Ze świata nieruchomości - strona 98

Czarna lista zawodów

Starasz się o kredyt? Zobacz czy nie ma Cię na bankowej czarnej liście branż, którym kredytu się nie udziela
Przedstawiciele banków nie mówią głośno o tworzeniu "czarnych list" i przyznają, że takie postępowanie jest pewnego rodzaju dyskryminacją . - "Teoretycznie nie możemy nikomu odmawiać kredytu ze względu na branżę, w której pracuje" - mówi dla "Gazety Wyborczej" przedstawicielka banku, który do niedawna był jednym z liderów rynku kredytów hipotecznych.

Czarne listy są w formie ustnej rekomendacji, stworzonej przez działy ryzyka. Już od dawna problemy z wzięciem kredytu mieli stoczniowcy i górnicy. Teraz na listę ryzykownych branż, trafiają kolejne, m.in. motoryzacja, transport, budownictwo, media a nawet bankowcy.

Dlaczego te branże?
  • Sprzedaż nowych aut w Europie spadła w ubiegłym roku o około 25 proc.
  • Firmy transportowe wg GUS przewiozły w pierwszym kwartale o jedną piątą mniej ładunków.
  • Ludzie nie kupują mieszkań, stąd mniej inwestycji w budowę nieruchomości.
  • Firmy szukając oszczędności, tną wydatki na reklamę.
  • Dlaczego na liście znalazła się sama branża bankowa?

    Według Komisji Nadzoru Finansowego na koniec marca w sektorze finansowym pracowało ponad 180 tys. osób. Analitycy sektora bankowego szacują, że 10 proc. z nich może w tym roku stracić pracę. A ci bankowcy, którzy zachowają posady, będą zarabiać mniej - podała "Gazeta Wyborcza".

    KNF nie będzie interweniować

    To czy bank udzieli kredytu, to indywidualna sprawa, to nie jest ich obowiązek. Muszą sprawdzić zdolność kredytową i to, jaką gwarancję daje klient na spłatę zadłużenia. Instytucja finansowa może np. założyć w swojej strategii, że nie będzie finansować konkretnego rodzaju działalności gospodarczej z powodu zbyt wysokiego ryzyka - informuje "GW".(wp.pl)

Atlantis kupi akcje Investment Friends Development

Atlantis podpisał z Investment Friends umowę opcji kupna akcji spółki Investment Friends Development, które stanowią 28,57 proc. kapitału zakładowego spółki i głosów na WZA. Łączna wartość planowanej transakcji wynosi 4 mln zł.

Atlantis ma prawo zażądać sprzedaży udziałów przez Investment Friends do dnia 31 października 2009 roku. W przypadku braku takiego żądania ze strony Atlantis Emitent nie ponosi żadnych kosztów związanych z tą opcją - napisano w komunikacie.

W raporcie podano, że Investment Friends Development to firma, która posiada poprzez swoje spółki zależne, nieruchomości (handlowe, biurowe i produkcyjne) w Elblągu i Płocku. Napisano także, że w najbliższym czasie planowany jest debiut tej spółki na rynku publicznym, a planowana cena sprzedaży akcji w ramach publicznej oferty znajduje się w widełkach 8-12 gr za akcję.

moneyt.pl

Atlantis kupi akcje Investment Friends Development

Atlantis podpisał z Investment Friends umowę opcji kupna akcji spółki Investment Friends Development, które stanowią 28,57 proc. kapitału zakładowego spółki i głosów na WZA. Łączna wartość planowanej transakcji wynosi 4 mln zł.

Atlantis ma prawo zażądać sprzedaży udziałów przez Investment Friends do dnia 31 października 2009 roku. W przypadku braku takiego żądania ze strony Atlantis Emitent nie ponosi żadnych kosztów związanych z tą opcją - napisano w komunikacie.

W raporcie podano, że Investment Friends Development to firma, która posiada poprzez swoje spółki zależne, nieruchomości (handlowe, biurowe i produkcyjne) w Elblągu i Płocku. Napisano także, że w najbliższym czasie planowany jest debiut tej spółki na rynku publicznym, a planowana cena sprzedaży akcji w ramach publicznej oferty znajduje się w widełkach 8-12 gr za akcję.

moneyt.pl

GUS podał dane o inflacji

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju wzrosły o 0,5 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca, natomiast w ujęciu rocznym inflacja wyniosła 3,6 proc. - podał Główny Urząd Statystyczny.
W poszczególnych grupach towarów i usług konsumpcyjnych odnotowano zróżnicowaną dynamikę cen. W kwietniu inflacja roczna wyniosła 4,0 proc. r/r.

Największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miał w tym okresie wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych (o 0,7 proc.) oraz podwyżki opłat związanych z transportem (o 1,2 proc.), które podniosły ten wskaźnik odpowiednio o 0,17 pkt proc. i 0,11 pkt proc. Resort finansów szacował majowy poziom wskaźnika CPI na 3,8 proc..


KOMENTARZ DO DANYCH GUS

Inflacja znów zaskakuje, tym razem jednak w dół

W poniedziałek, 15 czerwca, o godz. 14:00 Główny Urząd Statystyczny opublikował dane dotyczące majowej inflacji. Podobnie jak w kwietniu, zaskoczyły one rynek - tym jednak razem nie wyższym, a niższym od spodziewanego odczytem. W piątym miesiącu tego roku wskaźnik CPI w ujęciu rocznym wzrósł o 3,6%, a w ujęciu miesięcznym poszedł w górę o 0,5%. Na rynku średnio prognozowano inflację r/r na poziomie 3,7%-3,8%, a Ministerstwo Finansów w swoich szacunkach wskazywało na +3,8% r/r i +0,6% m/m.

W ujęciu rocznym największy wpływ na odczyt wskaźnika inflacji miał fakt 7,6% wzrostu opłat związanych z utrzymaniem mieszkania oraz 5,2% zwyżka cen żywności i napojów bezalkoholowych. Z kolei w ujęciu miesiąc do miesiąca przyczyniły się do tego przede wszystkim: 0,7% wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych oraz 1,2% zwyżka cen związanych z transportem.

Nie ma co ukrywać, że ponownie mamy do czynienia z niespodzianką, choć oczywiście wytłumaczalną. Po pierwsze należy pamiętać, że w minionym roku mieliśmy wysoką bazę (+4,4% r/r, +0,8% m/m po podwyżce cen gazu). Po drugie w maju bieżącego roku wzrost cen żywności wyniósł m/m 0,7% i był wyraźnie niższy niż w kwietniu (kiedy to wyniósł 1,7%) oraz mniejszy od wyniku spodziewanego przez resort finansów (1,4%).

Odczyt majowej inflacji był widocznie niższy niż w kwietniu (4,0%) i mimo to, że nadal znajdujemy się powyżej górnego ograniczenia celu inflacyjnego RPP (2,5% +/- 1%), to prawdopodobieństwo obniżki poziomu stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu wyraźnie się zwiększyło. Jak na razie, wszystko bowiem wskazuje na to, że wskaźnik inflacji powróci do przedziału wahań wokół celu inflacyjnego już w czerwcu i głównie na skutek sezonowego, być może już nawet spadku cen żywności w ujęciu miesięcznym. Oczywiście z punktu widzenia Rady bardzo ważne będą też kolejne dane makro za maj oraz czerwcowa projekcja inflacji i PKB.

Po publikacji danych GUS, Mirosław Pietrewicz, jeden z członków RPP, w rozmowie z agencją informacyjną PAP, powiedział, że doniesienia te zwiększają pole do działania dla Rady, a decyzja o cięciu kosztu pieniądza mogłaby zapaść na czerwonym posiedzeniu.

Nasza waluta na przybliżające obniżkę stóp procentowych dane o inflacji zareagowała osłabieniem. O godz. 15:24 kurs EUR/PLN wynosił 4,5200 (+1,35%), a kurs USD/PLN był równy 3,2585 (+2,49%). O godz. 10:48 rano było to odpowiednio: +0,89% (4,4994) i +1,93% (3,2413).

Marek Nienałtowski
główny analityk
Money Expert S.A.

GUS podał dane o inflacji

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju wzrosły o 0,5 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca, natomiast w ujęciu rocznym inflacja wyniosła 3,6 proc. - podał Główny Urząd Statystyczny.
W poszczególnych grupach towarów i usług konsumpcyjnych odnotowano zróżnicowaną dynamikę cen. W kwietniu inflacja roczna wyniosła 4,0 proc. r/r.

Największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miał w tym okresie wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych (o 0,7 proc.) oraz podwyżki opłat związanych z transportem (o 1,2 proc.), które podniosły ten wskaźnik odpowiednio o 0,17 pkt proc. i 0,11 pkt proc. Resort finansów szacował majowy poziom wskaźnika CPI na 3,8 proc..


KOMENTARZ DO DANYCH GUS

Inflacja znów zaskakuje, tym razem jednak w dół

W poniedziałek, 15 czerwca, o godz. 14:00 Główny Urząd Statystyczny opublikował dane dotyczące majowej inflacji. Podobnie jak w kwietniu, zaskoczyły one rynek - tym jednak razem nie wyższym, a niższym od spodziewanego odczytem. W piątym miesiącu tego roku wskaźnik CPI w ujęciu rocznym wzrósł o 3,6%, a w ujęciu miesięcznym poszedł w górę o 0,5%. Na rynku średnio prognozowano inflację r/r na poziomie 3,7%-3,8%, a Ministerstwo Finansów w swoich szacunkach wskazywało na +3,8% r/r i +0,6% m/m.

W ujęciu rocznym największy wpływ na odczyt wskaźnika inflacji miał fakt 7,6% wzrostu opłat związanych z utrzymaniem mieszkania oraz 5,2% zwyżka cen żywności i napojów bezalkoholowych. Z kolei w ujęciu miesiąc do miesiąca przyczyniły się do tego przede wszystkim: 0,7% wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych oraz 1,2% zwyżka cen związanych z transportem.

Nie ma co ukrywać, że ponownie mamy do czynienia z niespodzianką, choć oczywiście wytłumaczalną. Po pierwsze należy pamiętać, że w minionym roku mieliśmy wysoką bazę (+4,4% r/r, +0,8% m/m po podwyżce cen gazu). Po drugie w maju bieżącego roku wzrost cen żywności wyniósł m/m 0,7% i był wyraźnie niższy niż w kwietniu (kiedy to wyniósł 1,7%) oraz mniejszy od wyniku spodziewanego przez resort finansów (1,4%).

Odczyt majowej inflacji był widocznie niższy niż w kwietniu (4,0%) i mimo to, że nadal znajdujemy się powyżej górnego ograniczenia celu inflacyjnego RPP (2,5% +/- 1%), to prawdopodobieństwo obniżki poziomu stóp procentowych na najbliższym posiedzeniu wyraźnie się zwiększyło. Jak na razie, wszystko bowiem wskazuje na to, że wskaźnik inflacji powróci do przedziału wahań wokół celu inflacyjnego już w czerwcu i głównie na skutek sezonowego, być może już nawet spadku cen żywności w ujęciu miesięcznym. Oczywiście z punktu widzenia Rady bardzo ważne będą też kolejne dane makro za maj oraz czerwcowa projekcja inflacji i PKB.

Po publikacji danych GUS, Mirosław Pietrewicz, jeden z członków RPP, w rozmowie z agencją informacyjną PAP, powiedział, że doniesienia te zwiększają pole do działania dla Rady, a decyzja o cięciu kosztu pieniądza mogłaby zapaść na czerwonym posiedzeniu.

Nasza waluta na przybliżające obniżkę stóp procentowych dane o inflacji zareagowała osłabieniem. O godz. 15:24 kurs EUR/PLN wynosił 4,5200 (+1,35%), a kurs USD/PLN był równy 3,2585 (+2,49%). O godz. 10:48 rano było to odpowiednio: +0,89% (4,4994) i +1,93% (3,2413).

Marek Nienałtowski
główny analityk
Money Expert S.A.

Instytucje finansowe reklamują się rzetelniej

Po licznych interwencjach Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie nierzetelnych reklam funduszy inwestycyjnych, czy lokat bankowych, instytucje finansowe rzadziej uciekają się do nieuczciwych, reklamowych trików - wynika z informacji Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF).
Zdaniem Katarzyny Bieli z biura prasowego UKNF, firmy działające na rynku finansowym coraz częściej stosują wydane przez Komisję kodeksy dobrych praktyk w reklamie produktów finansowych, mimo że nie mają one mocy wiążącej. W 2007 r. KNF wypowiedziała się na temat reklamy funduszy inwestycyjnych, a w 2008 r. w sprawie reklam banków i firm ubezpieczeniowych.

- Nie będziemy pisać scenariuszy reklam, ale uważamy, że klient powinien otrzymać w reklamie podstawowe informacje o produkcie. Nie może mieć zaburzonego obrazu tego produktu. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że reklamy produktów finansowych powinny być jak najbardziej rzetelne. Coraz więcej firm stara się stosować te zalecenia - powiedziała Biela.

Dodała, że w tym roku, w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych Komisja interweniowała 8 razy, a w całym poprzednim roku - 22 razy. - Podejmujemy kroki w reakcji na skargi konsumentów, ale także sami monitorujemy rynek - zaznaczyła.

Jak powiedziała Biela, liczba interwencji w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych jest ściśle powiązana z natężeniem prowadzonych kampanii reklamowych. W ubiegłym roku była to na przykład kampania reklamowa dotycząca lokat bankowych.

- W spotach często pojawiały się niejasne informacje o oprocentowaniu, o długości trwania lokaty, czy rozpoczęciu okresu odsetkowego. Musieliśmy interweniować - powiedziała Biela.

Wskazała, że w niektórych reklamach brakowało np. informacji o bardzo krótkim okresie obowiązywania promocyjnego oprocentowania lokaty, czy konieczności spełnienia dodatkowych warunków, aby można było skorzystać z promocji. Klienci musieli na przykład posiadać odpowiednio wysokie wpływy, aby obsługa rachunku była bezpłatna.

Urząd dodaje, że banki wprowadzały w błąd, informując na przykład o tym, iż wypłaty z bankomatów w Polsce i za granicą są bezpłatne. Pomijały natomiast informacje, że chodzi tylko o bankomaty konkretnego banku i jego partnerów. Zdarzały się reklamy, z których wynikało, że banki nie pobierają opłaty za wydanie karty do rachunku. Ukrywano jednak fakt pobierania comiesięcznej opłaty za użytkowanie karty.

Dochodziło także do przypadków nierzetelnego informowania o charakterze reklamowanej oferty. Reklamy podkreślały np. inwestycyjny charakter produktu i możliwość inwestowania w fundusze inwestycyjne, podczas gdy oferta była połączeniem rachunku bankowego z ubezpieczeniem na życie związanym z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym.

Jako przykład UKNF podaje reklamę PKO BP Gwarantowany Zysk, która mogła sugerować, że chodzi o typową lokatę bankową, a nie zbiorowe ubezpieczenie na życie, którym produkt był w rzeczywistości.

Z kolei ubezpieczyciele prezentowali w reklamach np. niskie składki OC odnoszące się do konkretnego przypadku, z pominięciem zastrzeżenia, że możliwość uzyskania ubezpieczenia w tak niskiej cenie obwarowana jest szeregiem bardzo rozbudowanych warunków.

- W 2007 r. mieliśmy natomiast do czynienia z bardzo agresywnymi reklamami reklamy funduszy inwestycyjnych. Był to okres boomu na rynku TFI - powiedziała Biela. Zaznaczyła, że działalność reklamową funduszy udało się uporządkować. Komisja musiała jednak wydać pod adresem TFI kilka zakazów dotyczących reklam, połączonych z nakazaniem ogłoszenia sprostowań.

Natomiast w tym roku UKNF zareagował na przykład na reklamę SKOK-ów Nie wińcie nas, nie jesteśmy bankiem. Według urzędu wprowadzała ona klientów w błąd. Dyskredytowała jednocześnie - w zakresie bezpieczeństwa zdeponowanych środków - konkurencyjną dla SKOK-ów działalność banków. Zdaniem UKNF taka praktyka może zaburzać prawidłowe funkcjonowanie rynku finansowego.

Ponieważ działalność SKOK nie podlega nadzorowi KNF, sprawę przekazano Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W ubiegłym tygodniu UOKiK poinformował, że wszczął postępowanie w tej sprawie.

Jak podaje Komisja, na stronie internetowej KNF znajduje się formularz, dzięki któremu każdy klient może poinformować o nierzetelnej reklamie.



  (PAP)
money.pl

Instytucje finansowe reklamują się rzetelniej

Po licznych interwencjach Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie nierzetelnych reklam funduszy inwestycyjnych, czy lokat bankowych, instytucje finansowe rzadziej uciekają się do nieuczciwych, reklamowych trików - wynika z informacji Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF).
Zdaniem Katarzyny Bieli z biura prasowego UKNF, firmy działające na rynku finansowym coraz częściej stosują wydane przez Komisję kodeksy dobrych praktyk w reklamie produktów finansowych, mimo że nie mają one mocy wiążącej. W 2007 r. KNF wypowiedziała się na temat reklamy funduszy inwestycyjnych, a w 2008 r. w sprawie reklam banków i firm ubezpieczeniowych.

- Nie będziemy pisać scenariuszy reklam, ale uważamy, że klient powinien otrzymać w reklamie podstawowe informacje o produkcie. Nie może mieć zaburzonego obrazu tego produktu. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że reklamy produktów finansowych powinny być jak najbardziej rzetelne. Coraz więcej firm stara się stosować te zalecenia - powiedziała Biela.

Dodała, że w tym roku, w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych Komisja interweniowała 8 razy, a w całym poprzednim roku - 22 razy. - Podejmujemy kroki w reakcji na skargi konsumentów, ale także sami monitorujemy rynek - zaznaczyła.

Jak powiedziała Biela, liczba interwencji w sprawie nierzetelnych reklam instytucji finansowych jest ściśle powiązana z natężeniem prowadzonych kampanii reklamowych. W ubiegłym roku była to na przykład kampania reklamowa dotycząca lokat bankowych.

- W spotach często pojawiały się niejasne informacje o oprocentowaniu, o długości trwania lokaty, czy rozpoczęciu okresu odsetkowego. Musieliśmy interweniować - powiedziała Biela.

Wskazała, że w niektórych reklamach brakowało np. informacji o bardzo krótkim okresie obowiązywania promocyjnego oprocentowania lokaty, czy konieczności spełnienia dodatkowych warunków, aby można było skorzystać z promocji. Klienci musieli na przykład posiadać odpowiednio wysokie wpływy, aby obsługa rachunku była bezpłatna.

Urząd dodaje, że banki wprowadzały w błąd, informując na przykład o tym, iż wypłaty z bankomatów w Polsce i za granicą są bezpłatne. Pomijały natomiast informacje, że chodzi tylko o bankomaty konkretnego banku i jego partnerów. Zdarzały się reklamy, z których wynikało, że banki nie pobierają opłaty za wydanie karty do rachunku. Ukrywano jednak fakt pobierania comiesięcznej opłaty za użytkowanie karty.

Dochodziło także do przypadków nierzetelnego informowania o charakterze reklamowanej oferty. Reklamy podkreślały np. inwestycyjny charakter produktu i możliwość inwestowania w fundusze inwestycyjne, podczas gdy oferta była połączeniem rachunku bankowego z ubezpieczeniem na życie związanym z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym.

Jako przykład UKNF podaje reklamę PKO BP Gwarantowany Zysk, która mogła sugerować, że chodzi o typową lokatę bankową, a nie zbiorowe ubezpieczenie na życie, którym produkt był w rzeczywistości.

Z kolei ubezpieczyciele prezentowali w reklamach np. niskie składki OC odnoszące się do konkretnego przypadku, z pominięciem zastrzeżenia, że możliwość uzyskania ubezpieczenia w tak niskiej cenie obwarowana jest szeregiem bardzo rozbudowanych warunków.

- W 2007 r. mieliśmy natomiast do czynienia z bardzo agresywnymi reklamami reklamy funduszy inwestycyjnych. Był to okres boomu na rynku TFI - powiedziała Biela. Zaznaczyła, że działalność reklamową funduszy udało się uporządkować. Komisja musiała jednak wydać pod adresem TFI kilka zakazów dotyczących reklam, połączonych z nakazaniem ogłoszenia sprostowań.

Natomiast w tym roku UKNF zareagował na przykład na reklamę SKOK-ów Nie wińcie nas, nie jesteśmy bankiem. Według urzędu wprowadzała ona klientów w błąd. Dyskredytowała jednocześnie - w zakresie bezpieczeństwa zdeponowanych środków - konkurencyjną dla SKOK-ów działalność banków. Zdaniem UKNF taka praktyka może zaburzać prawidłowe funkcjonowanie rynku finansowego.

Ponieważ działalność SKOK nie podlega nadzorowi KNF, sprawę przekazano Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W ubiegłym tygodniu UOKiK poinformował, że wszczął postępowanie w tej sprawie.

Jak podaje Komisja, na stronie internetowej KNF znajduje się formularz, dzięki któremu każdy klient może poinformować o nierzetelnej reklamie.



  (PAP)
money.pl

Kredyty w walutach obcych będą łatwiejsze w spłacie

Od 1 lipca będzie można zmienić warunki spłaty kredytu w obcych walutach. Jak informuje dziennik Polska tego dnia wchodzą w życie przepisy Komisji Nadzoru Finansowego, które pozwolą kredytobiorcom uniknąć wysokich kursów sprzedaży waluty stosowanych przez banki - tzw. spreadów.

W niektórych bankach widełki między kursem kupna a sprzedaży wynoszą aż 39 groszy.

- Klienci już teraz interesują się zapowiadanymi zmianami i kupują jednorazowo nawet po kilka tysięcy franków. Przyznają, że potrzebują pieniędzy na spłatę przyszłych rat kredytów hipotecznych - opowiada Polsce Jerzy Gidelski, który prowadzi kilka kantorów we Wrocławiu. Dodaje, że od kilku tygodni franki znikają z kantorów.

Gazeta wyjaśnia, że aby móc spłacać kredyt hipoteczny walutą kupioną w kantorze, kredytobiorca po 1 lipca będzie musiał się udać do banku i podpisać aneks do umowy. Taką decyzję będzie można podjąć tylko raz podczas całego okresu kredytowania. Dlatego trzeba dokładnie przemyśleć, czy operacja się opłaci.

money.pl

Kredyty w walutach obcych będą łatwiejsze w spłacie

Od 1 lipca będzie można zmienić warunki spłaty kredytu w obcych walutach. Jak informuje dziennik Polska tego dnia wchodzą w życie przepisy Komisji Nadzoru Finansowego, które pozwolą kredytobiorcom uniknąć wysokich kursów sprzedaży waluty stosowanych przez banki - tzw. spreadów.

W niektórych bankach widełki między kursem kupna a sprzedaży wynoszą aż 39 groszy.

- Klienci już teraz interesują się zapowiadanymi zmianami i kupują jednorazowo nawet po kilka tysięcy franków. Przyznają, że potrzebują pieniędzy na spłatę przyszłych rat kredytów hipotecznych - opowiada Polsce Jerzy Gidelski, który prowadzi kilka kantorów we Wrocławiu. Dodaje, że od kilku tygodni franki znikają z kantorów.

Gazeta wyjaśnia, że aby móc spłacać kredyt hipoteczny walutą kupioną w kantorze, kredytobiorca po 1 lipca będzie musiał się udać do banku i podpisać aneks do umowy. Taką decyzję będzie można podjąć tylko raz podczas całego okresu kredytowania. Dlatego trzeba dokładnie przemyśleć, czy operacja się opłaci.

money.pl

Spór w rządzie. Poszło o opcje walutowe

Platforma Obywatelska odrzuci trzy projekty: opozycji i koalicjanta w sprawie ustaw o opcjach walutowych. Taką deklarację złożył szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski.

Po debacie klub PO złoży wniosek o odrzucenie projektów w pierwszym czytaniu.

Chlebowski zaznaczył, że projekty ustaw zaproponowane przez te kluby są niezgodne z konstytucją, prawem unijnym i szkodliwe dla naszej gospodarki. Jego zdaniem kwestia opcji walutowych została już w większości rozwiązana.

W ocenie Chlebowskiego, różne zapatrywania na kwestię opcji walutowych PSL i PO nie zagraża stabilności koalicji. Zaznaczył, że w tej sprawie Platforma Obywatelska bierze pod uwagę argumenty merytoryczne, środowiska bankowego, a nie wyłącznie polityczne aspiracje.

Szef klubu parlamentarnego PO dodał, że rząd od początku nawoływał do szukania porozumienia między bankami a przedsiębiorcami, którzy na opcjach stracili. Jak podkreślił, prócz porozumienia, przedsiębiorcy mają możliwość dochodzenia swoich praw przed sądem.

W kwietniu sejmowa Komisja Ustawodawcza zdecydowała, że mimo zastrzeżeń co do poselskich projektów, są one dopuszczalne i można kontynuować prace nad nimi.

Polityk SLD Wojciech Olejniczak uważa, że rząd popełnił błąd. wstrzymując się do czasu wyborów od rozwiązania problemu opcji walutowych.

money.pl

Spór w rządzie. Poszło o opcje walutowe

Platforma Obywatelska odrzuci trzy projekty: opozycji i koalicjanta w sprawie ustaw o opcjach walutowych. Taką deklarację złożył szef klubu parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski.

Po debacie klub PO złoży wniosek o odrzucenie projektów w pierwszym czytaniu.

Chlebowski zaznaczył, że projekty ustaw zaproponowane przez te kluby są niezgodne z konstytucją, prawem unijnym i szkodliwe dla naszej gospodarki. Jego zdaniem kwestia opcji walutowych została już w większości rozwiązana.

W ocenie Chlebowskiego, różne zapatrywania na kwestię opcji walutowych PSL i PO nie zagraża stabilności koalicji. Zaznaczył, że w tej sprawie Platforma Obywatelska bierze pod uwagę argumenty merytoryczne, środowiska bankowego, a nie wyłącznie polityczne aspiracje.

Szef klubu parlamentarnego PO dodał, że rząd od początku nawoływał do szukania porozumienia między bankami a przedsiębiorcami, którzy na opcjach stracili. Jak podkreślił, prócz porozumienia, przedsiębiorcy mają możliwość dochodzenia swoich praw przed sądem.

W kwietniu sejmowa Komisja Ustawodawcza zdecydowała, że mimo zastrzeżeń co do poselskich projektów, są one dopuszczalne i można kontynuować prace nad nimi.

Polityk SLD Wojciech Olejniczak uważa, że rząd popełnił błąd. wstrzymując się do czasu wyborów od rozwiązania problemu opcji walutowych.

money.pl

Od niedzieli zarabiamy na siebie

W tym roku dzień wolności podatkowej przypada 14 czerwca. Niedziela jest dniem w którym możemy się wreszcie cieszyć wolnością podatkową bo przestajemy pracować na potrzeby rządu i zaczynamy pracować na siebie.
W ustawie budżetowej póki co obowiązującej w roku 2009 zaplanowano udział wszystkich wydatków sektora publicznego w PKB w wysokości 44,85 procent i taka właśnie cześć roku mija w najbliższą sobotę.

Niedziela 14 czerwca jest dniem w którym możemy się wreszcie cieszyć wolnością podatkowa bo przestajemy pracować na potrzeby rządu i zaczynamy pracować na siebie.

W porównaniu z zeszłym rokiem, nastąpiła symboliczna poprawa. W zeszłym roku DWP wypadał co prawda również 14 czerwca (zabierano nam 45,12 proc. PKB), ale mieliśmy do czynienia z rokiem przestępnym o większej ilości dni. Postęp ten jest efektem przyjęcia w ustawie budżetowej formalnie większego wzrostu PKB.

Andrzej Sadowski z Centrum im. A.Smitha uważa, obniżka PIT jest praktycznie nie odczuwalna.

Najdłużej pracowaliśmy na państwo w 1995 roku. Wtedy to dzień wolności podatkowej przypadł dopiero 6 lipca. Eksperci z Centrum im. Adama Smitha niechętnie przyznali, że widać poprawę.

money.pl

Od niedzieli zarabiamy na siebie

W tym roku dzień wolności podatkowej przypada 14 czerwca. Niedziela jest dniem w którym możemy się wreszcie cieszyć wolnością podatkową bo przestajemy pracować na potrzeby rządu i zaczynamy pracować na siebie.
W ustawie budżetowej póki co obowiązującej w roku 2009 zaplanowano udział wszystkich wydatków sektora publicznego w PKB w wysokości 44,85 procent i taka właśnie cześć roku mija w najbliższą sobotę.

Niedziela 14 czerwca jest dniem w którym możemy się wreszcie cieszyć wolnością podatkowa bo przestajemy pracować na potrzeby rządu i zaczynamy pracować na siebie.

W porównaniu z zeszłym rokiem, nastąpiła symboliczna poprawa. W zeszłym roku DWP wypadał co prawda również 14 czerwca (zabierano nam 45,12 proc. PKB), ale mieliśmy do czynienia z rokiem przestępnym o większej ilości dni. Postęp ten jest efektem przyjęcia w ustawie budżetowej formalnie większego wzrostu PKB.

Andrzej Sadowski z Centrum im. A.Smitha uważa, obniżka PIT jest praktycznie nie odczuwalna.

Najdłużej pracowaliśmy na państwo w 1995 roku. Wtedy to dzień wolności podatkowej przypadł dopiero 6 lipca. Eksperci z Centrum im. Adama Smitha niechętnie przyznali, że widać poprawę.

money.pl

Ronson dostanie kredyt na 55 mln złotych

Spółka zależna dewelopera mieszkaniowego Ronson Europe, Ronson Development Buildings, zawarła z PKO Bankiem Polskim umowę na 54,7 mln zł kredytu na projekt deweloperski Gemini I w Warszawie, a także podpisała aneks z tym bankiem do umowy z 2006 r., przesuwający termin spłaty 14,4 mln zł kredytu o blisko rok, do 30 czerwca 2010 roku.
W dniu 10 czerwca 2009r. spółka zależna Emitenta Ronson Development Buildings Sp. z o.o. zawarła z Bankiem PKO BP SA umowę kredytu dotyczącego finansowania kosztów budowy projektu mieszkaniowego w Warszawie o nazwie Gemini I. Kwota kredytu wynosi 54,7 mln zł a termin spłaty ostatniej raty został ustalony na 01.04.2011r. - głosi komunikat.

Ponadto spółka Ronson Development Buildings Sp. z o.o. zawarła aneks do umowy kredytu zawartej z Bankiem w dniu 04.07.2006r. dotyczącej refinansowania w kwocie 14,4 mln zł kosztów zakupu działek przeznaczonych pod budowę projektów Gemini I oraz Gemini II, zgodnie z którym termin spłaty został przesunięty z 01.08.2009r. na 30.06.2010r. - czytamy dalej.

We wrześniu ub. roku Ronson Development Buildings podpisał z Hochtief Polska umowę o wartości 65,45 mln zł netto dotyczącą wybudowania w ramach generalnego wykonawstwa budynku mieszkalno-usługowego z garażem podziemnym o nazwie 'Gemini' przy Al. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie. Zakończenie inwestycji planowano wówczas na lipiec 2010 roku.

Ronson Europe N.V. miał 2,56 mln zł skonsolidowanego zysku netto w I kw. 2009 roku wobec 1,54 mln zł zysku rok wcześniej. Skonsolidowane przychody wyniosły 15,16 mln zł wobec 12,69 mln zł rok wcześniej.
money.pl

Ronson dostanie kredyt na 55 mln złotych

Spółka zależna dewelopera mieszkaniowego Ronson Europe, Ronson Development Buildings, zawarła z PKO Bankiem Polskim umowę na 54,7 mln zł kredytu na projekt deweloperski Gemini I w Warszawie, a także podpisała aneks z tym bankiem do umowy z 2006 r., przesuwający termin spłaty 14,4 mln zł kredytu o blisko rok, do 30 czerwca 2010 roku.
W dniu 10 czerwca 2009r. spółka zależna Emitenta Ronson Development Buildings Sp. z o.o. zawarła z Bankiem PKO BP SA umowę kredytu dotyczącego finansowania kosztów budowy projektu mieszkaniowego w Warszawie o nazwie Gemini I. Kwota kredytu wynosi 54,7 mln zł a termin spłaty ostatniej raty został ustalony na 01.04.2011r. - głosi komunikat.

Ponadto spółka Ronson Development Buildings Sp. z o.o. zawarła aneks do umowy kredytu zawartej z Bankiem w dniu 04.07.2006r. dotyczącej refinansowania w kwocie 14,4 mln zł kosztów zakupu działek przeznaczonych pod budowę projektów Gemini I oraz Gemini II, zgodnie z którym termin spłaty został przesunięty z 01.08.2009r. na 30.06.2010r. - czytamy dalej.

We wrześniu ub. roku Ronson Development Buildings podpisał z Hochtief Polska umowę o wartości 65,45 mln zł netto dotyczącą wybudowania w ramach generalnego wykonawstwa budynku mieszkalno-usługowego z garażem podziemnym o nazwie 'Gemini' przy Al. Komisji Edukacji Narodowej w Warszawie. Zakończenie inwestycji planowano wówczas na lipiec 2010 roku.

Ronson Europe N.V. miał 2,56 mln zł skonsolidowanego zysku netto w I kw. 2009 roku wobec 1,54 mln zł zysku rok wcześniej. Skonsolidowane przychody wyniosły 15,16 mln zł wobec 12,69 mln zł rok wcześniej.
money.pl

Orco: 1,7 mld zł straty w 2008 roku

Orco Property Group miało po audycie 390,56 mln euro skonsolidowanego straty netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2008 roku wobec 13,40 mln euro zysku rok wcześniej.
Strata operacyjna na poziomie grupy wyniosła 386,77 mln euro wobec 177,10 mln euro zysku rok wcześniej.

Skonsolidowane przychody wyniosły 299,93 mln euro wobec 299,23 mln euro rok wcześniej.

We wcześniejszym raporcie kwartalnym podano, że wynik netto za cały rok wyniósł właśnie 390,56 mln euro.
money.pl

Orco: 1,7 mld zł straty w 2008 roku

Orco Property Group miało po audycie 390,56 mln euro skonsolidowanego straty netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2008 roku wobec 13,40 mln euro zysku rok wcześniej.
Strata operacyjna na poziomie grupy wyniosła 386,77 mln euro wobec 177,10 mln euro zysku rok wcześniej.

Skonsolidowane przychody wyniosły 299,93 mln euro wobec 299,23 mln euro rok wcześniej.

We wcześniejszym raporcie kwartalnym podano, że wynik netto za cały rok wyniósł właśnie 390,56 mln euro.
money.pl

Czym zaskoczą deweloperzy?

Wiosna jest najlepszym czasem na zmiany. Psychologowie coraz częściej zwracają uwagę na to, że ten okres, bardziej niż początek nowego roku, sprzyja realizacji naszych zamierzeń. Widać to także na rynku nieruchomości.
Wraz z nadejściem wiosny zwiększa się zainteresowanie mieszkaniami. Jednak już latem pojawiają się kłopoty ze sprzedażą lokali. Okres wakacyjny może być w tym roku wyjątkowo bolesny dla deweloperów. Od dłuższego już czasu zmagają się oni z zastojem na rynku wynikającym w głównej mierze z ograniczonej dostępności bankowego źródła finansowania. Teraz dojdzie do tego jeszcze sezonowe osłabienie popytu na deweloperskie mieszkania.

W ostatnim czasie sprzedaż mieszkań w głównej mierze możliwa była dzięki rządowemu programowi "Rodzina na swoim". Nowelizacja ustawy, która wprowadziła możliwość przystąpienia osób z najbliższej rodziny do umowy kredytu preferencyjnego oraz wzrost mnożnika (z 1,3 do 1,4) stosowanego do ustalenia limitu ceny rozszerzyła liczbę potencjalnych kredytobiorców, jak też liczbę ofert spełniających kryteria programu. Wielu deweloperów dostosowało ceny wybranych mieszkań do kryteriów rządowego programu, co dodatkowo zwiększyło ich podaż na rynku. Z informacji Banku Gospodarstwa Krajowego wynika, że w maju padł kolejny rekord sprzedaży preferencyjnych kredytów mieszkaniowych - udzielono 2858 kredytów z dopłatą na łączną kwotę ponad 511,8 mln zł, co stanowi ponad czterokrotny wzrost w porównaniu do danych z początku roku.

Podtrzymywanie sprzedaży poprzez program rządowy może być dobrym rozwiązaniem krótkoterminowym. Nie wiadomo jednak, jak długo dopłaty państwa do części oprocentowania kredytów mieszkaniowych będą realizowane.

Właściwie co miesiąc BGK informuje nas o kolejnym rekordzie udzielonych kredytów. Jednocześnie zapewnia, że nie ma możliwości, by zabrakło w tym roku na ten cel środków. Trudno jednak przewidzieć dalsze losy programu.

Segment deweloperski coraz bardziej zaznacza się na polskim rynku nieruchomości. Teraz co prawda jego aktywność, zwłaszcza w zakresie budownictwa mieszkaniowego, zmniejszyła się, ale jest to efekt ogólnych zawirowań na rynkach. Zainteresowanie mieszkaniami jest bardzo duże, więc deweloperom pozostaje stworzenie odpowiednich do potrzeb klientów nowych projektów i czekanie na ponowną chęć współpracy ze strony banków.

Czym skuszą deweloperzy w tym sezonie wakacyjnym? W poprzednich okresach stosowali różnego rodzaju dodatki - wyposażenie kuchni, garaż, samochód, wycieczka itd. Stało się to na tyle powszednie, że dziś nie robi już takiego wrażenia, jak na początku. Klientom zależy na zakupie dobrego mieszkania w przystępnej cenie, a nie na wachlarzu bonusów (choć niewątpliwie uatrakcyjniają one ofertę i pozwalają wyróżnić się na rynku). Deweloperzy starają się więc przyciągnąć klientów niższą ceną mieszkania. Okazuje się jednak, że takich lokali w atrakcyjnej cenie jest bardzo niewiele i pełnią raczej rolę magnesu przyciągającego do siedziby firmy. Może niektórzy deweloperzy zastosują podczas wakacyjnych miesięcy specjalne akcje promocyjne obejmujące nowe lokale? Katowicki deweloper podczas targów mieszkaniowych zastosował aromamarketing, a teraz podczas dni otwartych swojego osiedla postanowił połączyć je z mini targami aranżacyjnymi. Coraz częściej jesteśmy więc świadkami niestandardowych działań deweloperów. I nie ma w nich niczego złego, ale dla klienta najważniejsza jest cena mieszkania i o niej przede wszystkim należy pamiętać w strategii marketingowej.

Małgorzata Kędzierska

Analityk rynku nieruchomości Wynajem.pl

źródło informacji: Wynajem.pl

Czym zaskoczą deweloperzy?

Wiosna jest najlepszym czasem na zmiany. Psychologowie coraz częściej zwracają uwagę na to, że ten okres, bardziej niż początek nowego roku, sprzyja realizacji naszych zamierzeń. Widać to także na rynku nieruchomości.
Wraz z nadejściem wiosny zwiększa się zainteresowanie mieszkaniami. Jednak już latem pojawiają się kłopoty ze sprzedażą lokali. Okres wakacyjny może być w tym roku wyjątkowo bolesny dla deweloperów. Od dłuższego już czasu zmagają się oni z zastojem na rynku wynikającym w głównej mierze z ograniczonej dostępności bankowego źródła finansowania. Teraz dojdzie do tego jeszcze sezonowe osłabienie popytu na deweloperskie mieszkania.

W ostatnim czasie sprzedaż mieszkań w głównej mierze możliwa była dzięki rządowemu programowi "Rodzina na swoim". Nowelizacja ustawy, która wprowadziła możliwość przystąpienia osób z najbliższej rodziny do umowy kredytu preferencyjnego oraz wzrost mnożnika (z 1,3 do 1,4) stosowanego do ustalenia limitu ceny rozszerzyła liczbę potencjalnych kredytobiorców, jak też liczbę ofert spełniających kryteria programu. Wielu deweloperów dostosowało ceny wybranych mieszkań do kryteriów rządowego programu, co dodatkowo zwiększyło ich podaż na rynku. Z informacji Banku Gospodarstwa Krajowego wynika, że w maju padł kolejny rekord sprzedaży preferencyjnych kredytów mieszkaniowych - udzielono 2858 kredytów z dopłatą na łączną kwotę ponad 511,8 mln zł, co stanowi ponad czterokrotny wzrost w porównaniu do danych z początku roku.

Podtrzymywanie sprzedaży poprzez program rządowy może być dobrym rozwiązaniem krótkoterminowym. Nie wiadomo jednak, jak długo dopłaty państwa do części oprocentowania kredytów mieszkaniowych będą realizowane.

Właściwie co miesiąc BGK informuje nas o kolejnym rekordzie udzielonych kredytów. Jednocześnie zapewnia, że nie ma możliwości, by zabrakło w tym roku na ten cel środków. Trudno jednak przewidzieć dalsze losy programu.

Segment deweloperski coraz bardziej zaznacza się na polskim rynku nieruchomości. Teraz co prawda jego aktywność, zwłaszcza w zakresie budownictwa mieszkaniowego, zmniejszyła się, ale jest to efekt ogólnych zawirowań na rynkach. Zainteresowanie mieszkaniami jest bardzo duże, więc deweloperom pozostaje stworzenie odpowiednich do potrzeb klientów nowych projektów i czekanie na ponowną chęć współpracy ze strony banków.

Czym skuszą deweloperzy w tym sezonie wakacyjnym? W poprzednich okresach stosowali różnego rodzaju dodatki - wyposażenie kuchni, garaż, samochód, wycieczka itd. Stało się to na tyle powszednie, że dziś nie robi już takiego wrażenia, jak na początku. Klientom zależy na zakupie dobrego mieszkania w przystępnej cenie, a nie na wachlarzu bonusów (choć niewątpliwie uatrakcyjniają one ofertę i pozwalają wyróżnić się na rynku). Deweloperzy starają się więc przyciągnąć klientów niższą ceną mieszkania. Okazuje się jednak, że takich lokali w atrakcyjnej cenie jest bardzo niewiele i pełnią raczej rolę magnesu przyciągającego do siedziby firmy. Może niektórzy deweloperzy zastosują podczas wakacyjnych miesięcy specjalne akcje promocyjne obejmujące nowe lokale? Katowicki deweloper podczas targów mieszkaniowych zastosował aromamarketing, a teraz podczas dni otwartych swojego osiedla postanowił połączyć je z mini targami aranżacyjnymi. Coraz częściej jesteśmy więc świadkami niestandardowych działań deweloperów. I nie ma w nich niczego złego, ale dla klienta najważniejsza jest cena mieszkania i o niej przede wszystkim należy pamiętać w strategii marketingowej.

Małgorzata Kędzierska

Analityk rynku nieruchomości Wynajem.pl

źródło informacji: Wynajem.pl

Nie wyrzucisz baterii do śmieci

Koniec z samowolą (i dobrą, proekologiczną wolą) w świecie baterii i akumulatorów. Dziś wchodzi w życie ustawa, która wymaga, by zużyte ogniwa oddać w sklepie, w którym zakupiło się nowe lub do specjalnego punktu zbiórki. Konsekwencje wyrzucenia baterii do kosza, będą nas słono kosztować.
Recykling baterii i akumulatorów jest konieczny. Wyrzucanie ich do kosza ma ogromne konsekwencje zarówno dla środowiska, jak i dla naszego zdrowia. Co roku w Polsce sprzedaje się ok. 300 mln baterii.

Wszystkie one zawierają metale ciężkie, takie jak ołów, kadm, nikiel, cynk i rtęć, a także substancje szkodliwe – lid i mangan.   Zdatność do użycia jest różna, w zależności od typu baterii. Najkrótszą mają baterie cynkowo – węglowe, ponieważ wynosi ona od 1 roku do ok. 4 lat, baterie alkaiczne można przechowywać od 4 do nawet 8 lat, a baterie litowe (zgodnie z zapewnieniami producentów) można przechowywać nawet 15 lat. 90 proc. kupowanych w Polsce baterii, to wciąż baterie jednorazowe! Które zwykle zaraz po wyczerpaniu – wyrzucamy. Nie zawsze w przeznaczonych do tego miejscach.  

Od dziś za wyrzucenie baterii na śmietnik grozi nam mandat w wysokości nawet do 5 tys. złotych. Natomiast dla firm, zajmujących się handlem bateriami i akumulatorami – kara wynosić może nawet 100 tys. złotych. Każdy sklep, w którym możemy zakupić baterie ma obowiązek bezpłatnie przyjąć od nas zużyte już baterie. Dodatkowo, w każdej gminie mają zostać stworzone specjalne punkty zbiórek.   Firmy produkujące baterie zostaną obciążone pełnymi kosztami recyklingu. Ustawa określa także zawartość rtęci oraz kadmu w ogniwach. Przekroczenie norm również wiązać się będzie z konsekwencjami finansowymi.
Od 1 tys. do 100 tys. złotych zapłacą tez firmy, które wcześniej wprowadziły na rynek baterie i akumulatory nie spełniające obecnych norm i nie wycofały ich ze sprzedaży.   Dlaczego to takie ważne? Ołów, kadm i rtęć są metalami niezwykle szkodliwymi dla człowieka. Ołów  nie tylko niszczy środowisko, wpływa też trująco na wszystkie ludzkie komórki i narządy. Kadm jest bardzo toksyczny – powoduje anemię i choroby kostne, natomiast rtęć jest związkiem trującym!  

Baterii nie trzeba pojedynczo odnosić do sklepu. Można przeznaczyć na nie osobny pojemnik w domu i regularnie odnosić do sklepu lub specjalnie wyznaczonych miejsc zbiórki. Pamiętajmy również, że baterie oraz akumulatory często są częściami innych urządzeń (zabawek itp.). Jeśli takiej baterii nie można wyjąć z urządzenia, całe ono w procesie utylizacji traktowane jest jako substancja szkodliwa.   Jeśli nie zdrowy rozsądek, to może przynajmniej poważne konsekwencje finansowe sprawią, że zaczniemy gospodarować bateriami tak, by samych siebie nie narażać na poważne zagrożenie zdrowotne.  

(es)
dom.wp

Nie wyrzucisz baterii do śmieci

Koniec z samowolą (i dobrą, proekologiczną wolą) w świecie baterii i akumulatorów. Dziś wchodzi w życie ustawa, która wymaga, by zużyte ogniwa oddać w sklepie, w którym zakupiło się nowe lub do specjalnego punktu zbiórki. Konsekwencje wyrzucenia baterii do kosza, będą nas słono kosztować.
Recykling baterii i akumulatorów jest konieczny. Wyrzucanie ich do kosza ma ogromne konsekwencje zarówno dla środowiska, jak i dla naszego zdrowia. Co roku w Polsce sprzedaje się ok. 300 mln baterii.

Wszystkie one zawierają metale ciężkie, takie jak ołów, kadm, nikiel, cynk i rtęć, a także substancje szkodliwe – lid i mangan.   Zdatność do użycia jest różna, w zależności od typu baterii. Najkrótszą mają baterie cynkowo – węglowe, ponieważ wynosi ona od 1 roku do ok. 4 lat, baterie alkaiczne można przechowywać od 4 do nawet 8 lat, a baterie litowe (zgodnie z zapewnieniami producentów) można przechowywać nawet 15 lat. 90 proc. kupowanych w Polsce baterii, to wciąż baterie jednorazowe! Które zwykle zaraz po wyczerpaniu – wyrzucamy. Nie zawsze w przeznaczonych do tego miejscach.  

Od dziś za wyrzucenie baterii na śmietnik grozi nam mandat w wysokości nawet do 5 tys. złotych. Natomiast dla firm, zajmujących się handlem bateriami i akumulatorami – kara wynosić może nawet 100 tys. złotych. Każdy sklep, w którym możemy zakupić baterie ma obowiązek bezpłatnie przyjąć od nas zużyte już baterie. Dodatkowo, w każdej gminie mają zostać stworzone specjalne punkty zbiórek.   Firmy produkujące baterie zostaną obciążone pełnymi kosztami recyklingu. Ustawa określa także zawartość rtęci oraz kadmu w ogniwach. Przekroczenie norm również wiązać się będzie z konsekwencjami finansowymi.
Od 1 tys. do 100 tys. złotych zapłacą tez firmy, które wcześniej wprowadziły na rynek baterie i akumulatory nie spełniające obecnych norm i nie wycofały ich ze sprzedaży.   Dlaczego to takie ważne? Ołów, kadm i rtęć są metalami niezwykle szkodliwymi dla człowieka. Ołów  nie tylko niszczy środowisko, wpływa też trująco na wszystkie ludzkie komórki i narządy. Kadm jest bardzo toksyczny – powoduje anemię i choroby kostne, natomiast rtęć jest związkiem trującym!  

Baterii nie trzeba pojedynczo odnosić do sklepu. Można przeznaczyć na nie osobny pojemnik w domu i regularnie odnosić do sklepu lub specjalnie wyznaczonych miejsc zbiórki. Pamiętajmy również, że baterie oraz akumulatory często są częściami innych urządzeń (zabawek itp.). Jeśli takiej baterii nie można wyjąć z urządzenia, całe ono w procesie utylizacji traktowane jest jako substancja szkodliwa.   Jeśli nie zdrowy rozsądek, to może przynajmniej poważne konsekwencje finansowe sprawią, że zaczniemy gospodarować bateriami tak, by samych siebie nie narażać na poważne zagrożenie zdrowotne.  

(es)
dom.wp

Suma dopłat 100 tys. zł

Brak precyzji programu kredytowego "Rodzina na swoim" umożliwia zarówno bankom, jak i klientom wykorzystywanie go w sposób patologiczny. Mimo to - a może właśnie dlatego - jego popularność rośnie.

Rządowy program dopłat do odsetek kredytów hipotecznych cieszy się coraz większym wzięciem. Wartość kredytów udzielanych w jego ramach od początku roku przekroczyła już miliard złotych. Program w założeniach przeznaczony był dla osób, które w chwili wnioskowania o kredyt nie posiadają prawa własności domu jednorodzinnego lub lokalu mieszkalnego w budynku wielorodzinnym.

Przez pierwszych osiem lat połowa odsetek pokrywana jest z budżetu państwa, a suma tych dopłat może osiągnąć nawet 100 tys. zł. Takie preferencyjne kredyty mogą uzyskać małżonkowie, osoby samotnie wychowujące przynajmniej jedno małoletnie dziecko lub dziecko, bez względu na jego wiek, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny oraz osoby wychowujące dziecko uczące się w szkołach do ukończenia przez nie 25. roku życia. W założeniach program miał ponadto wspomóc rynek budownictwa mieszkaniowego. Z danych statystycznych wynika jednak, że jego wpływ był znikomy. Niestety, rzeczywistość nie okazała się różowa - program zdradził wiele usterek. Przede wszystkim jeśli chodzi o warunki dostępności kredytów z dopłatą.

Mieszkania dostępne w tym programie muszą mieć powierzchnię mniejszą niż 75 m kw. i kosztować nie więcej niż ustalona przez państwo suma.

W praktyce poważnie ograniczyło to możliwości wyboru mieszkania - rosnące szybko jeszcze do niedawna ceny mieszkań za nic miały limity cenowe ustalone przez ustawodawcę. Co więcej, choć program miał być skierowany przede wszystkim do osób "na dorobku", nie legitymujących się najwyższymi dochodami, musiały one jednak spełniać bankowe kryteria zdolności kredytowej. Te zaś faktycznie ograniczyły możliwość otrzymania preferencyjnego kredytu np. do rodzin, w których oboje małżonkowie zarabiają znacznie powyżej średniej krajowej. To limit niedostępny dla większości osób, które poszukują niskich marż.

Nieścisłość przepisów spowodowała też, że nie ograniczono możliwości wyłudzania z budżetu państwa pieniędzy przez ludzi de facto najbogatszych. Brak prawa własności domu czy mieszkania został ograniczony u ubiegającego się o kredyt do dnia podpisania umowy kredytowej z bankiem. Można to łatwo ominąć, przekazując czasowo posiadane nieruchomości np. członkom najbliższej rodziny. Po uzyskaniu kredytu można już być właścicielem nawet kilku nieruchomości - dzięki korzystnemu kredytowi może to być nawet dobry sposób zarabiania na rynku mieszkaniowym. Z kolei konkubenci mogą osobno ubiegać się o kredyt w ramach programu, co stwarza im szansę na podwojenie sumy rządowych dopłat - w ten sposób rodzina może teoretycznie uzyskać od państwa łącznie nawet 200 tys. zł.

Na programie "Rodzina na swoim" potrafią dodatkowo zarabiać również banki. Niektóre z nich - co już zakrawa na absurd - oferowały niższe marże przy zwykłych kredytach, kredyty preferencyjne obciążając dodatkowymi opłatami - tak robił np. do niedawna DomBank, zanim zrównał stawki. Dopóki kredyty w tym programie oferuje tylko dziewięć banków (PKO BP, Gospodarczy Bank Wielkopolski wraz z bankami zrzeszonymi, Bank Polskiej Spółdzielczości i banki zrzeszone, Bank Pocztowy, Pekao, Mazowiecki Bank Regionalny i banki zrzeszone, Alior Bank, Getin Bank Dom Bank Hipoteczny i Pekao Bank Hipoteczny) niewielka konkurencja nie sprzyja urynkowieniu opłat.

Skąd te niepożądane efekty?

- Kwestia wymogów dochodowych jest związana z oceną zdolności kredytowej przez banki - tłumaczy Karol Wilczko z Comperia.pl. - Banki po prostu nie stosują innych kryteriów dla kredytu z dopłatą przy liczeniu zdolności kredytowej. A kryteria oceny zdolności zostały w ostatnim czasie zmienione. Banki nie biorą pod uwagę tego, że przez 8 lat klient będzie płacił niższą ratę - po prostu ma go być stać na spłatę również tej raty, która będzie obowiązywać po okresie 8 lat. Ten fakt wynika po prostu z ogólnej sytuacji banków, które mają problem z finansowaniem akcji kredytowej i gorzej oceniają perspektywy gospodarcze dla naszego kraju. W związku z tym podnoszą marże w ofertach tradycyjnych kredytów hipotecznych.

Podwyżki nie omijają również kredytów hipotecznych z dopłatą rządową, pomimo że kredyt ten jest de facto dla banku mniej ryzykowny, przynajmniej przez pierwsze 8 lat. Kredyt z dopłatą może okazać się droższy od tradycyjnego kredytu dostępnego w innych bankach w całym okresie kredytowania, np. w ofercie DomBanku czy Alior Banku, a nawet Pekao, gdzie marże są na poziomie od 3 do 6 pkt. proc. (np. w tym samym czasie kredyt w BZ WBK z marżą 1,35 pkt. proc. nawet bez dopłaty będzie tańszy niż wspomniane kredyty nawet po uwzględnieniu dopłaty). Są oczywiście na rynku również oferty, które dzięki dopłacie są w ogóle najtańsze na rynku, np. oferta Pekao Bank Hipoteczny z marżą 1,45 pkt. proc. sprawia, że realne oprocentowanie kredytu po uwzględnieniu dopłaty jest rzeczywiście niskie.

- Co do warunku dotyczącego braku nieruchomości posiadanej na własność, to oczywiście może zostać on pod pewnymi warunkami przeskoczony - przyznaje Karol Wilczko. - Ale to jest zawsze wynik pewnych działań ze strony państwa. Kluczem jest pytanie, czy w ogóle państwo powinno na taką skalę pomagać. Wszędzie, gdzie istnieje program pomocy ze strony państwa, pojawiają się możliwości nadużyć - tak samo jest z dopłatami z UE, z gwarancjami rządowymi itd. Tak już jest i nie znam rozwiązań, które całkowicie eliminowałyby to ryzyko. To jest wpisane w kwestię pomocy państwowej - w takim przypadku należy się zastanawiać, czy z tego punktu widzenia programy rządowe niosą więcej korzyści czy szkody.

gazetabankowa/interia.pl

Suma dopłat 100 tys. zł

Brak precyzji programu kredytowego "Rodzina na swoim" umożliwia zarówno bankom, jak i klientom wykorzystywanie go w sposób patologiczny. Mimo to - a może właśnie dlatego - jego popularność rośnie.

Rządowy program dopłat do odsetek kredytów hipotecznych cieszy się coraz większym wzięciem. Wartość kredytów udzielanych w jego ramach od początku roku przekroczyła już miliard złotych. Program w założeniach przeznaczony był dla osób, które w chwili wnioskowania o kredyt nie posiadają prawa własności domu jednorodzinnego lub lokalu mieszkalnego w budynku wielorodzinnym.

Przez pierwszych osiem lat połowa odsetek pokrywana jest z budżetu państwa, a suma tych dopłat może osiągnąć nawet 100 tys. zł. Takie preferencyjne kredyty mogą uzyskać małżonkowie, osoby samotnie wychowujące przynajmniej jedno małoletnie dziecko lub dziecko, bez względu na jego wiek, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny oraz osoby wychowujące dziecko uczące się w szkołach do ukończenia przez nie 25. roku życia. W założeniach program miał ponadto wspomóc rynek budownictwa mieszkaniowego. Z danych statystycznych wynika jednak, że jego wpływ był znikomy. Niestety, rzeczywistość nie okazała się różowa - program zdradził wiele usterek. Przede wszystkim jeśli chodzi o warunki dostępności kredytów z dopłatą.

Mieszkania dostępne w tym programie muszą mieć powierzchnię mniejszą niż 75 m kw. i kosztować nie więcej niż ustalona przez państwo suma.

W praktyce poważnie ograniczyło to możliwości wyboru mieszkania - rosnące szybko jeszcze do niedawna ceny mieszkań za nic miały limity cenowe ustalone przez ustawodawcę. Co więcej, choć program miał być skierowany przede wszystkim do osób "na dorobku", nie legitymujących się najwyższymi dochodami, musiały one jednak spełniać bankowe kryteria zdolności kredytowej. Te zaś faktycznie ograniczyły możliwość otrzymania preferencyjnego kredytu np. do rodzin, w których oboje małżonkowie zarabiają znacznie powyżej średniej krajowej. To limit niedostępny dla większości osób, które poszukują niskich marż.

Nieścisłość przepisów spowodowała też, że nie ograniczono możliwości wyłudzania z budżetu państwa pieniędzy przez ludzi de facto najbogatszych. Brak prawa własności domu czy mieszkania został ograniczony u ubiegającego się o kredyt do dnia podpisania umowy kredytowej z bankiem. Można to łatwo ominąć, przekazując czasowo posiadane nieruchomości np. członkom najbliższej rodziny. Po uzyskaniu kredytu można już być właścicielem nawet kilku nieruchomości - dzięki korzystnemu kredytowi może to być nawet dobry sposób zarabiania na rynku mieszkaniowym. Z kolei konkubenci mogą osobno ubiegać się o kredyt w ramach programu, co stwarza im szansę na podwojenie sumy rządowych dopłat - w ten sposób rodzina może teoretycznie uzyskać od państwa łącznie nawet 200 tys. zł.

Na programie "Rodzina na swoim" potrafią dodatkowo zarabiać również banki. Niektóre z nich - co już zakrawa na absurd - oferowały niższe marże przy zwykłych kredytach, kredyty preferencyjne obciążając dodatkowymi opłatami - tak robił np. do niedawna DomBank, zanim zrównał stawki. Dopóki kredyty w tym programie oferuje tylko dziewięć banków (PKO BP, Gospodarczy Bank Wielkopolski wraz z bankami zrzeszonymi, Bank Polskiej Spółdzielczości i banki zrzeszone, Bank Pocztowy, Pekao, Mazowiecki Bank Regionalny i banki zrzeszone, Alior Bank, Getin Bank Dom Bank Hipoteczny i Pekao Bank Hipoteczny) niewielka konkurencja nie sprzyja urynkowieniu opłat.

Skąd te niepożądane efekty?

- Kwestia wymogów dochodowych jest związana z oceną zdolności kredytowej przez banki - tłumaczy Karol Wilczko z Comperia.pl. - Banki po prostu nie stosują innych kryteriów dla kredytu z dopłatą przy liczeniu zdolności kredytowej. A kryteria oceny zdolności zostały w ostatnim czasie zmienione. Banki nie biorą pod uwagę tego, że przez 8 lat klient będzie płacił niższą ratę - po prostu ma go być stać na spłatę również tej raty, która będzie obowiązywać po okresie 8 lat. Ten fakt wynika po prostu z ogólnej sytuacji banków, które mają problem z finansowaniem akcji kredytowej i gorzej oceniają perspektywy gospodarcze dla naszego kraju. W związku z tym podnoszą marże w ofertach tradycyjnych kredytów hipotecznych.

Podwyżki nie omijają również kredytów hipotecznych z dopłatą rządową, pomimo że kredyt ten jest de facto dla banku mniej ryzykowny, przynajmniej przez pierwsze 8 lat. Kredyt z dopłatą może okazać się droższy od tradycyjnego kredytu dostępnego w innych bankach w całym okresie kredytowania, np. w ofercie DomBanku czy Alior Banku, a nawet Pekao, gdzie marże są na poziomie od 3 do 6 pkt. proc. (np. w tym samym czasie kredyt w BZ WBK z marżą 1,35 pkt. proc. nawet bez dopłaty będzie tańszy niż wspomniane kredyty nawet po uwzględnieniu dopłaty). Są oczywiście na rynku również oferty, które dzięki dopłacie są w ogóle najtańsze na rynku, np. oferta Pekao Bank Hipoteczny z marżą 1,45 pkt. proc. sprawia, że realne oprocentowanie kredytu po uwzględnieniu dopłaty jest rzeczywiście niskie.

- Co do warunku dotyczącego braku nieruchomości posiadanej na własność, to oczywiście może zostać on pod pewnymi warunkami przeskoczony - przyznaje Karol Wilczko. - Ale to jest zawsze wynik pewnych działań ze strony państwa. Kluczem jest pytanie, czy w ogóle państwo powinno na taką skalę pomagać. Wszędzie, gdzie istnieje program pomocy ze strony państwa, pojawiają się możliwości nadużyć - tak samo jest z dopłatami z UE, z gwarancjami rządowymi itd. Tak już jest i nie znam rozwiązań, które całkowicie eliminowałyby to ryzyko. To jest wpisane w kwestię pomocy państwowej - w takim przypadku należy się zastanawiać, czy z tego punktu widzenia programy rządowe niosą więcej korzyści czy szkody.

gazetabankowa/interia.pl

Milin - pnącze z trąbkami

Milin amerykański przywędrował do Europy z Ameryki Północnej w XVII wieku. Roślina tak zadomowiła się w naszym kraju, że oznaczono również jej specjalną odmianę zwaną „Ursynów”.
Milin amerykański (łac. Campsis radicans) jest pnączem, które charakteryzuje się bardzo szybkim przyrostem i osiąga od sześciu do nawet dziesięciu metrów wysokości. Roślina „wspina się” dzięki czepnym korzeniom powietrznym i lekko wijącym się pędom. Młode pędy milina amerykańskiego posiadają barwę zieloną. Z czasem pędy drewnieją i pokrywają się jasnobrązową korą, która charakteryzuje się dość łatwym łuszczeniem. Stare rośliny mogą mieć u podstawy pędy, których średnica osiąga nawet kilkanaście centymetrów.

Intensywny wzrost rośliny zaczyna się dopiero w maju, dzięki czemu jej młode pędy nie są narażone na przymrozki. Liście rośliny mogą osiągać nawet czterdzieści centymetrów długości. Wiosną i latem mają barwę zieloną, następnie jesienią przebarwiają się na żółto, by opaść wraz z przyjściem zimy.

Jednak główną cechą, która przyczyniła się do popularności tej rośliny są jej niezwykle dekoracyjne kwiaty w kształcie trąby. W zależności od odmiany mogą mieć one barwę czerwoną, pomarańczową lub żółtą. Rozwijają się od lipca do września osiągając przy tym długość od sześciu do dziesięciu centymetrów i średnicę do pięciu centymetrów.

Roślina zawiązuje owoce w kształcie zwisających torebek o długości od 10 do 20 cm, które pękają po dojrzeniu i rozsiewają nasiona. Jako, że nie są one szczególnie ozdobne zaleca się ich usuwanie. Dzięki temu zapewnimy roślinie dłuższe (bo aż do jesieni) i bardziej obfite kwitnienie. Jak ciekawostkę można podać fakt, że w Stanach Zjednoczonych milin uprawiany jest przede wszystkim dlatego, że jego nektar przyciąga kolibry.
Milin amerykański nie ma szczególnych wymagań glebowych, jednak wymaga stanowiska słonecznego i ciepłego. Najlepiej rośnie na glebach przepuszczalnych o odczynie pH obojętnym, lekko kwaśnym lub lekko zasadowym (o odczynie pH od 5,5 do 7,5).

Roślina idealnie nadaje się do pokrywania ścian budynków, jak również ogrodzeń, pergoli, altan i innego typu obiektów. Warto podkreślić, że roślina jest praktycznie odporna na większość szkodników i chorób. Niestety należy pamiętać również, że wszystkie jej części są lekko toksyczne, co może powodować przy kontakcie podrażnienia u osób uczulonych.

Jak już wcześniej wspominano, kolor kwiatów zależy od zastosowanej odmiany. Można spotkać również odmiany łączone, jednak – by uzyskać określony efekt – najlepiej sadzić te oznaczone.

Pierwszą i jedną z najpopularniejszych odmian tej rośliny jest „Flamenco”. Odmiana ta posiada duże kwiaty o barwie intensywnej czerwieni. Jej okres kwitnienia rozpoczyna się lipcu, a kończy we wrześniu.
dom.wp

Milin - pnącze z trąbkami

Milin amerykański przywędrował do Europy z Ameryki Północnej w XVII wieku. Roślina tak zadomowiła się w naszym kraju, że oznaczono również jej specjalną odmianę zwaną „Ursynów”.
Milin amerykański (łac. Campsis radicans) jest pnączem, które charakteryzuje się bardzo szybkim przyrostem i osiąga od sześciu do nawet dziesięciu metrów wysokości. Roślina „wspina się” dzięki czepnym korzeniom powietrznym i lekko wijącym się pędom. Młode pędy milina amerykańskiego posiadają barwę zieloną. Z czasem pędy drewnieją i pokrywają się jasnobrązową korą, która charakteryzuje się dość łatwym łuszczeniem. Stare rośliny mogą mieć u podstawy pędy, których średnica osiąga nawet kilkanaście centymetrów.

Intensywny wzrost rośliny zaczyna się dopiero w maju, dzięki czemu jej młode pędy nie są narażone na przymrozki. Liście rośliny mogą osiągać nawet czterdzieści centymetrów długości. Wiosną i latem mają barwę zieloną, następnie jesienią przebarwiają się na żółto, by opaść wraz z przyjściem zimy.

Jednak główną cechą, która przyczyniła się do popularności tej rośliny są jej niezwykle dekoracyjne kwiaty w kształcie trąby. W zależności od odmiany mogą mieć one barwę czerwoną, pomarańczową lub żółtą. Rozwijają się od lipca do września osiągając przy tym długość od sześciu do dziesięciu centymetrów i średnicę do pięciu centymetrów.

Roślina zawiązuje owoce w kształcie zwisających torebek o długości od 10 do 20 cm, które pękają po dojrzeniu i rozsiewają nasiona. Jako, że nie są one szczególnie ozdobne zaleca się ich usuwanie. Dzięki temu zapewnimy roślinie dłuższe (bo aż do jesieni) i bardziej obfite kwitnienie. Jak ciekawostkę można podać fakt, że w Stanach Zjednoczonych milin uprawiany jest przede wszystkim dlatego, że jego nektar przyciąga kolibry.
Milin amerykański nie ma szczególnych wymagań glebowych, jednak wymaga stanowiska słonecznego i ciepłego. Najlepiej rośnie na glebach przepuszczalnych o odczynie pH obojętnym, lekko kwaśnym lub lekko zasadowym (o odczynie pH od 5,5 do 7,5).

Roślina idealnie nadaje się do pokrywania ścian budynków, jak również ogrodzeń, pergoli, altan i innego typu obiektów. Warto podkreślić, że roślina jest praktycznie odporna na większość szkodników i chorób. Niestety należy pamiętać również, że wszystkie jej części są lekko toksyczne, co może powodować przy kontakcie podrażnienia u osób uczulonych.

Jak już wcześniej wspominano, kolor kwiatów zależy od zastosowanej odmiany. Można spotkać również odmiany łączone, jednak – by uzyskać określony efekt – najlepiej sadzić te oznaczone.

Pierwszą i jedną z najpopularniejszych odmian tej rośliny jest „Flamenco”. Odmiana ta posiada duże kwiaty o barwie intensywnej czerwieni. Jej okres kwitnienia rozpoczyna się lipcu, a kończy we wrześniu.
dom.wp

1000% podwyżki za użytkowanie wieczyste?

Na początku roku wrocławski magistrat podwyższył niektóre opłaty za użytkowanie wieczyste gruntów nawet o 1000% - informuje "Polska - The Times. Gazeta Wrocławska".
Urzędnicy powoływali się na wyceny gruntów, sporządzone przez rzeczoznawców. Uznali oni, że ziemie na Maślicach czy Psim Polu są dziś warte aż 10 razy więcej niż kilka lat temu, gdy ustalano poprzednie stawki opłat.
Ludzie zasypali skargami Samorządowe Kolegium Odwoławcze - od początku roku wpłynęło ich ponad 1000. Część wywalczyła niższe opłaty.

Wrocławianie mówią, że wyceny pochodziły z czasów boomu budowlanego, kiedy nieruchomości miały wywindowaną wartość, a rzeczoznawcy nie brali pod uwagę uciążliwości, a jedynie udogodnienia.

Marcin Urban, skarbnik miejski, zapewnia, że nowe stawki na pewno będą naliczone rzetelnie i z uwzględnieniem rzeczywistych cen na rynku nieruchomości. W tym roku urzędnicy planują przesłać aktualizację opłat za użytkowanie gruntu kolejnym 15 tysiącom wrocławian.

Więcej w dzienniku "Polska - The Times. Gazeta Wrocławska"
onet.pl

1000% podwyżki za użytkowanie wieczyste?

Na początku roku wrocławski magistrat podwyższył niektóre opłaty za użytkowanie wieczyste gruntów nawet o 1000% - informuje "Polska - The Times. Gazeta Wrocławska".
Urzędnicy powoływali się na wyceny gruntów, sporządzone przez rzeczoznawców. Uznali oni, że ziemie na Maślicach czy Psim Polu są dziś warte aż 10 razy więcej niż kilka lat temu, gdy ustalano poprzednie stawki opłat.
Ludzie zasypali skargami Samorządowe Kolegium Odwoławcze - od początku roku wpłynęło ich ponad 1000. Część wywalczyła niższe opłaty.

Wrocławianie mówią, że wyceny pochodziły z czasów boomu budowlanego, kiedy nieruchomości miały wywindowaną wartość, a rzeczoznawcy nie brali pod uwagę uciążliwości, a jedynie udogodnienia.

Marcin Urban, skarbnik miejski, zapewnia, że nowe stawki na pewno będą naliczone rzetelnie i z uwzględnieniem rzeczywistych cen na rynku nieruchomości. W tym roku urzędnicy planują przesłać aktualizację opłat za użytkowanie gruntu kolejnym 15 tysiącom wrocławian.

Więcej w dzienniku "Polska - The Times. Gazeta Wrocławska"
onet.pl

Kaloryfer z blokadą na zbyt oszczędnych

Nowy sposób na zbyt oszczędnych lokatorów. Jedna ze spółdzielni w Kielcach postanowiła uporać się z mieszkańcami, którzy nie chcą…ogrzewać mieszkań. Rozwiązaniem mają być kaloryfery z blokadą, która uniemożliwia zakręcenie ich poniżej określonej temperatury.
Na ten nieco osobliwy pomysł władze spółdzielni „Na Stoku”wpadły po tegorocznych wyliczeniach rachunków za ogrzewanie. Okazało się, że rekordzista ma – jak informuje „Gazeta Wyborcza” - aż 2, 5 tys. zł nadpłaty, a część mieszkańców zdołała zaoszczędzić na kilkumiesięczny czynsz. Lokatorzy cieszyli się, że wymiana okien i docieplenie budynku przyniosły rezultaty. Dlatego czują się zaskoczeni tym pomysłem Tym bardziej, że za wymianę zaworów na takie, których „nie da się” do końca przykręcić musieliby sami zapłacić. W grę wchodzi bowiem ok. 3, 2 tys. urządzeń, koszty wymiany byłyby więc astronomiczne, gdyby wzięła je na swoje barki spółdzielnia.

Swoją decyzję spółdzielnia tłumaczy zasadami sprawiedliwości społecznej, jednocześnie zastrzegając, że na razie do realizacji pomysłu jeszcze daleko. Podobno blokady nie będą zakładane na siłę, a wprowadzone zostaną tylko tam, gdzie lokatorom taki pomysł przypadnie do gustu. Chodzi o to, żeby mieszkańcy, którzy ogrzewają swoje mieszkanie i płacą za to ciężkie pieniądze nie musieli „przy okazji” dogrzewać także sąsiadów. Szczególnie tych, którzy nie mają ochoty odkręcać kaloryferów.

Jak można się domyślać nie wszystkim taki pomysł się podoba. I trudno się dziwić. Mieszkańcy denerwują się, że dzięki takim praktykom nie będą mogli oszczędzać, a w pomieszczeniach będzie tak ciepło, że trzeba będzie bardzo często wietrzyć pokoje, przez co pobór ciepła będzie jeszcze większy.

To nie pierwszy taki przypadek. Podobne wynalazki funkcjonują już na kilku osiedlach, gdzie lokatorzy narzekają na upały panujące w mieszkaniu wczesną jesienią i późną wiosną.
dom.wp

Kaloryfer z blokadą na zbyt oszczędnych

Nowy sposób na zbyt oszczędnych lokatorów. Jedna ze spółdzielni w Kielcach postanowiła uporać się z mieszkańcami, którzy nie chcą…ogrzewać mieszkań. Rozwiązaniem mają być kaloryfery z blokadą, która uniemożliwia zakręcenie ich poniżej określonej temperatury.
Na ten nieco osobliwy pomysł władze spółdzielni „Na Stoku”wpadły po tegorocznych wyliczeniach rachunków za ogrzewanie. Okazało się, że rekordzista ma – jak informuje „Gazeta Wyborcza” - aż 2, 5 tys. zł nadpłaty, a część mieszkańców zdołała zaoszczędzić na kilkumiesięczny czynsz. Lokatorzy cieszyli się, że wymiana okien i docieplenie budynku przyniosły rezultaty. Dlatego czują się zaskoczeni tym pomysłem Tym bardziej, że za wymianę zaworów na takie, których „nie da się” do końca przykręcić musieliby sami zapłacić. W grę wchodzi bowiem ok. 3, 2 tys. urządzeń, koszty wymiany byłyby więc astronomiczne, gdyby wzięła je na swoje barki spółdzielnia.

Swoją decyzję spółdzielnia tłumaczy zasadami sprawiedliwości społecznej, jednocześnie zastrzegając, że na razie do realizacji pomysłu jeszcze daleko. Podobno blokady nie będą zakładane na siłę, a wprowadzone zostaną tylko tam, gdzie lokatorom taki pomysł przypadnie do gustu. Chodzi o to, żeby mieszkańcy, którzy ogrzewają swoje mieszkanie i płacą za to ciężkie pieniądze nie musieli „przy okazji” dogrzewać także sąsiadów. Szczególnie tych, którzy nie mają ochoty odkręcać kaloryferów.

Jak można się domyślać nie wszystkim taki pomysł się podoba. I trudno się dziwić. Mieszkańcy denerwują się, że dzięki takim praktykom nie będą mogli oszczędzać, a w pomieszczeniach będzie tak ciepło, że trzeba będzie bardzo często wietrzyć pokoje, przez co pobór ciepła będzie jeszcze większy.

To nie pierwszy taki przypadek. Podobne wynalazki funkcjonują już na kilku osiedlach, gdzie lokatorzy narzekają na upały panujące w mieszkaniu wczesną jesienią i późną wiosną.
dom.wp

Czy żarówka laserowa zastąpi tradycyjną?

Kiedy zaczęliśmy przyzwyczajać się do myśli, że z naszych mieszkań znikną wkrótce zwyczajne żarówki i zastąpią je energooszczędne wymienniki naukowcy oznajmili, że wynaleźli prosty i tani sposób na ekologiczne „podrasowanie” żarówek. Użycie lasera pozwoli im rywalizować ze świetlówkami!
Czyżby za wcześnie obwieszczono koniec tradycyjnej żarówki? Ta klasyczna, która niewiele zmieniła się od jej wynalezienia w XIX wieku, zużywa tylko 5 proc. energii na światło, resztę traci na emisję ciepła. Dlatego przegrywa z nowoczesnymi źródłami światła np. oświetleniem halogenowym czy diodowym, które jest nie tylko bardziej wydajne, ale też przyjazne dla środowiska.

Z tych powodów świat powoli odchodzi od zwyczajnych, bulwiastych żarówek. Od września nie kupimy już 100 watowych, a tych także kolorowych i matowych. Wycofywanie ich z rynku powinno odbywać się stopniowo, według planów w 2016 roku na terenie Unii Europejskiej już ich nie kupimy. Czy przełomowy wynalazek zahamuje ten proces?

Laserowy „tuning” , który przeprowadzili naukowcy z University of Rochester polegał na potraktowaniu wolframowego drucika zwykłej żarówki ultrakrótkimi impulsami laserowymi liczonymi w femtosekundach. Dzięki temu stworzyły się w nim mikro- i nanostruktury, które spowodowały gwałtowny wzrost efektywności świecenia. Zmniejszyła się przy tym ilość zużywanego prądu. Naukowcy sami przyznają, że są nieco zaskoczeni tak spektakularnym efektem działania lasera.
Ogromną zaletą jest także mało skomplikowana obsługa takiego urządzenia. Laser można podłączyć do zwykłego gniazdka  Światło uzyskane w ten sposób będzie miało taki sam odcień i barwę jak bez wcześniejszego ulepszenia. Na pewno to dobra wiadomość dla wszystkich, którzy nie lubią zimnej barwy emitowanej przez świetlówki.

Poza tym świetlówka ma też jeszcze jedną wadę - jej światło jest mocno rozproszone. Dla osób niedowidzących często okazuje się za słabe. A udoskonalona wersja będzie pozbawiona tego mankamentu. Poza tym, gdyby ekologiczny model zwykłej żarówki trafił do sprzedaży powinien być atrakcyjną cenowo alternatywą dla istniejących na rynku energooszczędnych wymienników. 
dom.wp

Czy żarówka laserowa zastąpi tradycyjną?

Kiedy zaczęliśmy przyzwyczajać się do myśli, że z naszych mieszkań znikną wkrótce zwyczajne żarówki i zastąpią je energooszczędne wymienniki naukowcy oznajmili, że wynaleźli prosty i tani sposób na ekologiczne „podrasowanie” żarówek. Użycie lasera pozwoli im rywalizować ze świetlówkami!
Czyżby za wcześnie obwieszczono koniec tradycyjnej żarówki? Ta klasyczna, która niewiele zmieniła się od jej wynalezienia w XIX wieku, zużywa tylko 5 proc. energii na światło, resztę traci na emisję ciepła. Dlatego przegrywa z nowoczesnymi źródłami światła np. oświetleniem halogenowym czy diodowym, które jest nie tylko bardziej wydajne, ale też przyjazne dla środowiska.

Z tych powodów świat powoli odchodzi od zwyczajnych, bulwiastych żarówek. Od września nie kupimy już 100 watowych, a tych także kolorowych i matowych. Wycofywanie ich z rynku powinno odbywać się stopniowo, według planów w 2016 roku na terenie Unii Europejskiej już ich nie kupimy. Czy przełomowy wynalazek zahamuje ten proces?

Laserowy „tuning” , który przeprowadzili naukowcy z University of Rochester polegał na potraktowaniu wolframowego drucika zwykłej żarówki ultrakrótkimi impulsami laserowymi liczonymi w femtosekundach. Dzięki temu stworzyły się w nim mikro- i nanostruktury, które spowodowały gwałtowny wzrost efektywności świecenia. Zmniejszyła się przy tym ilość zużywanego prądu. Naukowcy sami przyznają, że są nieco zaskoczeni tak spektakularnym efektem działania lasera.
Ogromną zaletą jest także mało skomplikowana obsługa takiego urządzenia. Laser można podłączyć do zwykłego gniazdka  Światło uzyskane w ten sposób będzie miało taki sam odcień i barwę jak bez wcześniejszego ulepszenia. Na pewno to dobra wiadomość dla wszystkich, którzy nie lubią zimnej barwy emitowanej przez świetlówki.

Poza tym świetlówka ma też jeszcze jedną wadę - jej światło jest mocno rozproszone. Dla osób niedowidzących często okazuje się za słabe. A udoskonalona wersja będzie pozbawiona tego mankamentu. Poza tym, gdyby ekologiczny model zwykłej żarówki trafił do sprzedaży powinien być atrakcyjną cenowo alternatywą dla istniejących na rynku energooszczędnych wymienników. 
dom.wp

Nie ma co liczyć na złotego?

Zdaniem Andrzeja Sławińskiego, członka RPP, już w II półroczu gospodarka może zacząć powoli wychodzić z kryzysu, a w 2010 roku możliwe jest tempo wzrostu PKB na poziomie 2 proc. Poziom realnych stóp procentowych w Polsce jest już stosunkowo niski.

"Kryzys jest jednak wyjątkowo głęboki, i będzie to długotrwałe. Wolne moce wytwórcze w Europie będą się utrzymywały długo. Będzie się to przekładało na nasze tempo wzrostu, ale już w czwartym kwartale będziemy mieli ożywienie. W roku 2010 pewnie będziemy mieli tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 2 proc., ale to tylko dlatego, że jesteśmy gospodarką doganiającą kraje zamożne" - powiedział Sławiński w TVN CNBC. Zdaniem Sławińskiego nawet kurs złotego korzystny dla eksporterów nie przyczyni się do znaczącego wzrostu PKB. "Jak się będzie kształtował kurs złotego to nie wiemy. Natomiast od połowy lat 90 wielkość naszego eksportu zależy w dużym stopniu od koniunktury w Europie Zachodniej, a nie od tego jak się kształtuje kurs złotego.

Gdyby nawet kurs z punktu widzenia eksporterów utrzymywał się na korzystnym poziomie, to słaba koniunktura w Europie nie pozwoli na to, żeby tempo wzrostu było wyższe niż 2 proc." - powiedział. W opinii członka RPP, Już w drugim półroczu 2009 roku gospodarka może zacząć powoli wychodzić z kryzysu. "Wskaźniki wyprzedzające koniunkturę mówiły już wcześniej, że nasza gospodarka ma szansę, żeby wejść w fazę ożywienia koniunktury.

Teraz też widać, że przedsiębiorstwa oczekują wzrostu zamówień eksportowych" - powiedział Sławiński. "Sytuacja może nie napawa ogromnymi nadziejami, ale pozwala zakładać, że w drugiej połowie roku powoli zaczniemy się wyciągać z tej silnej dekoniunktury. Dla całego 2009 roku wzrost PKB średniorocznie powinien być troszkę powyżej zera" - dodał. "Poziom realnych stóp procentowych w Polsce jest już stosunkowo niski, więc czy i kiedy będą dostosowania wysokości stóp procentowych, to będzie przedmiotem obrad RPP w trakcie kolejnych posiedzeń" - powiedział także Sławiński.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

Nie ma co liczyć na złotego?

Zdaniem Andrzeja Sławińskiego, członka RPP, już w II półroczu gospodarka może zacząć powoli wychodzić z kryzysu, a w 2010 roku możliwe jest tempo wzrostu PKB na poziomie 2 proc. Poziom realnych stóp procentowych w Polsce jest już stosunkowo niski.

"Kryzys jest jednak wyjątkowo głęboki, i będzie to długotrwałe. Wolne moce wytwórcze w Europie będą się utrzymywały długo. Będzie się to przekładało na nasze tempo wzrostu, ale już w czwartym kwartale będziemy mieli ożywienie. W roku 2010 pewnie będziemy mieli tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 2 proc., ale to tylko dlatego, że jesteśmy gospodarką doganiającą kraje zamożne" - powiedział Sławiński w TVN CNBC. Zdaniem Sławińskiego nawet kurs złotego korzystny dla eksporterów nie przyczyni się do znaczącego wzrostu PKB. "Jak się będzie kształtował kurs złotego to nie wiemy. Natomiast od połowy lat 90 wielkość naszego eksportu zależy w dużym stopniu od koniunktury w Europie Zachodniej, a nie od tego jak się kształtuje kurs złotego.

Gdyby nawet kurs z punktu widzenia eksporterów utrzymywał się na korzystnym poziomie, to słaba koniunktura w Europie nie pozwoli na to, żeby tempo wzrostu było wyższe niż 2 proc." - powiedział. W opinii członka RPP, Już w drugim półroczu 2009 roku gospodarka może zacząć powoli wychodzić z kryzysu. "Wskaźniki wyprzedzające koniunkturę mówiły już wcześniej, że nasza gospodarka ma szansę, żeby wejść w fazę ożywienia koniunktury.

Teraz też widać, że przedsiębiorstwa oczekują wzrostu zamówień eksportowych" - powiedział Sławiński. "Sytuacja może nie napawa ogromnymi nadziejami, ale pozwala zakładać, że w drugiej połowie roku powoli zaczniemy się wyciągać z tej silnej dekoniunktury. Dla całego 2009 roku wzrost PKB średniorocznie powinien być troszkę powyżej zera" - dodał. "Poziom realnych stóp procentowych w Polsce jest już stosunkowo niski, więc czy i kiedy będą dostosowania wysokości stóp procentowych, to będzie przedmiotem obrad RPP w trakcie kolejnych posiedzeń" - powiedział także Sławiński.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP

Bank BPH zamknie co siódmą placówkę

Bank BPH zamknie w najbliższym czasie 35 placówek, czyli ponad 14% własnych oddziałów - informuje "Parkiet". Informację potwierdza Małgorzata Dłubak, rzecznik BPH.
Bank jako jedyny w tym roku dwukrotnie zapowiedział redukcję zatrudnienia - łącznie nawet o prawie tysiąc osób. Czy zamkniecie oddziałów oznacza utratę pracy przez wszystkie zatrudnione w nich osoby? Według rzecznik - nie.

Właścicielem BPH jest finansowe ramię amerykańskiego koncernu General Electric, do którego w Polsce należy również GE Money Bank. Za kilka miesięcy ma dojść do połączenia obu instytucji. GE Money Bank również zapowiedział niedawno redukcję zatrudnienia. Ma zamiar zwolnić ok. jedną piątą z ok. 4,7 tys. pracowników.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onoet.pl

Bank BPH zamknie co siódmą placówkę

Bank BPH zamknie w najbliższym czasie 35 placówek, czyli ponad 14% własnych oddziałów - informuje "Parkiet". Informację potwierdza Małgorzata Dłubak, rzecznik BPH.
Bank jako jedyny w tym roku dwukrotnie zapowiedział redukcję zatrudnienia - łącznie nawet o prawie tysiąc osób. Czy zamkniecie oddziałów oznacza utratę pracy przez wszystkie zatrudnione w nich osoby? Według rzecznik - nie.

Właścicielem BPH jest finansowe ramię amerykańskiego koncernu General Electric, do którego w Polsce należy również GE Money Bank. Za kilka miesięcy ma dojść do połączenia obu instytucji. GE Money Bank również zapowiedział niedawno redukcję zatrudnienia. Ma zamiar zwolnić ok. jedną piątą z ok. 4,7 tys. pracowników.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onoet.pl

Miasta walczą między sobą o młodzież

Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

Wiadomości
Miasta walczą między sobą o młodzież
(Parkiet, dd/13.06.2009, godz. 12:25)
Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

REKLAMA
Najbardziej aktywne są Łódź, Kraków, Wrocław, Lublin, Kielce, Gdańsk i Poznań.

Właśnie skończyła się kampania billboardowa Łodzi, mająca zachęcić młodych ludzi z innych miast, by swą przyszłość edukacyjną i zawodową związali z miastem. Na kampanię miasto wydało w 2008 r. ok. 1 mln zł. Skąd pomysł? W końcu września 2007 r. Kraków prześcignął Łódź pod względem liczby mieszkańców i stał się drugim miastem w Polsce. To dało do myślenia samorządowcom.

Mniej mieszkańców - to mniej wpływów podatkowych i mniej nowych inwestycji - pracodawcy dokładnie analizują czy będą mieć młodą kadrę pracowników zarówno obecnie, jak i w perspektywie 20-30 lat. Dlatego miasta koncentrują się na rywalizacji o przyszłych studentów.

Łódź promuje m.in. wybór kierunków nauki zgodnych z oczekiwaniami firm ze swojego terenu. Z kolei pracodawcy finansują części studentów stypendia i szkolenia.

Kraków chce zachęcać w Londynie do wybrania miasta przez Polaków powracających do kraju.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onet.pl

Miasta walczą między sobą o młodzież

Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

Wiadomości
Miasta walczą między sobą o młodzież
(Parkiet, dd/13.06.2009, godz. 12:25)
Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

REKLAMA
Najbardziej aktywne są Łódź, Kraków, Wrocław, Lublin, Kielce, Gdańsk i Poznań.

Właśnie skończyła się kampania billboardowa Łodzi, mająca zachęcić młodych ludzi z innych miast, by swą przyszłość edukacyjną i zawodową związali z miastem. Na kampanię miasto wydało w 2008 r. ok. 1 mln zł. Skąd pomysł? W końcu września 2007 r. Kraków prześcignął Łódź pod względem liczby mieszkańców i stał się drugim miastem w Polsce. To dało do myślenia samorządowcom.

Mniej mieszkańców - to mniej wpływów podatkowych i mniej nowych inwestycji - pracodawcy dokładnie analizują czy będą mieć młodą kadrę pracowników zarówno obecnie, jak i w perspektywie 20-30 lat. Dlatego miasta koncentrują się na rywalizacji o przyszłych studentów.

Łódź promuje m.in. wybór kierunków nauki zgodnych z oczekiwaniami firm ze swojego terenu. Z kolei pracodawcy finansują części studentów stypendia i szkolenia.

Kraków chce zachęcać w Londynie do wybrania miasta przez Polaków powracających do kraju.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onet.pl

Miasta walczą między sobą o młodzież

Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

Wiadomości
Miasta walczą między sobą o młodzież
(Parkiet, dd/13.06.2009, godz. 12:25)
Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

REKLAMA
Najbardziej aktywne są Łódź, Kraków, Wrocław, Lublin, Kielce, Gdańsk i Poznań.

Właśnie skończyła się kampania billboardowa Łodzi, mająca zachęcić młodych ludzi z innych miast, by swą przyszłość edukacyjną i zawodową związali z miastem. Na kampanię miasto wydało w 2008 r. ok. 1 mln zł. Skąd pomysł? W końcu września 2007 r. Kraków prześcignął Łódź pod względem liczby mieszkańców i stał się drugim miastem w Polsce. To dało do myślenia samorządowcom.

Mniej mieszkańców - to mniej wpływów podatkowych i mniej nowych inwestycji - pracodawcy dokładnie analizują czy będą mieć młodą kadrę pracowników zarówno obecnie, jak i w perspektywie 20-30 lat. Dlatego miasta koncentrują się na rywalizacji o przyszłych studentów.

Łódź promuje m.in. wybór kierunków nauki zgodnych z oczekiwaniami firm ze swojego terenu. Z kolei pracodawcy finansują części studentów stypendia i szkolenia.

Kraków chce zachęcać w Londynie do wybrania miasta przez Polaków powracających do kraju.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onet.pl

Miasta walczą między sobą o młodzież

Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

Wiadomości
Miasta walczą między sobą o młodzież
(Parkiet, dd/13.06.2009, godz. 12:25)
Polskie miasta na dobre rozpoczęły walkę o młodych mieszkańców. Ruszyły z kampaniami mającymi nie tylko zatrzymać, ale i przyciągnąć młodzież z innych miejscowości. Chcą zminimalizować w ten sposób konsekwencje niżu demograficznego dla miejscowych uczelni, zakładów pracy i własnych budżetów - czytamy w "Parkiecie".

REKLAMA
Najbardziej aktywne są Łódź, Kraków, Wrocław, Lublin, Kielce, Gdańsk i Poznań.

Właśnie skończyła się kampania billboardowa Łodzi, mająca zachęcić młodych ludzi z innych miast, by swą przyszłość edukacyjną i zawodową związali z miastem. Na kampanię miasto wydało w 2008 r. ok. 1 mln zł. Skąd pomysł? W końcu września 2007 r. Kraków prześcignął Łódź pod względem liczby mieszkańców i stał się drugim miastem w Polsce. To dało do myślenia samorządowcom.

Mniej mieszkańców - to mniej wpływów podatkowych i mniej nowych inwestycji - pracodawcy dokładnie analizują czy będą mieć młodą kadrę pracowników zarówno obecnie, jak i w perspektywie 20-30 lat. Dlatego miasta koncentrują się na rywalizacji o przyszłych studentów.

Łódź promuje m.in. wybór kierunków nauki zgodnych z oczekiwaniami firm ze swojego terenu. Z kolei pracodawcy finansują części studentów stypendia i szkolenia.

Kraków chce zachęcać w Londynie do wybrania miasta przez Polaków powracających do kraju.

Więcej w Gazecie Giełdy "Parkiet".
onet.pl

Bankowa "czarna lista"

To, że niektóre banki tworzą czarne listy branż, jest tajemnicą poliszynela - pisze "Gazeta Wyborcza". Przedstawiciele banków potwierdzają ich istnienie, ale dopiero po obietnicy, że nie zostaną podane ani ich nazwiska, ani nazwy banków, w których pracują.
Bankowcy przyznają, że takie postępowanie jest rodzajem dyskryminacji.

- Teoretycznie nie możemy nikomu odmawiać kredytu ze względu na branżę, w której pracuje - mówi przedstawicielka banku, który do niedawna był jednym z liderów rynku kredytów hipotecznych. Dlatego czarne listy nie są na piśmie, to ustne rekomendacje działów ryzyka zajmujących się oceną, czy ktoś kredyt spłaci, czy nie.
- W praktyce już od dawna niechętnie pożyczamy pieniądze osobom pracującym w sektorach, które przechodzą restrukturyzację, np. górnikom i stoczniowcom - dodaje. Teraz na czarnych listach umieszcza się kolejne sektory, które niedługo może dotknąć bezrobocie i cięcia płac.

Motoryzacja trafiła tam dlatego, że sprzedaż nowych aut w Europie spadła w ubiegłym roku o ok. 25 proc. Opór kredytowy napotykają też pracownicy branży transportowej (według GUS w pierwszym kwartale koleją przewieziono o prawie jedną piątą mniej ładunków), zatrudnieni w budownictwie (bo ludzie nie kupują mieszkań) oraz w reklamie i mediach (bo szukając oszczędności, przedsiębiorstwa tną wydatki reklamowe).

Na czarnej liście banków są - o ironio! - same banki.
onet.pl

Bankowa "czarna lista"

To, że niektóre banki tworzą czarne listy branż, jest tajemnicą poliszynela - pisze "Gazeta Wyborcza". Przedstawiciele banków potwierdzają ich istnienie, ale dopiero po obietnicy, że nie zostaną podane ani ich nazwiska, ani nazwy banków, w których pracują.
Bankowcy przyznają, że takie postępowanie jest rodzajem dyskryminacji.

- Teoretycznie nie możemy nikomu odmawiać kredytu ze względu na branżę, w której pracuje - mówi przedstawicielka banku, który do niedawna był jednym z liderów rynku kredytów hipotecznych. Dlatego czarne listy nie są na piśmie, to ustne rekomendacje działów ryzyka zajmujących się oceną, czy ktoś kredyt spłaci, czy nie.
- W praktyce już od dawna niechętnie pożyczamy pieniądze osobom pracującym w sektorach, które przechodzą restrukturyzację, np. górnikom i stoczniowcom - dodaje. Teraz na czarnych listach umieszcza się kolejne sektory, które niedługo może dotknąć bezrobocie i cięcia płac.

Motoryzacja trafiła tam dlatego, że sprzedaż nowych aut w Europie spadła w ubiegłym roku o ok. 25 proc. Opór kredytowy napotykają też pracownicy branży transportowej (według GUS w pierwszym kwartale koleją przewieziono o prawie jedną piątą mniej ładunków), zatrudnieni w budownictwie (bo ludzie nie kupują mieszkań) oraz w reklamie i mediach (bo szukając oszczędności, przedsiębiorstwa tną wydatki reklamowe).

Na czarnej liście banków są - o ironio! - same banki.
onet.pl

Państwo płaci za mieszkanie?

Tak pięknie sprawa z rządowym programem "Rodzina na swoim" nie wygląda. Jeśli pełna rodzina chce mieć prawo do programu, rodzice muszą być w związku małżeńskim. Formalnie nawet dofinansowanie nie dotyczy samego kredytu w całości, lecz tylko części jego odsetek.
Możliwa dopłata nie stanowi też żadnego czynnika przy ocenie zdolności kredytowej - ta jest oceniana standardowo. Do tego dotyczy pomocy bezpośrednio tylko kwoty za powierzchnię do 50mkw. mieszkania i do 75 kw. domu i w pierwszych 8 lat spłacania.

Należy być świadomym tych niedoskonałości, by nie doznać rozczarowania. Jednak wszystkie inne elementy tego programu są na tyle korzystne, że "Rodzina na swoim" jest bodajże jednym z najbardziej popularnych i udanych programów polskiego rządu.

Kto może?

Prawo do dofinansowania w programie Rodzina Na Swoim (RNS) mają małżeństwa oraz osoby, które wychowują dzieci. Formalnie uprawnionymi są:
- małżonkowie jako współkredytobiorcy;
- osoby samotnie wychowujące małoletnie dziecko lub uczące się w szkołach, które nie ukończyło jeszcze 25 lat;
- osoby samotnie wychowujące dziecko, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny, bez względu na jego wiek.

Kiedy może?

Bycie uprawnionym do dopłaty nie jest brane pod uwagę przy ocenie zdolności kredytowej. Zatem musi być ona pełna - musi nas być stać na mieszkanie bez dopłaty. Jeśli nie stać nas samodzielnie na kredyt, współkredytobiorcą może być ktoś z rodziny. Oczywiście nie można też wziąć więcej niż jednego kredytu w ramach programu Rodzina na Swoim (RNS).

W momencie podpisywania umowy kredytowej nie można mieć mieszkania. Nie można zatem mieć mieszkania ani domu na własność ani mieć własnościowego prawa do mieszkania w spółdzielni. W grę nie wchodzi też posiadanie lokatorskiego prawa do mieszkania w spółdzielnie ani wynajmowanie mieszkania lub domu. Jednak nie stanowi to przeszkody. Jeśli się tylko wynajmuje mieszkanie czy dom, jest się uprawnionym do programu. Należy jednak zobowiązać się, przy podpisywaniu umowy kredytowej, do rozwiązania umowy najmu i wyprowadzki w ciągu 6 miesięcy. Jeśli ma się lokatorskie mieszkanie spółdzielcze, jest się uprawnionym do programu po zobowiązaniu się przy podpisywaniu umowy kredytowej do wypowiedzenia członkowstwa w spółdzielni mieszkaniowej.
wp.pl

Państwo płaci za mieszkanie?

Tak pięknie sprawa z rządowym programem "Rodzina na swoim" nie wygląda. Jeśli pełna rodzina chce mieć prawo do programu, rodzice muszą być w związku małżeńskim. Formalnie nawet dofinansowanie nie dotyczy samego kredytu w całości, lecz tylko części jego odsetek.
Możliwa dopłata nie stanowi też żadnego czynnika przy ocenie zdolności kredytowej - ta jest oceniana standardowo. Do tego dotyczy pomocy bezpośrednio tylko kwoty za powierzchnię do 50mkw. mieszkania i do 75 kw. domu i w pierwszych 8 lat spłacania.

Należy być świadomym tych niedoskonałości, by nie doznać rozczarowania. Jednak wszystkie inne elementy tego programu są na tyle korzystne, że "Rodzina na swoim" jest bodajże jednym z najbardziej popularnych i udanych programów polskiego rządu.

Kto może?

Prawo do dofinansowania w programie Rodzina Na Swoim (RNS) mają małżeństwa oraz osoby, które wychowują dzieci. Formalnie uprawnionymi są:
- małżonkowie jako współkredytobiorcy;
- osoby samotnie wychowujące małoletnie dziecko lub uczące się w szkołach, które nie ukończyło jeszcze 25 lat;
- osoby samotnie wychowujące dziecko, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny, bez względu na jego wiek.

Kiedy może?

Bycie uprawnionym do dopłaty nie jest brane pod uwagę przy ocenie zdolności kredytowej. Zatem musi być ona pełna - musi nas być stać na mieszkanie bez dopłaty. Jeśli nie stać nas samodzielnie na kredyt, współkredytobiorcą może być ktoś z rodziny. Oczywiście nie można też wziąć więcej niż jednego kredytu w ramach programu Rodzina na Swoim (RNS).

W momencie podpisywania umowy kredytowej nie można mieć mieszkania. Nie można zatem mieć mieszkania ani domu na własność ani mieć własnościowego prawa do mieszkania w spółdzielni. W grę nie wchodzi też posiadanie lokatorskiego prawa do mieszkania w spółdzielnie ani wynajmowanie mieszkania lub domu. Jednak nie stanowi to przeszkody. Jeśli się tylko wynajmuje mieszkanie czy dom, jest się uprawnionym do programu. Należy jednak zobowiązać się, przy podpisywaniu umowy kredytowej, do rozwiązania umowy najmu i wyprowadzki w ciągu 6 miesięcy. Jeśli ma się lokatorskie mieszkanie spółdzielcze, jest się uprawnionym do programu po zobowiązaniu się przy podpisywaniu umowy kredytowej do wypowiedzenia członkowstwa w spółdzielni mieszkaniowej.
wp.pl

Państwo płaci za mieszkanie?

Tak pięknie sprawa z rządowym programem "Rodzina na swoim" nie wygląda. Jeśli pełna rodzina chce mieć prawo do programu, rodzice muszą być w związku małżeńskim. Formalnie nawet dofinansowanie nie dotyczy samego kredytu w całości, lecz tylko części jego odsetek.
Możliwa dopłata nie stanowi też żadnego czynnika przy ocenie zdolności kredytowej - ta jest oceniana standardowo. Do tego dotyczy pomocy bezpośrednio tylko kwoty za powierzchnię do 50mkw. mieszkania i do 75 kw. domu i w pierwszych 8 lat spłacania.

Należy być świadomym tych niedoskonałości, by nie doznać rozczarowania. Jednak wszystkie inne elementy tego programu są na tyle korzystne, że "Rodzina na swoim" jest bodajże jednym z najbardziej popularnych i udanych programów polskiego rządu.

Kto może?

Prawo do dofinansowania w programie Rodzina Na Swoim (RNS) mają małżeństwa oraz osoby, które wychowują dzieci. Formalnie uprawnionymi są:
- małżonkowie jako współkredytobiorcy;
- osoby samotnie wychowujące małoletnie dziecko lub uczące się w szkołach, które nie ukończyło jeszcze 25 lat;
- osoby samotnie wychowujące dziecko, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny, bez względu na jego wiek.

Kiedy może?

Bycie uprawnionym do dopłaty nie jest brane pod uwagę przy ocenie zdolności kredytowej. Zatem musi być ona pełna - musi nas być stać na mieszkanie bez dopłaty. Jeśli nie stać nas samodzielnie na kredyt, współkredytobiorcą może być ktoś z rodziny. Oczywiście nie można też wziąć więcej niż jednego kredytu w ramach programu Rodzina na Swoim (RNS).

W momencie podpisywania umowy kredytowej nie można mieć mieszkania. Nie można zatem mieć mieszkania ani domu na własność ani mieć własnościowego prawa do mieszkania w spółdzielni. W grę nie wchodzi też posiadanie lokatorskiego prawa do mieszkania w spółdzielnie ani wynajmowanie mieszkania lub domu. Jednak nie stanowi to przeszkody. Jeśli się tylko wynajmuje mieszkanie czy dom, jest się uprawnionym do programu. Należy jednak zobowiązać się, przy podpisywaniu umowy kredytowej, do rozwiązania umowy najmu i wyprowadzki w ciągu 6 miesięcy. Jeśli ma się lokatorskie mieszkanie spółdzielcze, jest się uprawnionym do programu po zobowiązaniu się przy podpisywaniu umowy kredytowej do wypowiedzenia członkowstwa w spółdzielni mieszkaniowej.
wp.pl

Państwo płaci za mieszkanie?

Tak pięknie sprawa z rządowym programem "Rodzina na swoim" nie wygląda. Jeśli pełna rodzina chce mieć prawo do programu, rodzice muszą być w związku małżeńskim. Formalnie nawet dofinansowanie nie dotyczy samego kredytu w całości, lecz tylko części jego odsetek.
Możliwa dopłata nie stanowi też żadnego czynnika przy ocenie zdolności kredytowej - ta jest oceniana standardowo. Do tego dotyczy pomocy bezpośrednio tylko kwoty za powierzchnię do 50mkw. mieszkania i do 75 kw. domu i w pierwszych 8 lat spłacania.

Należy być świadomym tych niedoskonałości, by nie doznać rozczarowania. Jednak wszystkie inne elementy tego programu są na tyle korzystne, że "Rodzina na swoim" jest bodajże jednym z najbardziej popularnych i udanych programów polskiego rządu.

Kto może?

Prawo do dofinansowania w programie Rodzina Na Swoim (RNS) mają małżeństwa oraz osoby, które wychowują dzieci. Formalnie uprawnionymi są:
- małżonkowie jako współkredytobiorcy;
- osoby samotnie wychowujące małoletnie dziecko lub uczące się w szkołach, które nie ukończyło jeszcze 25 lat;
- osoby samotnie wychowujące dziecko, na które pobierany jest zasiłek pielęgnacyjny, bez względu na jego wiek.

Kiedy może?

Bycie uprawnionym do dopłaty nie jest brane pod uwagę przy ocenie zdolności kredytowej. Zatem musi być ona pełna - musi nas być stać na mieszkanie bez dopłaty. Jeśli nie stać nas samodzielnie na kredyt, współkredytobiorcą może być ktoś z rodziny. Oczywiście nie można też wziąć więcej niż jednego kredytu w ramach programu Rodzina na Swoim (RNS).

W momencie podpisywania umowy kredytowej nie można mieć mieszkania. Nie można zatem mieć mieszkania ani domu na własność ani mieć własnościowego prawa do mieszkania w spółdzielni. W grę nie wchodzi też posiadanie lokatorskiego prawa do mieszkania w spółdzielnie ani wynajmowanie mieszkania lub domu. Jednak nie stanowi to przeszkody. Jeśli się tylko wynajmuje mieszkanie czy dom, jest się uprawnionym do programu. Należy jednak zobowiązać się, przy podpisywaniu umowy kredytowej, do rozwiązania umowy najmu i wyprowadzki w ciągu 6 miesięcy. Jeśli ma się lokatorskie mieszkanie spółdzielcze, jest się uprawnionym do programu po zobowiązaniu się przy podpisywaniu umowy kredytowej do wypowiedzenia członkowstwa w spółdzielni mieszkaniowej.
wp.pl

Juan zastąpi dolara? Najwcześniej za 10 lat

Chiński juan mógłby zostać światową walutą rezerwową po osiągnięciu pełnej wymienialności, co może potrwać około 10 lat - oświadczył minister finansów Rosji Aleksiej Kudrin (na zdjęciu) na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu.
- Moim zdaniem najkrótszą droga do tego celu byłoby zliberalizowanie przez Chiny swej gospodarki i dopuszczenie przez nie do wymienialności juana - oznajmił.

- Mogłoby to potrwać 10 lat, ale potem byłby popyt na juana. To najkrótsza droga do stworzenia nowej światowej waluty rezerwowej i myślę, że Chiny powinny się nad tym zastanowić - powiedział rosyjski minister finansów.
Kudrin ocenił, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy będzie mógł odegrać rolę lokomotywy światowej gospodarki tylko pod warunkiem, że zostanie gruntownie zreformowany. Jak dodał, struktura MFW powinna odzwierciedlać siłę gospodarczą państw członkowskich, tymczasem obecnie kilka niedużych państw europejskich ma w funduszu reprezentację większą niż Chiny.

  (PAP)
money.pl

Juan zastąpi dolara? Najwcześniej za 10 lat

Chiński juan mógłby zostać światową walutą rezerwową po osiągnięciu pełnej wymienialności, co może potrwać około 10 lat - oświadczył minister finansów Rosji Aleksiej Kudrin (na zdjęciu) na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu.
- Moim zdaniem najkrótszą droga do tego celu byłoby zliberalizowanie przez Chiny swej gospodarki i dopuszczenie przez nie do wymienialności juana - oznajmił.

- Mogłoby to potrwać 10 lat, ale potem byłby popyt na juana. To najkrótsza droga do stworzenia nowej światowej waluty rezerwowej i myślę, że Chiny powinny się nad tym zastanowić - powiedział rosyjski minister finansów.
Kudrin ocenił, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy będzie mógł odegrać rolę lokomotywy światowej gospodarki tylko pod warunkiem, że zostanie gruntownie zreformowany. Jak dodał, struktura MFW powinna odzwierciedlać siłę gospodarczą państw członkowskich, tymczasem obecnie kilka niedużych państw europejskich ma w funduszu reprezentację większą niż Chiny.

  (PAP)
money.pl

Kredyty z dopłatą pomagają. Przybywa transakcji

- Zgodnie z oczekiwaniami maj przyniósł dalszy wzrost transakcji na rynku mieszkaniowym oraz niewielki wzrost cen w porównaniu do kwietnia - tak wynika z analizy Open Finance.
Jak  wynika z porównania transakcji przeprowadzonych przez klientów Open Finance i Home Brokera w skali dwunastomiesięcznej dynamika spadków cen wciąż osiąga dwucyfrowe wartości.- Na tle pozostałych miast wyróżnia się Kraków ze spadkiem mediany o 2,7 proc. Jednak jest to - jak sądzimy - efekt programu Rodzina na swoim, który w niewielkim stopniu obejmuje stolicę małopolski ze względu na niskie limity - czytamy w analizie.

Obecnie, aby skorzystać ze wsparcia skarbu państwa, należałoby w Krakowie kupić mieszkanie w cenie poniżej 5340 zł za metr (to o prawie 15 proc. mniej niż mediana cen transakcyjnych dla tego miasta).

W innych miastach, gdzie skorzystać z programu jest znacznie łatwiej, dynamika spadku jest wyższa, ponieważ program Rodzina na swoim coraz silniej wpływa na cały rynek nieruchomości (liczba udzielonych kredytów w ramach programu wzrosła w maju do 2,86 tys. - to może być nawet 20 proc. wszystkich udzielonych w tym czasie kredytów hipotecznych), a sprzedający (także deweloperzy) dostosowują się do wymagań programu.

Eksperci podkreślają, że w Krakowie ceną za utrzymanie wysokiej mediany cen transakcyjnych jest wolniejszy przyrost transakcji. W Open Finance - nie uwzględniając transakcji Home Brokera -  odnotowaliśmy wzrost o jedną trzecią w porównaniu do kwietnia w wymienionych niżej miastach.

W obecnych warunkach rynkowych - polityki zaostrzania dostępności kredytów hipotecznych 0 wzrost liczby transakcji jest po części efektem większej liczby klientów w oddziałach, ale także ożywieniem typowo sezonowym (drugi kwartał zwykle jest najlepszy dla liczby transakcji na rynku mieszkaniowym) i rosnącą popularnością programu dopłat do kredytów.

Jak zmieniały się ceny transakcyjne w największych miastach Polski w ostatnich 12 miesiącach

Źródło: Open Finance i Home Broker na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Dane mogą nie odzwierciedlać precyzyjnie tendencji na rynku mieszkaniowym.

W porównaniu do kwietnia spadek cen został wyhamowany, ponieważ maj przyniósł wzrost w czterech na pięć monitorowanych miast. Danych w ujęciu miesięcznym nie będziemy jednak prezentować, ponieważ wahania w tak krótkim okresie uważamy za mało miarodajne.

Kredyty z dopłatą pomagają. Przybywa transakcji

Kredyty z dopłatą pomagają. Przybywa transakcji

- Zgodnie z oczekiwaniami maj przyniósł dalszy wzrost transakcji na rynku mieszkaniowym oraz niewielki wzrost cen w porównaniu do kwietnia - tak wynika z analizy Open Finance.
Jak  wynika z porównania transakcji przeprowadzonych przez klientów Open Finance i Home Brokera w skali dwunastomiesięcznej dynamika spadków cen wciąż osiąga dwucyfrowe wartości.- Na tle pozostałych miast wyróżnia się Kraków ze spadkiem mediany o 2,7 proc. Jednak jest to - jak sądzimy - efekt programu Rodzina na swoim, który w niewielkim stopniu obejmuje stolicę małopolski ze względu na niskie limity - czytamy w analizie.

Obecnie, aby skorzystać ze wsparcia skarbu państwa, należałoby w Krakowie kupić mieszkanie w cenie poniżej 5340 zł za metr (to o prawie 15 proc. mniej niż mediana cen transakcyjnych dla tego miasta).

W innych miastach, gdzie skorzystać z programu jest znacznie łatwiej, dynamika spadku jest wyższa, ponieważ program Rodzina na swoim coraz silniej wpływa na cały rynek nieruchomości (liczba udzielonych kredytów w ramach programu wzrosła w maju do 2,86 tys. - to może być nawet 20 proc. wszystkich udzielonych w tym czasie kredytów hipotecznych), a sprzedający (także deweloperzy) dostosowują się do wymagań programu.

Eksperci podkreślają, że w Krakowie ceną za utrzymanie wysokiej mediany cen transakcyjnych jest wolniejszy przyrost transakcji. W Open Finance - nie uwzględniając transakcji Home Brokera -  odnotowaliśmy wzrost o jedną trzecią w porównaniu do kwietnia w wymienionych niżej miastach.

W obecnych warunkach rynkowych - polityki zaostrzania dostępności kredytów hipotecznych 0 wzrost liczby transakcji jest po części efektem większej liczby klientów w oddziałach, ale także ożywieniem typowo sezonowym (drugi kwartał zwykle jest najlepszy dla liczby transakcji na rynku mieszkaniowym) i rosnącą popularnością programu dopłat do kredytów.

Jak zmieniały się ceny transakcyjne w największych miastach Polski w ostatnich 12 miesiącach

Źródło: Open Finance i Home Broker na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Dane mogą nie odzwierciedlać precyzyjnie tendencji na rynku mieszkaniowym.

W porównaniu do kwietnia spadek cen został wyhamowany, ponieważ maj przyniósł wzrost w czterech na pięć monitorowanych miast. Danych w ujęciu miesięcznym nie będziemy jednak prezentować, ponieważ wahania w tak krótkim okresie uważamy za mało miarodajne.

Kredyty z dopłatą pomagają. Przybywa transakcji

Najlepiej kupować już teraz?

Organizowana cyklicznie przez Stowarzyszenie Budowniczych Domów i Mieszkań giełda jest bardzo dobrym barometrem sytuacji na pierwotnym rynku nieruchomości i dostarcza interesujących informacji o lokalnym budownictwie mieszkaniowym.

Z punktu widzenia osoby zainteresowanej zakupem domu i mieszkania zjawisko dekoniunktury sprzyja negocjacjom z deweloperami i wyborowi najbardziej atrakcyjnej oferty. - Jest to sytuacja wyjątkowa, gdyż przez długi okres jakiekolwiek kwestie związane z pertraktowaniem ceny mieszkania czy jego indywidualnego wykończenia nie wchodziły w rachubę - podkreśla Anna Leśniewska z Gorlic, która w minioną sobotę przyjechała do Krakowa z zamiarem nabycia mieszkania dla swego syna, studenta Akademii Górniczo-Hutniczej.

Najpoważniejszym problemem na jaki napotykają dzisiaj osoby zainteresowane zakupem nieruchomości jest kwestia uzyskania środków finansowych. Zaostrzenie wymagań przez banki spowodowało, że o kredyt powyżej 300 tys. zł, mogą starać się dzisiaj osoby, które mają bardzo wysokie dochody. Tymczasem, jak się wydaje, mamy dziś do czynienia z bardzo dobrymi warunkami do zakupu mieszkania.

Wiele z nich znajduje się w obiektach już ukończonych. Nabywcy mają zatem duży komfort, gdyż nie kupują nieruchomości widocznej jedynie na wizualizacjach. Informacje przekazane przez Kazimierza Bujakowskiego, zastępcę prezydenta Krakowa, podczas konferencji prasowe zorganizowanej w trakcie giełdy, wskazują że zjawisko nadpodaży mieszkań będzie występowało jeszcze przez dłuższy czas, mamy bowiem do czynienia z finalizowaniem, realizowanej w warunkach rynkowej koniunktury, szeroko zakrojonej działalności inwestycyjnej podjętej w latach 2006-2008. - W okresie tym rozpoczęto budowę ok. 32 tys. mieszkań - stwierdza Kazimierz Bujakowski. Efektem jest obserwowana w tej chwili duża ich podaż. Tylko w czterech pierwszych miesiącach br., oddano do użytku 4720 mieszkań, co stanowi dwukrotny wzrost z porównaniu z analogicznym okresem minionego roku.

Kraków znajduje się dziś na drugim miejscu listy dużych miast w których buduje się najwięcej. Niekwestionowanym jej liderem jest stolica z ok. 20 tys. mieszkań oddanych w roku 2008. Główne miasta ze wskaźnikiem ponad 400 mieszkań na 1000 mieszkańców zbliżyły się do poziomu dużych aglomeracji zachodnioeuropejskich. Wskaźnik oddanych mieszkań na poziomie 8-9 na tysiąc mieszkańców charakteryzuje dziś Kraków, Gdańsk i Trójmiasto (w przypadku Warszawy wynosi on - 11).

Prezentowana statystyka byłaby powodem do satysfakcji, gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z okresem przejściowym, bowiem dekoniunktura powoduje, iż inwestorzy redukują swą aktywność. Wyraźnie zmalała w ostatnich 4 miesiącach ilość składanych wniosków i decyzji o warunki zabudowy w porównaniu z rokiem minionym (tych pierwszych było mniej o 16 proc., drugich zaś o 22 proc.). Podobne zjawisko dotyczy wniosków o pozwoleń na budowę - jest ich mniej o ok. 20 proc. I dotyczą o one połowę mniejszej liczny mieszkań w budownictwie wielorodzinnym. Kryzys najbardziej negatywnie skutkuje w sferze budownictwa indywidualnego. W tym przypadku wydano aż o 50 proc. mniej pozwoleń na budowę.

Wnioski nasuwają się same. Za rok, dwa będzie w Krakowie brakować mieszkań, co prawdopodobnie zaowocuje wzrostem cen. Analitycy koncentrują się dziś przede wszystkim na opisie negatywnych zjawisk występujących na rynku nieruchomości, choć właściwie żaden z nich jeszcze przed kilkoma miesiącami nie wieszczył kryzysu. Minorowy ton pojawiający się w ich wypowiedziach jest chyba jednak równie mocno przesadzony, jak wyrażany wcześniej optymizm.

Janusz Michalczak

DZIENNIK POLSKI

interia.pl

Najlepiej kupować już teraz?

Organizowana cyklicznie przez Stowarzyszenie Budowniczych Domów i Mieszkań giełda jest bardzo dobrym barometrem sytuacji na pierwotnym rynku nieruchomości i dostarcza interesujących informacji o lokalnym budownictwie mieszkaniowym.

Z punktu widzenia osoby zainteresowanej zakupem domu i mieszkania zjawisko dekoniunktury sprzyja negocjacjom z deweloperami i wyborowi najbardziej atrakcyjnej oferty. - Jest to sytuacja wyjątkowa, gdyż przez długi okres jakiekolwiek kwestie związane z pertraktowaniem ceny mieszkania czy jego indywidualnego wykończenia nie wchodziły w rachubę - podkreśla Anna Leśniewska z Gorlic, która w minioną sobotę przyjechała do Krakowa z zamiarem nabycia mieszkania dla swego syna, studenta Akademii Górniczo-Hutniczej.

Najpoważniejszym problemem na jaki napotykają dzisiaj osoby zainteresowane zakupem nieruchomości jest kwestia uzyskania środków finansowych. Zaostrzenie wymagań przez banki spowodowało, że o kredyt powyżej 300 tys. zł, mogą starać się dzisiaj osoby, które mają bardzo wysokie dochody. Tymczasem, jak się wydaje, mamy dziś do czynienia z bardzo dobrymi warunkami do zakupu mieszkania.

Wiele z nich znajduje się w obiektach już ukończonych. Nabywcy mają zatem duży komfort, gdyż nie kupują nieruchomości widocznej jedynie na wizualizacjach. Informacje przekazane przez Kazimierza Bujakowskiego, zastępcę prezydenta Krakowa, podczas konferencji prasowe zorganizowanej w trakcie giełdy, wskazują że zjawisko nadpodaży mieszkań będzie występowało jeszcze przez dłuższy czas, mamy bowiem do czynienia z finalizowaniem, realizowanej w warunkach rynkowej koniunktury, szeroko zakrojonej działalności inwestycyjnej podjętej w latach 2006-2008. - W okresie tym rozpoczęto budowę ok. 32 tys. mieszkań - stwierdza Kazimierz Bujakowski. Efektem jest obserwowana w tej chwili duża ich podaż. Tylko w czterech pierwszych miesiącach br., oddano do użytku 4720 mieszkań, co stanowi dwukrotny wzrost z porównaniu z analogicznym okresem minionego roku.

Kraków znajduje się dziś na drugim miejscu listy dużych miast w których buduje się najwięcej. Niekwestionowanym jej liderem jest stolica z ok. 20 tys. mieszkań oddanych w roku 2008. Główne miasta ze wskaźnikiem ponad 400 mieszkań na 1000 mieszkańców zbliżyły się do poziomu dużych aglomeracji zachodnioeuropejskich. Wskaźnik oddanych mieszkań na poziomie 8-9 na tysiąc mieszkańców charakteryzuje dziś Kraków, Gdańsk i Trójmiasto (w przypadku Warszawy wynosi on - 11).

Prezentowana statystyka byłaby powodem do satysfakcji, gdyby nie fakt, że mamy do czynienia z okresem przejściowym, bowiem dekoniunktura powoduje, iż inwestorzy redukują swą aktywność. Wyraźnie zmalała w ostatnich 4 miesiącach ilość składanych wniosków i decyzji o warunki zabudowy w porównaniu z rokiem minionym (tych pierwszych było mniej o 16 proc., drugich zaś o 22 proc.). Podobne zjawisko dotyczy wniosków o pozwoleń na budowę - jest ich mniej o ok. 20 proc. I dotyczą o one połowę mniejszej liczny mieszkań w budownictwie wielorodzinnym. Kryzys najbardziej negatywnie skutkuje w sferze budownictwa indywidualnego. W tym przypadku wydano aż o 50 proc. mniej pozwoleń na budowę.

Wnioski nasuwają się same. Za rok, dwa będzie w Krakowie brakować mieszkań, co prawdopodobnie zaowocuje wzrostem cen. Analitycy koncentrują się dziś przede wszystkim na opisie negatywnych zjawisk występujących na rynku nieruchomości, choć właściwie żaden z nich jeszcze przed kilkoma miesiącami nie wieszczył kryzysu. Minorowy ton pojawiający się w ich wypowiedziach jest chyba jednak równie mocno przesadzony, jak wyrażany wcześniej optymizm.

Janusz Michalczak

DZIENNIK POLSKI

interia.pl

Co psuje rynek nieruchomości?

Zgodnie z oczekiwaniami, maj przyniósł dalszy wzrost transakcji na rynku mieszkaniowym oraz niewielką zwyżkę cen w porównaniu z kwietniem.

W skali dwunastomiesięcznej dynamika spadków cen wciąż osiąga dwucyfrowe wartości - wynika z porównania transakcji przeprowadzonych przez klientów Open Finance i Home Brokera (po raz pierwszy włączyliśmy dane tej firmy do naszych statystyk). Na tle pozostałych miast wyróżnia się Kraków ze spadkiem mediany o 2,7 proc. Jednak jest to - jak sądzimy - efekt programu "Rodzina na swoim", który w niewielkim stopniu obejmuje stolicę Małopolski ze względu na niskie limity.

Teraz, aby skorzystać ze wsparcia Skarbu Państwa, należałoby w Krakowie kupić mieszkanie w cenie poniżej 5 340 zł za metr (to o prawie 15 proc. mniej niż mediana cen transakcyjnych dla tego miasta). W innych ośrodkach, gdzie skorzystać z programu jest znacznie łatwiej, dynamika spadku jest wyższa, ponieważ program "Rodzina na swoim" coraz silniej wpływa na cały rynek nieruchomości (liczba udzielonych kredytów w ramach programu wzrosła w maju do 2,86 tys. - to może być nawet 20 proc. wszystkich udzielonych w tym czasie kredytów hipotecznych), a sprzedający (także deweloperzy) dostosowują się do wymagań programu.

W Krakowie ceną za utrzymanie wysokiej mediany cen transakcyjnych jest wolniejszy przyrost transakcji. W Open Finance (nie uwzględniając transakcji Home Brokera) odnotowaliśmy zwyżkę o jedną trzecią w porównaniu z kwietniem w wymienionych niżej miastach.

W obecnych warunkach rynkowych (polityki zaostrzania dostępności kredytów hipotecznych) zwiększenie ilości transakcji jest po części efektem większej liczby klientów w oddziałach, ale także ożywieniem typowo sezonowym (drugi kwartał zwykle jest najlepszy dla liczby transakcji na rynku mieszkaniowym) i rosnącą popularnością programu dopłat do kredytów.


W porównaniu z kwietniem spadek cen został wyhamowany, ponieważ maj przyniósł wzrost w czterech na pięć monitorowanych miast. Danych w ujęciu miesięcznym nie będziemy jednak prezentować, ponieważ wahania w tak krótkim okresie uważamy za mało miarodajne.

Komentarz

Pomimo widocznego w II kwartale ożywienia, nie przesądzamy, że będzie mieć trwały charakter. Rynek pozostaje pod coraz większym wpływem programu "Rodzina na swoim", który coraz silniej oddziałuje na poziom cen i w pewien sposób zakłóca działanie sił rynkowych. Nie jest wykluczone, że w najbliższych kwartałach ceny transakcyjne będą mocniej niż do tej pory uzależnione od wskaźnika wartości odtworzeniowej, publikowanego przez GUS (od niego bowiem zależą limity w programie). W konsekwencji może to oznaczać łagodniejszy spadek cen niż wcześniej oczekiwany, ponieważ rynek podaży dostosowuje się do popytu, ten zaś jest stymulowany programem. Nie pierwszy raz szczytne intencje ustawodawców obrócić się mogą przeciwko beneficjentom programu. Zwłaszcza dyskutowane w parlamencie rozszerzenie katalogu beneficjentów (o osoby samotne, nie posiadające dzieci na utrzymaniu) może zapobiec spadkom cen mieszkań.

Oczekujemy utrzymania dobrej koniunktury jeszcze w czerwcu, natomiast trzeci kwartał przyniesie - w naszej opinii - wyraźne sezonowe spowolnienie rynku hipotecznego i liczby przeprowadzanych transakcji. Nie widzimy jednak podstaw do wzrostu cen w czwartym kwartale ani ożywienia akcji kredytowej poza programem dopłat kredytowych. W drugim półroczu oczekujemy zatem łagodnego spadku cen mieszkań.


Open Finance

Wrocław i Kraków notują wzrost cen w porównaniu z grudniem. Miasta te jako pierwsze zmierzyły się z bessą na rynku nieruchomości, czego efektem jest niska baza ubiegłego roku. Warszawa i Poznań są pod tym względem opóźnione (bessa zastała je najpóźniej), dlatego spadek cen mieszkań jest tam nadal wyraźny.

Emil Szweda, Bernard Waszczyk - analitycy Open Finance

Współpraca: Home Broker

interia.pl

Co psuje rynek nieruchomości?

Zgodnie z oczekiwaniami, maj przyniósł dalszy wzrost transakcji na rynku mieszkaniowym oraz niewielką zwyżkę cen w porównaniu z kwietniem.

W skali dwunastomiesięcznej dynamika spadków cen wciąż osiąga dwucyfrowe wartości - wynika z porównania transakcji przeprowadzonych przez klientów Open Finance i Home Brokera (po raz pierwszy włączyliśmy dane tej firmy do naszych statystyk). Na tle pozostałych miast wyróżnia się Kraków ze spadkiem mediany o 2,7 proc. Jednak jest to - jak sądzimy - efekt programu "Rodzina na swoim", który w niewielkim stopniu obejmuje stolicę Małopolski ze względu na niskie limity.

Teraz, aby skorzystać ze wsparcia Skarbu Państwa, należałoby w Krakowie kupić mieszkanie w cenie poniżej 5 340 zł za metr (to o prawie 15 proc. mniej niż mediana cen transakcyjnych dla tego miasta). W innych ośrodkach, gdzie skorzystać z programu jest znacznie łatwiej, dynamika spadku jest wyższa, ponieważ program "Rodzina na swoim" coraz silniej wpływa na cały rynek nieruchomości (liczba udzielonych kredytów w ramach programu wzrosła w maju do 2,86 tys. - to może być nawet 20 proc. wszystkich udzielonych w tym czasie kredytów hipotecznych), a sprzedający (także deweloperzy) dostosowują się do wymagań programu.

W Krakowie ceną za utrzymanie wysokiej mediany cen transakcyjnych jest wolniejszy przyrost transakcji. W Open Finance (nie uwzględniając transakcji Home Brokera) odnotowaliśmy zwyżkę o jedną trzecią w porównaniu z kwietniem w wymienionych niżej miastach.

W obecnych warunkach rynkowych (polityki zaostrzania dostępności kredytów hipotecznych) zwiększenie ilości transakcji jest po części efektem większej liczby klientów w oddziałach, ale także ożywieniem typowo sezonowym (drugi kwartał zwykle jest najlepszy dla liczby transakcji na rynku mieszkaniowym) i rosnącą popularnością programu dopłat do kredytów.


W porównaniu z kwietniem spadek cen został wyhamowany, ponieważ maj przyniósł wzrost w czterech na pięć monitorowanych miast. Danych w ujęciu miesięcznym nie będziemy jednak prezentować, ponieważ wahania w tak krótkim okresie uważamy za mało miarodajne.

Komentarz

Pomimo widocznego w II kwartale ożywienia, nie przesądzamy, że będzie mieć trwały charakter. Rynek pozostaje pod coraz większym wpływem programu "Rodzina na swoim", który coraz silniej oddziałuje na poziom cen i w pewien sposób zakłóca działanie sił rynkowych. Nie jest wykluczone, że w najbliższych kwartałach ceny transakcyjne będą mocniej niż do tej pory uzależnione od wskaźnika wartości odtworzeniowej, publikowanego przez GUS (od niego bowiem zależą limity w programie). W konsekwencji może to oznaczać łagodniejszy spadek cen niż wcześniej oczekiwany, ponieważ rynek podaży dostosowuje się do popytu, ten zaś jest stymulowany programem. Nie pierwszy raz szczytne intencje ustawodawców obrócić się mogą przeciwko beneficjentom programu. Zwłaszcza dyskutowane w parlamencie rozszerzenie katalogu beneficjentów (o osoby samotne, nie posiadające dzieci na utrzymaniu) może zapobiec spadkom cen mieszkań.

Oczekujemy utrzymania dobrej koniunktury jeszcze w czerwcu, natomiast trzeci kwartał przyniesie - w naszej opinii - wyraźne sezonowe spowolnienie rynku hipotecznego i liczby przeprowadzanych transakcji. Nie widzimy jednak podstaw do wzrostu cen w czwartym kwartale ani ożywienia akcji kredytowej poza programem dopłat kredytowych. W drugim półroczu oczekujemy zatem łagodnego spadku cen mieszkań.


Open Finance

Wrocław i Kraków notują wzrost cen w porównaniu z grudniem. Miasta te jako pierwsze zmierzyły się z bessą na rynku nieruchomości, czego efektem jest niska baza ubiegłego roku. Warszawa i Poznań są pod tym względem opóźnione (bessa zastała je najpóźniej), dlatego spadek cen mieszkań jest tam nadal wyraźny.

Emil Szweda, Bernard Waszczyk - analitycy Open Finance

Współpraca: Home Broker

interia.pl

NBP:Mieszkania jeszcze tańsze?

Mieszkania będą jeszcze tanieć. W całym roku realny spadek cen, czyli uwzględniając inflację, wyniesie 15-20 proc. - mówi Jacek Łaszek, szef Zespołu ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego.

Większość pośredników nie zgadza się z tą prognozą. - Jeśli popatrzymy na ceny ofertowe, to tych spadków nie widać. Właściciele nie są skłonni do obniżek, bo spodziewają się, że obecna sytuacja jest przejściowa i wzrosty cen powrócą - mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.

- Średnia cena może spaść, ale tylko dlatego, że będzie teraz budowanych więcej projektów tańszych. Jeśli chodzi o spadek cen porównywalnych projektów, to już go nie będzie - dodaje Robert Chojnacki, prezes redNet Property Group.

Są jednak pośrednicy, którzy spodziewają się, że w ciągu tego roku ceny mieszkań spadną o 20 proc.

- Według mnie już w tej chwili w przypadku wielu nieruchomości ceny obniżyły się o 15 proc. Pierwszy raz od czasu, gdy robię analizy rynku, pojawiły się na Mokotowie mieszkania wybudowane po 2000 roku, których cena spadła poniżej 7 tys. zł - mówi Jerzy Sobański z Agencji Akces.

Eksperci podkreślają, że szczególnie trudno sprzedać dzisiaj duże lokale.

- Większość mieszkań, które sprzedajemy, nie przekracza ceny 350 tys. zł. Niewiele osób stać na większe lokale. Nie obawiam się natomiast spadku cen mieszkań w nowo oddawanych budynkach, w centrach miast lub dobrze skomunikowanych z tym centrum - uważa Marcin Jańczuk.

Roman Grzyb

interia.pl

NBP:Mieszkania jeszcze tańsze?

Mieszkania będą jeszcze tanieć. W całym roku realny spadek cen, czyli uwzględniając inflację, wyniesie 15-20 proc. - mówi Jacek Łaszek, szef Zespołu ds. Rynku Nieruchomości w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego.

Większość pośredników nie zgadza się z tą prognozą. - Jeśli popatrzymy na ceny ofertowe, to tych spadków nie widać. Właściciele nie są skłonni do obniżek, bo spodziewają się, że obecna sytuacja jest przejściowa i wzrosty cen powrócą - mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse.

- Średnia cena może spaść, ale tylko dlatego, że będzie teraz budowanych więcej projektów tańszych. Jeśli chodzi o spadek cen porównywalnych projektów, to już go nie będzie - dodaje Robert Chojnacki, prezes redNet Property Group.

Są jednak pośrednicy, którzy spodziewają się, że w ciągu tego roku ceny mieszkań spadną o 20 proc.

- Według mnie już w tej chwili w przypadku wielu nieruchomości ceny obniżyły się o 15 proc. Pierwszy raz od czasu, gdy robię analizy rynku, pojawiły się na Mokotowie mieszkania wybudowane po 2000 roku, których cena spadła poniżej 7 tys. zł - mówi Jerzy Sobański z Agencji Akces.

Eksperci podkreślają, że szczególnie trudno sprzedać dzisiaj duże lokale.

- Większość mieszkań, które sprzedajemy, nie przekracza ceny 350 tys. zł. Niewiele osób stać na większe lokale. Nie obawiam się natomiast spadku cen mieszkań w nowo oddawanych budynkach, w centrach miast lub dobrze skomunikowanych z tym centrum - uważa Marcin Jańczuk.

Roman Grzyb

interia.pl

Grunt, to lokalizacja i cena

Telefoniczna Agencja Informacyjna Sp. z o.o. opracowała raport, w którym przeanalizowano i podsumowano ogłoszenia dotyczące sprzedaży działek w Polsce, w okresie od stycznia do maja 2009 r. Wynika z niego, iż w tym czasie opublikowano ponad 11,5 tys. bezpośrednich ogłoszeń dotyczących zbycia gruntów. Większość z nich pochodziła z województw dolnośląskiego, lubelskiego i mazowieckiego. Najczęściej sprzedawano grunty o wielkości od 1 001 do 3 000 m kw.

W okresie od stycznia do maja 2009 r., w Polsce, ogłoszonych zostało 11 575 informacji dotyczących chęci zbycia gruntów. Najwięcej działek w sprzedaży bezpośredniej oferowano w województwach: dolnośląskim - 1 798 informacji, lubelskim - 1 713 informacji, mazowieckim - 1 489 informacji. Natomiast najmniej ogłoszeń bezpośrednich opublikowano - w województwie podlaskim - 159 informacji.

Wśród miast, natomiast, najczęściej w ofertach sprzedaży gruntów przewijały się: Lublin (lubelskie), Warszawa (mazowieckie), Wrocław (dolnośląskie), Łódź (łódzkie) oraz Kraków (małopolskie). W tabeli zaprezentowane zostały dane ze wszystkich województw. Należy jednak dodać, że jest to liczba ogłoszeń bezpośrednich, a w niektórych z nich informowano o ofercie zbycia więcej niż jednego gruntu.


Informacja prasowa

Najczęściej na sprzedaż wystawiane były działki o powierzchni od 1 001 do 3 000 m kw., a najrzadziej działki o powierzchni do 500 m kw.


Informacja prasowa

Na sprzedaż wystawiane były głównie działki niezabudowane - 69 proc. wszystkich ogłoszeń.

Raport dotyczący obrotu działkami w Polsce powstał na podstawie informacji pozyskanych z prasy oraz ze źródeł internetowych. Analizie poddane zostały ogłoszenia drobne (bez ogłoszeń agencyjnych), przetargi dotyczące zbycia gruntów oraz informacje na temat licytacji komorniczych gruntów.

TAI

Telefoniczna Agencja Informacyjna Sp. z o.o. jest jednym z liderów rynku informacji gospodarczej, monitoringu prasy i monitoringu przetargów.

Grunt, to lokalizacja i cena

Telefoniczna Agencja Informacyjna Sp. z o.o. opracowała raport, w którym przeanalizowano i podsumowano ogłoszenia dotyczące sprzedaży działek w Polsce, w okresie od stycznia do maja 2009 r. Wynika z niego, iż w tym czasie opublikowano ponad 11,5 tys. bezpośrednich ogłoszeń dotyczących zbycia gruntów. Większość z nich pochodziła z województw dolnośląskiego, lubelskiego i mazowieckiego. Najczęściej sprzedawano grunty o wielkości od 1 001 do 3 000 m kw.

W okresie od stycznia do maja 2009 r., w Polsce, ogłoszonych zostało 11 575 informacji dotyczących chęci zbycia gruntów. Najwięcej działek w sprzedaży bezpośredniej oferowano w województwach: dolnośląskim - 1 798 informacji, lubelskim - 1 713 informacji, mazowieckim - 1 489 informacji. Natomiast najmniej ogłoszeń bezpośrednich opublikowano - w województwie podlaskim - 159 informacji.

Wśród miast, natomiast, najczęściej w ofertach sprzedaży gruntów przewijały się: Lublin (lubelskie), Warszawa (mazowieckie), Wrocław (dolnośląskie), Łódź (łódzkie) oraz Kraków (małopolskie). W tabeli zaprezentowane zostały dane ze wszystkich województw. Należy jednak dodać, że jest to liczba ogłoszeń bezpośrednich, a w niektórych z nich informowano o ofercie zbycia więcej niż jednego gruntu.


Informacja prasowa

Najczęściej na sprzedaż wystawiane były działki o powierzchni od 1 001 do 3 000 m kw., a najrzadziej działki o powierzchni do 500 m kw.


Informacja prasowa

Na sprzedaż wystawiane były głównie działki niezabudowane - 69 proc. wszystkich ogłoszeń.

Raport dotyczący obrotu działkami w Polsce powstał na podstawie informacji pozyskanych z prasy oraz ze źródeł internetowych. Analizie poddane zostały ogłoszenia drobne (bez ogłoszeń agencyjnych), przetargi dotyczące zbycia gruntów oraz informacje na temat licytacji komorniczych gruntów.

TAI

Telefoniczna Agencja Informacyjna Sp. z o.o. jest jednym z liderów rynku informacji gospodarczej, monitoringu prasy i monitoringu przetargów.

Zbudują halę za 44,8 mln zł

Budimex Dromex wybuduje za 44,8 mln zł netto halę widowiskowo-sportową dla gminy Ostrowiec Świętokrzyski - poinformował w komunikacie prasowym Budimex.

Według oczekiwań inwestora wykonawca powinien wybudować halę w ciągu dwóch lat, jednak Budimex Dromex zadeklarował, że hala zostanie wybudowana do końca 2010 roku.

Do końca lutego 2011 roku, po dokonaniu wszelkich odbiorów i uzyskaniu pozwoleń, hala ma zostać oddana do użytku.

PAP

Zbudują halę za 44,8 mln zł

Budimex Dromex wybuduje za 44,8 mln zł netto halę widowiskowo-sportową dla gminy Ostrowiec Świętokrzyski - poinformował w komunikacie prasowym Budimex.

Według oczekiwań inwestora wykonawca powinien wybudować halę w ciągu dwóch lat, jednak Budimex Dromex zadeklarował, że hala zostanie wybudowana do końca 2010 roku.

Do końca lutego 2011 roku, po dokonaniu wszelkich odbiorów i uzyskaniu pozwoleń, hala ma zostać oddana do użytku.

PAP

Gazociąg Północny zaszkodzi polskim portom

Gazociąg Północny zablokuje rozwój portów w Szczecinie i Świnoujściu - wynika z polskiego stanowiska w sprawie projektu rosyjsko-niemieckiego rurociągu, do którego dotarła "Gazeta Wyborcza".

Gazociąg Nord Stream chce zbudować konsorcjum kontrolowane przez Gazprom, żeby dostarczać gaz do Niemiec po dnie Bałtyku, z pominięciem Europy Środkowej.

Decydujący głos w sprawie tej inwestycji mają Rosja, Finlandia, Szwecja, Dania i Niemcy, bo rura przetnie wody, na których obowiązują prawa tych państw (mają one status tzw. państw pochodzenia). Natomiast Polska może tylko zgłaszać tym państwom swoje uwagi.

Tymczasem zdaniem polskich władz, Gazociąg Północny uniemożliwi m.in. bezpieczne wpływanie do portów statkom o takim zanurzeniu jak obecnie, bo przecina tor wodny prowadzący do tych portów. Zablokuje w ten sposób ich rozwój i zwiększy ryzyko awarii.

"Kommiersant": Niemcy mogą dołączyć do przeciwników Nord Stream

Niemcy mogą dołączyć do przeciwników Nord Stream (Gazociągu Północnego) - informuje w środę dziennik "Kommiersant" wyjaśniając, że przeciwko budowie bałtyckiej magistrali wystąpiła Bundeswehra.

Rosyjska gazeta podaje, że kilka tygodni temu dowództwo Bundeswehry skierowało do komisji obrony Bundestagu oficjalne pismo z żądaniem zmiany trasy Nord Stream.

Według "Kommiersanta", niemieccy wojskowi zwrócili uwagę, że gazociąg ma przebiegać w pobliżu morskiego poligonu koło wyspy Rugia, na którym Bundeswehra często organizuje manewry.

"Protest Bundeswehry to cios w plecy. Problemów z Nord Stream w Niemczech strona rosyjska się nie spodziewała" - podkreśla dziennik.

"Jeśli niemieccy wojskowi będą się upierali, to doprowadzi to zapewne do zmiany trasy i zwiększenia kosztów" - dodaje "Kommiersant".

Gazeta pisze, że problemy Nord Stream będą jednym z głównych tematów środowej wizyty szefa niemieckiej dyplomacji Franka- Waltera Steinmeiera w Moskwie, podczas której zostanie on przyjęty przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, spotka się z premierem Władimirem Putinem i przeprowadzi rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem.

"Kommiersant" zwraca uwagę, że niemieccy wojskowi już niejednokrotnie wyrażali niezadowolenie z powodu projektu Nord Stream.

W styczniu 2007 roku - przypomina dziennik - dowództwo Północnego Okręgu w Kilonii alarmowało, że budowa planowana jest w strefach, w których odbywają się ćwiczenia lotnictwa i marynarki wojennej Niemiec.

"W jego oświadczeniu wskazywano, że Bundeswehra nie może brać na siebie odpowiedzialności za ewentualne incydenty, do jakich może dojść w czasie przeprowadzania strzelań w pobliżu miejsc, w których układana będzie rura bądź w wyniku eksplozji niewybuchów" - pisze "Kommiersant".

Gazeta zauważa, że teraz z podobnym oświadczeniem oficjalnie wystąpiło dowództwo Bundeswehry. "Kommiersant" zaznacza, że ministrem obrony Niemiec jest przedstawicielem CDU, na której czele stoi kanclerz Angela Merkel.

Dziennik podaje również, że spółka Nord Stream, przyszły operator gazociągu, który przez Morze Bałtyckie ma bezpośrednio połączyć Rosję z Niemcami, potwierdziła, że Bundeswehra złożyła zastrzeżenia do projektu.

"Kommiersant" podkreśla, że nowe uwagi do Nord Stream zgłosiły też inne kraje regionu bałtyckiego - Polska, Estonia i Litwa, zaś Finlandia zażądała dodatkowych informacji o projekcie.

"W odpowiedzi Gazprom zagroził we wtorek Europie, że będzie sprzedawał swój gaz w innych kierunkach" - pisze moskiewska gazeta.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP


Gazociąg Północny zaszkodzi polskim portom

Gazociąg Północny zablokuje rozwój portów w Szczecinie i Świnoujściu - wynika z polskiego stanowiska w sprawie projektu rosyjsko-niemieckiego rurociągu, do którego dotarła "Gazeta Wyborcza".

Gazociąg Nord Stream chce zbudować konsorcjum kontrolowane przez Gazprom, żeby dostarczać gaz do Niemiec po dnie Bałtyku, z pominięciem Europy Środkowej.

Decydujący głos w sprawie tej inwestycji mają Rosja, Finlandia, Szwecja, Dania i Niemcy, bo rura przetnie wody, na których obowiązują prawa tych państw (mają one status tzw. państw pochodzenia). Natomiast Polska może tylko zgłaszać tym państwom swoje uwagi.

Tymczasem zdaniem polskich władz, Gazociąg Północny uniemożliwi m.in. bezpieczne wpływanie do portów statkom o takim zanurzeniu jak obecnie, bo przecina tor wodny prowadzący do tych portów. Zablokuje w ten sposób ich rozwój i zwiększy ryzyko awarii.

"Kommiersant": Niemcy mogą dołączyć do przeciwników Nord Stream

Niemcy mogą dołączyć do przeciwników Nord Stream (Gazociągu Północnego) - informuje w środę dziennik "Kommiersant" wyjaśniając, że przeciwko budowie bałtyckiej magistrali wystąpiła Bundeswehra.

Rosyjska gazeta podaje, że kilka tygodni temu dowództwo Bundeswehry skierowało do komisji obrony Bundestagu oficjalne pismo z żądaniem zmiany trasy Nord Stream.

Według "Kommiersanta", niemieccy wojskowi zwrócili uwagę, że gazociąg ma przebiegać w pobliżu morskiego poligonu koło wyspy Rugia, na którym Bundeswehra często organizuje manewry.

"Protest Bundeswehry to cios w plecy. Problemów z Nord Stream w Niemczech strona rosyjska się nie spodziewała" - podkreśla dziennik.

"Jeśli niemieccy wojskowi będą się upierali, to doprowadzi to zapewne do zmiany trasy i zwiększenia kosztów" - dodaje "Kommiersant".

Gazeta pisze, że problemy Nord Stream będą jednym z głównych tematów środowej wizyty szefa niemieckiej dyplomacji Franka- Waltera Steinmeiera w Moskwie, podczas której zostanie on przyjęty przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, spotka się z premierem Władimirem Putinem i przeprowadzi rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem.

"Kommiersant" zwraca uwagę, że niemieccy wojskowi już niejednokrotnie wyrażali niezadowolenie z powodu projektu Nord Stream.

W styczniu 2007 roku - przypomina dziennik - dowództwo Północnego Okręgu w Kilonii alarmowało, że budowa planowana jest w strefach, w których odbywają się ćwiczenia lotnictwa i marynarki wojennej Niemiec.

"W jego oświadczeniu wskazywano, że Bundeswehra nie może brać na siebie odpowiedzialności za ewentualne incydenty, do jakich może dojść w czasie przeprowadzania strzelań w pobliżu miejsc, w których układana będzie rura bądź w wyniku eksplozji niewybuchów" - pisze "Kommiersant".

Gazeta zauważa, że teraz z podobnym oświadczeniem oficjalnie wystąpiło dowództwo Bundeswehry. "Kommiersant" zaznacza, że ministrem obrony Niemiec jest przedstawicielem CDU, na której czele stoi kanclerz Angela Merkel.

Dziennik podaje również, że spółka Nord Stream, przyszły operator gazociągu, który przez Morze Bałtyckie ma bezpośrednio połączyć Rosję z Niemcami, potwierdziła, że Bundeswehra złożyła zastrzeżenia do projektu.

"Kommiersant" podkreśla, że nowe uwagi do Nord Stream zgłosiły też inne kraje regionu bałtyckiego - Polska, Estonia i Litwa, zaś Finlandia zażądała dodatkowych informacji o projekcie.

"W odpowiedzi Gazprom zagroził we wtorek Europie, że będzie sprzedawał swój gaz w innych kierunkach" - pisze moskiewska gazeta.

źródło informacji: INTERIA.PL/PAP


Obniżysz ratę, kupując franki w kantorze

Już za trzy tygodnie będziesz mógł obniżyć ratę kredytu hipotecznego we frankach czy euro, spłacając go walutą kupioną w kantorze - informuje "Polska".
Pierwszego lipca wchodzą w życie przepisy Komisji Nadzoru Finansowego, które pozwolą kredytobiorcom uniknąć wysokich kursów sprzedaży waluty stosowanych przez banki. Najwyższe ma Dom Bank. Tam widełki pomiędzy kursem kupna a sprzedaży wynoszą aż 39 gr.

Aby móc spłacać kredyt hipoteczny walutą kupioną w kantorze, kredytobiorca po 1 lipca będzie musiał się udać do banku i podpisać aneks do umowy. Taką decyzję będzie można podjąć tylko raz podczas całego okresu kredytowania. Dlatego trzeba dokładnie przemyśleć, czy operacja się opłaci.

Istnieje też ryzyko, że gdy wielu klientów rzuci się do kupowania franka w kantorach, również tam podrożeje. - Tej waluty na rynku brakuje. Nie jest tak popularna jak euro. Przy większym popycie może to spowodować wzrost jego kursu również w kantorach - ocenia Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Więcej plusów i minusów w dzisiejszym wydaniu "Polski".
wp.pl

Obniżysz ratę, kupując franki w kantorze

Już za trzy tygodnie będziesz mógł obniżyć ratę kredytu hipotecznego we frankach czy euro, spłacając go walutą kupioną w kantorze - informuje "Polska".
Pierwszego lipca wchodzą w życie przepisy Komisji Nadzoru Finansowego, które pozwolą kredytobiorcom uniknąć wysokich kursów sprzedaży waluty stosowanych przez banki. Najwyższe ma Dom Bank. Tam widełki pomiędzy kursem kupna a sprzedaży wynoszą aż 39 gr.

Aby móc spłacać kredyt hipoteczny walutą kupioną w kantorze, kredytobiorca po 1 lipca będzie musiał się udać do banku i podpisać aneks do umowy. Taką decyzję będzie można podjąć tylko raz podczas całego okresu kredytowania. Dlatego trzeba dokładnie przemyśleć, czy operacja się opłaci.

Istnieje też ryzyko, że gdy wielu klientów rzuci się do kupowania franka w kantorach, również tam podrożeje. - Tej waluty na rynku brakuje. Nie jest tak popularna jak euro. Przy większym popycie może to spowodować wzrost jego kursu również w kantorach - ocenia Marek Rogalski, analityk DM BOŚ.

Więcej plusów i minusów w dzisiejszym wydaniu "Polski".
wp.pl

Miasta będą przejezdne najwcześniej za cztery lata

Korki na drogach stały się już tak uciążliwe, że informacyjna stacja telewizyjna TVN24 zdecydowała się kupić helikopter. Po co? By pokazywać obrazki z zatłoczonych miast i pomagać kierowcom omijać samochodowe zatory.
W Polsce lawinowo przybyło samochodów i wciąż ich przybywa. Tymczasem układy drogowe polskich miast dopiero zaczynają przypominać te ze średnio rozwiniętych miast Zachodu, bo o Stanach Zjednoczonych nie ma nawet co wspominać - mówi prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej, współautor polityki transportowej Warszawy.

Polskie miasta zaczęły już za to gonić te zza oceanu pod względem natężenia ruchu. Według ostatnich badań warszawskim mostem Grota-Roweckiego, najpopularniejszą stołeczną przeprawą przez Wisłę, przejeżdża już ponad 164 tys. pojazdów na dobę. To wynik porównywalny z natężeniem ruchu na autostradach w San Francisco lub Los Angeles.
Jest jednak szansa, że fatalna sytuacja na drogach największych polskich miast wkrótce się zmieni. Jak policzyła GP, sześć polskich metropolii (Warszawa, Gdańsk, Wrocław, Łódź, Kraków i Poznań) wyda co najmniej 17,8 mld zł na remonty i budowę nowych dróg oraz na usprawnienie komunikacji miejskiej.

Połowa tych pieniędzy - niemal 9,3 mld zł - to drogowo-komunikacyjny budżet Warszawy do 2013 roku. Niecały 1 mld zł będzie kosztował most Północny, którego budowa rozpoczęła się dwa tygodnie temu po ośmiu latach przygotowań. Ta inwestycja na razie nie utrudnia jednak życia kierowcom tak jak remont torowiska na innej warszawskiej przeprawie - wzdłuż Trasy W-Z biegnącej mostem Śląsko-Dąbrowskim.

Warszawa już teraz jest najbardziej rozkopanym miastem, a przez to i zakorkowanym. Modernizacji, remontów i przebudów jest tak dużo, że dwa lata temu powołano dodatkowe biuro w urzędzie miasta do koordynowania wszystkich prac.

Samych największych inwestycji prowadzonych i finansowanych tylko przez miasto, które rozpoczną się w tym i przyszłym roku, będzie 15. Ich łączna wartość to niemal 7,3 mld zł - mówi Tomasz Kunert, rzecznik miejskiego koordynatora ds. remontów.

Maciej Szczepaniuk

Z jakiego powodu najprawdopodobniej w połowie 2010 roku – Warszawa na dobre ugrzęźnie w korkach? Jakie inwestycje planują władze Krakowa? Dlaczego inwestycje budowane w Łodzi nie będą jednak aż tak wielkim utrudnieniem dla mieszkańców jak w innych miastach ?

Gazeta Prawna
wp.pl

Miasta będą przejezdne najwcześniej za cztery lata

Korki na drogach stały się już tak uciążliwe, że informacyjna stacja telewizyjna TVN24 zdecydowała się kupić helikopter. Po co? By pokazywać obrazki z zatłoczonych miast i pomagać kierowcom omijać samochodowe zatory.
W Polsce lawinowo przybyło samochodów i wciąż ich przybywa. Tymczasem układy drogowe polskich miast dopiero zaczynają przypominać te ze średnio rozwiniętych miast Zachodu, bo o Stanach Zjednoczonych nie ma nawet co wspominać - mówi prof. Wojciech Suchorzewski z Politechniki Warszawskiej, współautor polityki transportowej Warszawy.

Polskie miasta zaczęły już za to gonić te zza oceanu pod względem natężenia ruchu. Według ostatnich badań warszawskim mostem Grota-Roweckiego, najpopularniejszą stołeczną przeprawą przez Wisłę, przejeżdża już ponad 164 tys. pojazdów na dobę. To wynik porównywalny z natężeniem ruchu na autostradach w San Francisco lub Los Angeles.
Jest jednak szansa, że fatalna sytuacja na drogach największych polskich miast wkrótce się zmieni. Jak policzyła GP, sześć polskich metropolii (Warszawa, Gdańsk, Wrocław, Łódź, Kraków i Poznań) wyda co najmniej 17,8 mld zł na remonty i budowę nowych dróg oraz na usprawnienie komunikacji miejskiej.

Połowa tych pieniędzy - niemal 9,3 mld zł - to drogowo-komunikacyjny budżet Warszawy do 2013 roku. Niecały 1 mld zł będzie kosztował most Północny, którego budowa rozpoczęła się dwa tygodnie temu po ośmiu latach przygotowań. Ta inwestycja na razie nie utrudnia jednak życia kierowcom tak jak remont torowiska na innej warszawskiej przeprawie - wzdłuż Trasy W-Z biegnącej mostem Śląsko-Dąbrowskim.

Warszawa już teraz jest najbardziej rozkopanym miastem, a przez to i zakorkowanym. Modernizacji, remontów i przebudów jest tak dużo, że dwa lata temu powołano dodatkowe biuro w urzędzie miasta do koordynowania wszystkich prac.

Samych największych inwestycji prowadzonych i finansowanych tylko przez miasto, które rozpoczną się w tym i przyszłym roku, będzie 15. Ich łączna wartość to niemal 7,3 mld zł - mówi Tomasz Kunert, rzecznik miejskiego koordynatora ds. remontów.

Maciej Szczepaniuk

Z jakiego powodu najprawdopodobniej w połowie 2010 roku – Warszawa na dobre ugrzęźnie w korkach? Jakie inwestycje planują władze Krakowa? Dlaczego inwestycje budowane w Łodzi nie będą jednak aż tak wielkim utrudnieniem dla mieszkańców jak w innych miastach ?

Gazeta Prawna
wp.pl

Pilot zasilany... zapalniczką

Czy jest możliwość sterowania napędem bramy garażowej i wjazdowej zaawansowanym technologicznie pilotem, gdy nie dysponujemy bateriami czy akumulatorami? Teraz już tak. Umożliwia to pilot samochodowy zasilany bezpośrednio z gniazda samochodowej zapalniczki.
Wyobraźmy sobie, że wracamy do domu po ciężkim dniu pracy, nastroju nie poprawia zmieniająca się jak w kalejdoskopie aura - spotęgowany wiatrem deszcz i wdzierający się za kołnierz chłód. Kiedy docieramy w końcu przed naszą posesję i myślami już jesteśmy przy kubku gorącej herbaty i ciepłych kapciach, okazuje się, że pilot do bramy garażowej nie reaguje. Baterie uległy wyczerpaniu. Frustracja sięga zenitu w momencie, gdy okazuje się, że nie posiadamy w aucie kompletu nowych akumulatorów. Nie pozostaje nic innego jak opuszczenie przytulnego wnętrza pojazdu i samodzielne zmaganie się z zamkiem bramy, o ile oczywiście, brama została w taki zamek wyposażona…

Baterie? Nie, dziękuję!

Znaleziono idealne rozwiązanie skutecznie zapobiegające tego typu nieprzyjemnym sytuacjom. Firma normstahl wprowadziła do swojej oferty nowy model 3 – kanałowego pilota samochodowego. Użytkownik już nie musi się martwić, że baterie w pilocie wyczerpią się w najmniej oczekiwanym momencie, ponieważ pilot samochodowy korzysta z zasilania o mocy 12 V pobieranego bezpośrednio z gniazda zapalniczki samochodowej. Nie musimy się już kłopotać o zapasowe baterie czy zestaw akumulatorów.

Stałe miejsce dla pilota

Czy zdarzyło Ci się prowadzić wielogodzinne poszukiwania pilota do bramy, nie wiedząc, czy znajduje się on za siedzeniem, pod samochodowym fotelem czy może w bagażniku? Z nowym pilotem możemy ograniczyć ilość takich sytuacji do minimum. Trzykanałowy pilot ma teraz swoje stałe miejsce – po prostu jest umieszczony w gnieździe samochodowej zapalniczki, z której jest zasilany. Dzięki temu zawsze będzie w zasięgu wzroku, zapewniając komfort użytkowania.
Gwarancja bezpieczeństwa

Uruchamianie napędu bramy za pomocą fal radiowych jest o niebo wygodniejszym sposobem od uruchamiania kluczykiem czy zamkiem kodowym. Ponadto jest to sposób ultra bezpieczny. 3-kanałowy pilot samochodowy został wyposażony w nadajnik radiowy o częstotliwości 433,92 MHz. Ochronę przed przechwyceniem kodu przez osobę niepowołaną  i uruchomieniem bramy z obcego nadajnika zapewnia system kodu dynamicznie zmiennego – keeloq.  Działa on w sposób uniemożliwiający odkodowanie sygnału wysyłanego przez pilota poprzez transmisję unikalnego kodu wybranego spośród milionów różnych kombinacji, a ponadto przy każdym kolejnym użyciu pilota, sygnał wysyła inny kod, który jest wybierany za pomocą zaawansowanego algorytmu szyfrującego o 32 – bitowym bloku z 64 – bitowym kluczem szyfrującym. Dzięki temu uzyskujemy niemalże nieskończoną ilość kombinacji, co stanowi efektywną zaporę przed bezprawną próbą przejęcia sygnału.

Pilot pilotowi nierówny

Olbrzymią zaletą, którą doceni użytkownik pilota jest wyjątkowo duży zasięg. W terenie zabudowanym wynosi on 150 metrów, natomiast w terenie niezabudowanym sięga nawet do 300 metrów, co pozwala skutecznie skrócić czas oczekiwania na otwarcie bramy. Transmisja  jest sygnalizowana za pomocą diody informacyjnej, dzięki której zyskujemy pewność, iż wszystko działa bez zarzutu. Sygnał z wieloprzyciskowego nadajnika daje możliwość takiego zaprogramowania pilota, aby sterować nim nie tylko bramą garażową lub wjazdową, ale również oświetleniem podjazdu, czy też systemem alarmowym. Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, iż 3-kanałowy pilot jest w pełni kompatybilny ze wszystkimi pozostałymi urządzeniami rodziny normstahl, oszczędzając tym samym użytkownikowi czasu i nerwów poświęconych na mozolne programowanie poszczególnych elementów napędu.

3-kanałowy pilot samochodowy normstahl zasilany bezpośrednio z gniazda zapalniczki - cena: 95 + 22% VAT
2009-06-03
źródło: informacje prasowe/normstahl

Pilot zasilany... zapalniczką

Czy jest możliwość sterowania napędem bramy garażowej i wjazdowej zaawansowanym technologicznie pilotem, gdy nie dysponujemy bateriami czy akumulatorami? Teraz już tak. Umożliwia to pilot samochodowy zasilany bezpośrednio z gniazda samochodowej zapalniczki.
Wyobraźmy sobie, że wracamy do domu po ciężkim dniu pracy, nastroju nie poprawia zmieniająca się jak w kalejdoskopie aura - spotęgowany wiatrem deszcz i wdzierający się za kołnierz chłód. Kiedy docieramy w końcu przed naszą posesję i myślami już jesteśmy przy kubku gorącej herbaty i ciepłych kapciach, okazuje się, że pilot do bramy garażowej nie reaguje. Baterie uległy wyczerpaniu. Frustracja sięga zenitu w momencie, gdy okazuje się, że nie posiadamy w aucie kompletu nowych akumulatorów. Nie pozostaje nic innego jak opuszczenie przytulnego wnętrza pojazdu i samodzielne zmaganie się z zamkiem bramy, o ile oczywiście, brama została w taki zamek wyposażona…

Baterie? Nie, dziękuję!

Znaleziono idealne rozwiązanie skutecznie zapobiegające tego typu nieprzyjemnym sytuacjom. Firma normstahl wprowadziła do swojej oferty nowy model 3 – kanałowego pilota samochodowego. Użytkownik już nie musi się martwić, że baterie w pilocie wyczerpią się w najmniej oczekiwanym momencie, ponieważ pilot samochodowy korzysta z zasilania o mocy 12 V pobieranego bezpośrednio z gniazda zapalniczki samochodowej. Nie musimy się już kłopotać o zapasowe baterie czy zestaw akumulatorów.

Stałe miejsce dla pilota

Czy zdarzyło Ci się prowadzić wielogodzinne poszukiwania pilota do bramy, nie wiedząc, czy znajduje się on za siedzeniem, pod samochodowym fotelem czy może w bagażniku? Z nowym pilotem możemy ograniczyć ilość takich sytuacji do minimum. Trzykanałowy pilot ma teraz swoje stałe miejsce – po prostu jest umieszczony w gnieździe samochodowej zapalniczki, z której jest zasilany. Dzięki temu zawsze będzie w zasięgu wzroku, zapewniając komfort użytkowania.
Gwarancja bezpieczeństwa

Uruchamianie napędu bramy za pomocą fal radiowych jest o niebo wygodniejszym sposobem od uruchamiania kluczykiem czy zamkiem kodowym. Ponadto jest to sposób ultra bezpieczny. 3-kanałowy pilot samochodowy został wyposażony w nadajnik radiowy o częstotliwości 433,92 MHz. Ochronę przed przechwyceniem kodu przez osobę niepowołaną  i uruchomieniem bramy z obcego nadajnika zapewnia system kodu dynamicznie zmiennego – keeloq.  Działa on w sposób uniemożliwiający odkodowanie sygnału wysyłanego przez pilota poprzez transmisję unikalnego kodu wybranego spośród milionów różnych kombinacji, a ponadto przy każdym kolejnym użyciu pilota, sygnał wysyła inny kod, który jest wybierany za pomocą zaawansowanego algorytmu szyfrującego o 32 – bitowym bloku z 64 – bitowym kluczem szyfrującym. Dzięki temu uzyskujemy niemalże nieskończoną ilość kombinacji, co stanowi efektywną zaporę przed bezprawną próbą przejęcia sygnału.

Pilot pilotowi nierówny

Olbrzymią zaletą, którą doceni użytkownik pilota jest wyjątkowo duży zasięg. W terenie zabudowanym wynosi on 150 metrów, natomiast w terenie niezabudowanym sięga nawet do 300 metrów, co pozwala skutecznie skrócić czas oczekiwania na otwarcie bramy. Transmisja  jest sygnalizowana za pomocą diody informacyjnej, dzięki której zyskujemy pewność, iż wszystko działa bez zarzutu. Sygnał z wieloprzyciskowego nadajnika daje możliwość takiego zaprogramowania pilota, aby sterować nim nie tylko bramą garażową lub wjazdową, ale również oświetleniem podjazdu, czy też systemem alarmowym. Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, iż 3-kanałowy pilot jest w pełni kompatybilny ze wszystkimi pozostałymi urządzeniami rodziny normstahl, oszczędzając tym samym użytkownikowi czasu i nerwów poświęconych na mozolne programowanie poszczególnych elementów napędu.

3-kanałowy pilot samochodowy normstahl zasilany bezpośrednio z gniazda zapalniczki - cena: 95 + 22% VAT
2009-06-03
źródło: informacje prasowe/normstahl

Datury - królowe naszych ogrodów

Zwolenników tych okazałych roślin z każdym rokiem przybywa. Ich wyjątkowo duże kwiaty stanowić mogą niewątpliwie efektowną ozdobę każdego ogrodu.
Rośliny, zwane popularnie w Polsce daturami lub bieluniami, pochodzą z Ameryki Południowej. Należą do sporej rodziny roślin psiankowatych. Charakterystyczną cechą wszystkich datur są, wspomniane wyżej, niezwykle ozdobne, duże kwiaty, których charakterystyczny, intensywny zapach, łatwo wyczuć szczególnie po zachodzie słońca. Jeszcze do niedawna nazwą „datura” uczeni obejmowali około 25 gatunków roślin (zarówno jednorocznych, jak i bylin). Od pewnego jednak czasu, botanicy zaczęli wyodrębniać grupę roślin jednorocznych, nadając im łacińską nazwę Brugmansia. Nie skupiajmy się jednak na naukowych podziałach, lecz spróbujmy poznać lepiej te wspaniałe rośliny.

Datury są prawdziwymi królowymi naszych ogrodów. Są jednak roślinami dość wymagającymi. Preferują stanowiska dobrze oświetlone. Ostatecznie, mogą również rosnąć w półcieniu, należy jednak pamiętać, iż miejsce musi być dobrze osłonięte od wiatru. Jeżeli planujemy ozdobić tymi roślinami nasz balkon, nie zapominajmy, że bielunie wymagają przesadzania. Pojemniki kupujmy w specjalistycznych sklepach ogrodniczych, pamiętając, iż muszą mieć koniecznie nawiercone w dnie otworki. Na dno każdej donicy wsypujemy niewielką warstwę żwiru, resztę zaś zapełniamy bogatą w próchnicę ziemią ogrodniczą.

Datura jest rośliną, która wymaga codziennych zabiegów pielęgnacyjnych. Jednym z najważniejszych jest częste i regularne podlewanie. Większym roślinom, ubytki wody uzupełnia się nawet kilka razy dziennie. Pamiętajmy, że nawet niewielkie odstępstwa od tej reguły mogą spowodować opadnięcie liści oraz kwiatów.

Datury wymagają również stałego nawożenia. W okresie letnim nawozimy rośliny dwa razy w tygodniu. Warte polecenia są gotowe mieszanki nawozów, które kupimy w większych sklepach z artykułami ogrodniczymi.

Okres wegetacyjny rośliny te rozpoczynają już w marcu. Wczesna wiosna jest najodpowiedniejszym okresem na przesadzanie datur z donic do gruntu. Jeżeli nasza kolekcja znajduje się na balkonie, warto wymienić w pojemnikach wierzchnią warstwę ziemi. Datury są roślinami wrażliwymi na niskie temperatury. Od wczesnej jesieni przygotujmy więc je do zimowego spoczynku. W tym celu, stopniowo ograniczamy nawożenie i podlewanie. Przed wystąpieniem pierwszych przymrozków, warto przyciąć pędy roślin. Na zimę, wnosimy je  do suchych, przewiewnych pomieszczeń. Pamiętajmy o zapewnieniu daturom odpowiedniej ilości światła. Zimujących roślin nie należy zbyt często podlewać, gdyż nadmiar wilgoci może po prostu spowodować gnicie korzeni.

Kupując datury, nie kierujmy się jedynie względami finansowi. Warto udać się do dobrego sklepu lub zaufanego ogrodnika. Możemy w ten sposób zaoszczędzić wielu rozczarowań. Nie zapominajmy również, iż wszystkie części rośliny zawierają bardzo silnie trujące alkaloidy. Powinny być więc sadzone w miejscach niedostępnych dla dzieci.

DP    
2009-06-02
źródło: wp.pl

Datury - królowe naszych ogrodów

Zwolenników tych okazałych roślin z każdym rokiem przybywa. Ich wyjątkowo duże kwiaty stanowić mogą niewątpliwie efektowną ozdobę każdego ogrodu.
Rośliny, zwane popularnie w Polsce daturami lub bieluniami, pochodzą z Ameryki Południowej. Należą do sporej rodziny roślin psiankowatych. Charakterystyczną cechą wszystkich datur są, wspomniane wyżej, niezwykle ozdobne, duże kwiaty, których charakterystyczny, intensywny zapach, łatwo wyczuć szczególnie po zachodzie słońca. Jeszcze do niedawna nazwą „datura” uczeni obejmowali około 25 gatunków roślin (zarówno jednorocznych, jak i bylin). Od pewnego jednak czasu, botanicy zaczęli wyodrębniać grupę roślin jednorocznych, nadając im łacińską nazwę Brugmansia. Nie skupiajmy się jednak na naukowych podziałach, lecz spróbujmy poznać lepiej te wspaniałe rośliny.

Datury są prawdziwymi królowymi naszych ogrodów. Są jednak roślinami dość wymagającymi. Preferują stanowiska dobrze oświetlone. Ostatecznie, mogą również rosnąć w półcieniu, należy jednak pamiętać, iż miejsce musi być dobrze osłonięte od wiatru. Jeżeli planujemy ozdobić tymi roślinami nasz balkon, nie zapominajmy, że bielunie wymagają przesadzania. Pojemniki kupujmy w specjalistycznych sklepach ogrodniczych, pamiętając, iż muszą mieć koniecznie nawiercone w dnie otworki. Na dno każdej donicy wsypujemy niewielką warstwę żwiru, resztę zaś zapełniamy bogatą w próchnicę ziemią ogrodniczą.

Datura jest rośliną, która wymaga codziennych zabiegów pielęgnacyjnych. Jednym z najważniejszych jest częste i regularne podlewanie. Większym roślinom, ubytki wody uzupełnia się nawet kilka razy dziennie. Pamiętajmy, że nawet niewielkie odstępstwa od tej reguły mogą spowodować opadnięcie liści oraz kwiatów.

Datury wymagają również stałego nawożenia. W okresie letnim nawozimy rośliny dwa razy w tygodniu. Warte polecenia są gotowe mieszanki nawozów, które kupimy w większych sklepach z artykułami ogrodniczymi.

Okres wegetacyjny rośliny te rozpoczynają już w marcu. Wczesna wiosna jest najodpowiedniejszym okresem na przesadzanie datur z donic do gruntu. Jeżeli nasza kolekcja znajduje się na balkonie, warto wymienić w pojemnikach wierzchnią warstwę ziemi. Datury są roślinami wrażliwymi na niskie temperatury. Od wczesnej jesieni przygotujmy więc je do zimowego spoczynku. W tym celu, stopniowo ograniczamy nawożenie i podlewanie. Przed wystąpieniem pierwszych przymrozków, warto przyciąć pędy roślin. Na zimę, wnosimy je  do suchych, przewiewnych pomieszczeń. Pamiętajmy o zapewnieniu daturom odpowiedniej ilości światła. Zimujących roślin nie należy zbyt często podlewać, gdyż nadmiar wilgoci może po prostu spowodować gnicie korzeni.

Kupując datury, nie kierujmy się jedynie względami finansowi. Warto udać się do dobrego sklepu lub zaufanego ogrodnika. Możemy w ten sposób zaoszczędzić wielu rozczarowań. Nie zapominajmy również, iż wszystkie części rośliny zawierają bardzo silnie trujące alkaloidy. Powinny być więc sadzone w miejscach niedostępnych dla dzieci.

DP    
2009-06-02
źródło: wp.pl

Kupujemy telefon bezprzewodowy

Choć telefonia komórkowa cieszy się w naszym kraju nieustającą popularnością, część z nas decyduje się również na utrzymywanie w domu telefonu stacjonarnego. Dla wygody warto zastanowić się nad zakupem aparatu bezprzewodowego. Podpowiadamy, na co zwrócić uwagę przy zakupie.
Wydaje się, że nowoczesne telefony bezprzewodowe coraz bardziej upodobniają się do komórek – ze względu na różnorodność funkcji, a także coraz mniejsze rozmiary. Warto jednak pamiętać, by przed zakupem aparatu zastanowić się, jakie funkcje będą dla nas przydatne i czy rzeczywiście niezbędny jest nam w domu telefon z klawiszami wielkości główki od szpilki.

Znaczna większość producentów telefonów bezprzewodowych korzysta ze standardu DECT GAP, który zapewnia cyfrową transmisję głosu. Jedną z zalet jego zastosowania jest możliwość zainstalowania w domu kilku słuchawek, które będą połączone z jedną bazą. Dlatego, jeśli chcielibyśmy używać w domu kilku słuchawek, powinniśmy przed zakupem zorientować się, czy dany aparat posiada taką funkcję i ile słuchawek możemy maksymalnie zainstalować.

Standardowo, wg danych podawanych przez producentów, zasięg telefonów bezprzewodowych wynosi około 50 metrów wewnątrz pomieszczeń i nawet do 300 metrów na zewnątrz. Dlatego, w przypadku gdy chcemy np. rozmawiać spacerując w przydomowym ogrodzie, powinniśmy sprawdzić przed zakupem, jaki zasięg posiada dany model aparatu telefonicznego.
Jak powszechnie wiadomo, wraz ze wzrostem ceny aparatu rośnie również ilość posiadanych przez niego funkcji. Do tych podstawowych, które powinien posiadać dowolny telefon zalicza się m.in. regulację głośności dzwonka (niektóre modele posiadają również kilka, a nawet kilkanaście melodii dzwonka do wyboru) czy powtarzanie ostatnio wybieranego numeru (z ang. redial).

Warto również sprawdzić, czy dany model posiada takie funkcje, jak: przywoływanie słuchawki (paging) czy regulacja głośności słuchawki. Oprócz tego w telefonach bezprzewodowych często można spotkać się z funkcją listy połączeń wybieranych, przychodzących i nieodebranych. Związana jest ona jednak również z dostępnością usługi identyfikacji numeru przychodzącego u naszego operatora telefonicznego.

Przed zakupem aparatu bezprzewodowego powinniśmy również zastanowić się, jak często będziemy z niego korzystać. Jeśli mamy w zwyczaju prowadzić długie rozmowy, nasz telefon powinien charakteryzować się dużą mocą baterii, dzięki czemu będziemy mogli korzystać z telefonu przez dłuższy czas bez konieczności jego ładowania.

Często telefony bezprzewodowe wyposażone są również w funkcję tzw. skróconego (lub szybkiego) wybierania numeru. Oznacza to, że możemy zaprogramować w aparacie numery osób, do których najczęściej dzwonimy i łączyć się z nimi w prostszy sposób.

2009-06-02
źródło: wp.pl

Sprawdź najnowsze oferty w serwisie

Oceń nasz serwis

średnia ocen: 4,4

Ten serwis korzysta z mechanizmów cookies (ciasteczka)

| Polityka Cookies