju ubiegłego roku, czyli na kilka miesięcy przed rozpoczęciem kryzysu finansowego w Polsce. Dzisiaj Fortis Bank jako pierwszy bank zachęca klientów do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych. W ramach promocji bank nie pobiera marży przy wcześniejszej spłacie kredytu. W praktyce oferta skierowana jest do tych, którzy pożyczkę w banku wzięli w ciągu ostatnich trzech lat. Do tej pory bank pobierał przy wcześniejszej spłacie takich kredytów prowizję w wysokości 1,5 proc. wartości pożyczki. W ramach tej samej promocji wcześniejsza spłata dokonywana jest teraz w Fortis Banku według kursu średniego NBP.

Dzięki tej promocji klienci mogą spłacić kredyt po korzystnym kursie, obniżyć koszty odsetek i poprawić wskaźnik wysokości zadłużenia do wartości zabezpieczenia kredytu - mówi Michał Chruściel z Fortis Banku.
Rzeczywiście, spłacając dzisiaj kredyt walutowy zaciągnięty przed rokiem, można dzięki promocji zaoszczędzić 17 tys. zł.

Jednak przede wszystkim wcześniejsza spłata kredytu jest korzystna dla banku.

To jest w interesie banków, a na pewno nie klienta. Zdecydowana większość kredytów walutowych udzielona była po niższym kursie niż obecnie. W perspektywie 13 lat złoty znowu będzie mocny, więc dzisiaj wcześniejsza spłata nie jest dobrym posunięciem - mówi Marek Rogalski, analityk z DM Banku Ochrony Środowiska.

Eksperci radzą, by do takich promocji podchodzić ostrożnie.

Wcześniejsza spłata po średnim kursie NBP może być jedynie dodatkową zachętą dla osób, które już zdecydowały się nadpłacić lub spłacić w całości kredyt wcześniej - mówi Katarzyna Siwek z Expandera.

Tylko ci, którzy kredyt hipoteczny wzięli pięć lat temu, mogą go spłacić dzisiaj po takim kursie, po jakim się zadłużali.

Eksperci podkreślają, że kredyty walutowe, zaciągane w ciągu ostatnich 23 lat, dla większości instytucji finansowych nie są dochodowe. Rzeczywista cena, po jakiej kupowana jest teraz szwajcarska waluta, jest nawet o ok. 2 pkt proc. wyższa niż wynosi stawka rynku międzybankowego LIBOR, od której zależy oprocentowanie kredytów frankowych. W interesie banków jest więc pozbycie się takich kredytów, bo dzięki temu mogą zmniejszyć swoje straty. Całkiem możliwe więc, że podobne promocje, zachęcające do spłaty, będą wprowadzały także inne banki.

Być może bank doszedł do wniosku, że korzystnie będzie, gdy okres tego kredytowania będzie krótszy i środki będzie można przeznaczyć na inną działalność bankową, która gwarantuje większe dochody - mówi Mariusz Zygierewicz ze Związku Banków Polskich.

Większe dochody mogą dać np. nowe kredyty złotowe. Ich oprocentowanie i marża gwarantują bankowi zyski.

Każdy szuka pieniędzy, bo sektor bankowy wciąż ma trudności z płynnością. Na świecie robi tak wiele banków, ale u nas Fortis Bank jest prawdopodobnie pierwszy - mówi prof. Adam Noga z Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości.

Od pewnego czasu także w ING BSK można płacić raty kredytów po średnim kursie NBP. Można także po takim kursie spłacić wcześniej całe zadłużenie. Ale ING BSK wprowadzał to rozwiązanie pod hasłem chęci ulżenia klientom, którym ze względu na spadek złotego wartość raty mocno wzrosła.



Roman Grzyb

Gazeta Prawna

wp.pl

Fortis Bank zachęca do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych

Fortis Bank Polska zachęca klientów do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych. Ci, którzy się na to zdecydują, będą mogli to zrobić bez marży i po kursie średnim NBP. Ale wcześniejsza spłata bardziej się opłaca bankowi niż klientom.
Fortis Bank jako jeden z pierwszych banków w Polsce wycofał się z udzielania kredytów w szwajcarskiej walucie. Było to już w maju ubiegłego roku, czyli na kilka miesięcy przed rozpoczęciem kryzysu finansowego w Polsce. Dzisiaj Fortis Bank jako pierwszy bank zachęca klientów do wcześniejszej spłaty kredytów walutowych. W ramach promocji bank nie pobiera marży przy wcześniejszej spłacie kredytu. W praktyce oferta skierowana jest do tych, którzy pożyczkę w banku wzięli w ciągu ostatnich trzech lat. Do tej pory bank pobierał przy wcześniejszej spłacie takich kredytów prowizję w wysokości 1,5 proc. wartości pożyczki. W ramach tej samej promocji wcześniejsza spłata dokonywana jest teraz w Fortis Banku według kursu średniego NBP.

Dzięki tej promocji klienci mogą spłacić kredyt po korzystnym kursie, obniżyć koszty odsetek i poprawić wskaźnik wysokości zadłużenia do wartości zabezpieczenia kredytu - mówi Michał Chruściel z Fortis Banku.
Rzeczywiście, spłacając dzisiaj kredyt walutowy zaciągnięty przed rokiem, można dzięki promocji zaoszczędzić 17 tys. zł.

Jednak przede wszystkim wcześniejsza spłata kredytu jest korzystna dla banku.

To jest w interesie banków, a na pewno nie klienta. Zdecydowana większość kredytów walutowych udzielona była po niższym kursie niż obecnie. W perspektywie 13 lat złoty znowu będzie mocny, więc dzisiaj wcześniejsza spłata nie jest dobrym posunięciem - mówi Marek Rogalski, analityk z DM Banku Ochrony Środowiska.

Eksperci radzą, by do takich promocji podchodzić ostrożnie.

Wcześniejsza spłata po średnim kursie NBP może być jedynie dodatkową zachętą dla osób, które już zdecydowały się nadpłacić lub spłacić w całości kredyt wcześniej - mówi Katarzyna Siwek z Expandera.

Tylko ci, którzy kredyt hipoteczny wzięli pięć lat temu, mogą go spłacić dzisiaj po takim kursie, po jakim się zadłużali.

Eksperci podkreślają, że kredyty walutowe, zaciągane w ciągu ostatnich 23 lat, dla większości instytucji finansowych nie są dochodowe. Rzeczywista cena, po jakiej kupowana jest teraz szwajcarska waluta, jest nawet o ok. 2 pkt proc. wyższa niż wynosi stawka rynku międzybankowego LIBOR, od której zależy oprocentowanie kredytów frankowych. W interesie banków jest więc pozbycie się takich kredytów, bo dzięki temu mogą zmniejszyć swoje straty. Całkiem możliwe więc, że podobne promocje, zachęcające do spłaty, będą wprowadzały także inne banki.

Być może bank doszedł do wniosku, że korzystnie będzie, gdy okres tego kredytowania będzie krótszy i środki będzie można przeznaczyć na inną działalność bankową, która gwarantuje większe dochody - mówi Mariusz Zygierewicz ze Związku Banków Polskich.

Większe dochody mogą dać np. nowe kredyty złotowe. Ich oprocentowanie i marża gwarantują bankowi zyski.

Każdy szuka pieniędzy, bo sektor bankowy wciąż ma trudności z płynnością. Na świecie robi tak wiele banków, ale u nas Fortis Bank jest prawdopodobnie pierwszy - mówi prof. Adam Noga z Wyższej Szkoły Ubezpieczeń i Bankowości.

Od pewnego czasu także w ING BSK można płacić raty kredytów po średnim kursie NBP. Można także po takim kursie spłacić wcześniej całe zadłużenie. Ale ING BSK wprowadzał to rozwiązanie pod hasłem chęci ulżenia klientom, którym ze względu na spadek złotego wartość raty mocno wzrosła.



Roman Grzyb

Gazeta Prawna

wp.pl

Inflacja spada. W maju wyniosła 3,8 procent

Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju wzrosła o 0,6% wobec poprzedniego miesiąca, zaś roczny wskaźnik inflacji wyniósł 3,8% wobec 4,0% odnotowanych w kwietniu br., podał resort finansów.
- Ministerstwo Finansów szacuje, że wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju wyniósł 100,6. Oznacza to, że roczna dynamika cen konsumpcyjnych w tym miesiącu może wynieść 103,8 - głosi komunikat.

Opublikowana w lutym centralna ścieżka projekcji inflacyjnej NBP zakłada, że średnioroczna inflacja konsumencka wyniesie w tym roku 3,2%, w roku 2010 spadnie do 1,9%, zaś w 2011 roku - do 0,9% wobec 4,2% zanotowanych w 2008 r.

W grudniowej aktualizacji programu konwergencji resort finansów napisał, że inflacja (CPI) powinna powrócić do celu banku centralnego (2,5%) w II poł. 2009 r. i pozostać na zbliżonym poziomie w latach 2010-2011.

money.pl

Inflacja spada. W maju wyniosła 3,8 procent

Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju wzrosła o 0,6% wobec poprzedniego miesiąca, zaś roczny wskaźnik inflacji wyniósł 3,8% wobec 4,0% odnotowanych w kwietniu br., podał resort finansów.
- Ministerstwo Finansów szacuje, że wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju wyniósł 100,6. Oznacza to, że roczna dynamika cen konsumpcyjnych w tym miesiącu może wynieść 103,8 - głosi komunikat.

Opublikowana w lutym centralna ścieżka projekcji inflacyjnej NBP zakłada, że średnioroczna inflacja konsumencka wyniesie w tym roku 3,2%, w roku 2010 spadnie do 1,9%, zaś w 2011 roku - do 0,9% wobec 4,2% zanotowanych w 2008 r.

W grudniowej aktualizacji programu konwergencji resort finansów napisał, że inflacja (CPI) powinna powrócić do celu banku centralnego (2,5%) w II poł. 2009 r. i pozostać na zbliżonym poziomie w latach 2010-2011.

money.pl

Mieszkania tanieją w stolicy. Ceny rosną w Katowicach

W kwietniu mieszkania na rynku wtórnym najbardziej zdrożały w Katowicach, Bydgoszczy i Białymstoku - wynika z raportu przygotowanego przez serwis nieruchomości Oferty.net. Największy spadek cen w porównaniu z marcem odnotowano w Warszawie, Olsztynie, Wrocławiu i Łodzi.
Najwięcej, bo o 1,3 proc. w stosunku do marca, wzrosła średnia cena metra kwadratowego mieszkania w Bydgoszczy i Katowicach - odpowiednio do: 4194 zł i 4146 zł. Drugi był Białystok (wzrost o 1,2 proc.) - za metr kwadratowy trzeba było zapłacić 4461 złotych.

Z analizy wynika, że ceny mieszkań najbardziej spadły w Warszawie, Olsztynie, Wrocławiu i Łodzi - odpowiednio o 3,7 proc., o 1,9 proc., a w dwóch ostatnich miastach o 1,1 proc. Metr kwadratowy mieszkania kosztował tam w kwietniu odpowiednio: 8853 zł, 4771 zł, 6634 zł, 4137 złotych.
money.pl/2009-05-28 19:11

Sprawdź najnowsze oferty w serwisie

Oceń nasz serwis

średnia ocen: 4,4

Ten serwis korzysta z mechanizmów cookies (ciasteczka)

| Polityka Cookies