Mieszkania to jeden z często używanych tematów przez wszelkiego rodzaju programy reporterskie. Pozbawienie lub nie przydzielenie komuś mieszkania, podwyżka czynszu to sprawy ważne bytowo i budzące duże emocje. Wydaje się jednak, że często relacje reporterskie są mało obiektywne i przedstawiają  problem zbyt jednostronnie.  W związku z tym postanowiłam opisać autentyczną historię jaką niedawno usłyszałam.

Historia pani Kazi

Otóż pewnego razu do sądu wpłynął wniosek starszej wdowy - nazwijmy ją Kazią - o nadanie jej prawa własności przez zasiedzenie małego, starego domku. Z pisma wynikało, że wnioskodawczyni mieszka tam od wielu lat i jest to jej jedyne miejsce zamieszkania. Przy składaniu wniosku p. Kazia pożaliła się sekretarce na swój ciężki los emeryta, którego w tym kraju nie stać nawet na własne mieszkanie. Wymieniła kilkanaście chorób na które cierpi, poskarżyła się, że musi sama dbać o ogródek i palić w piecu, sama kupić opał, a tu pieniędzy niewiele, na leki nie starcza.

Na pierwszy rzut oka p. Kazia to doskonała bohaterka do kolejnego Ekspresu Reporterów - doświadczona przez los, budząca współczucie kobieta. Murowana oglądalność i komentarze SMSowe wynikające z głębokich przemyśleń: Co za państwo!!! Straszne!!! Gdzie są władze??? Żal mi tej kobiety itp.

Ale wracajmy do sprawy, która powoli zaczęła się toczyć. Najpierw sprawdzono numer działki, na której znajdował się drewniany domek p. Kazi i okazało się, że właścicielka działki żyje i mieszka całkiem niedaleko, bo… w sąsiedztwie. Zgodnie z procedurą zawiadomiono ją o sprawie i wezwano do sądu.

Historia pani Marii

Kilka dni później w sekretariacie sądowym pojawia się kolejna starsza pani - nazwijmy ją Marią - by wyjaśnić zaistniałą, w jej mniemaniu, pomyłkę. Zdumiona p. Maria długo słuchała wyjaśnień sekretarki, zanim zrozumiała, że nikt się nie pomylił, tylko sąsiadka, zapomniała poinformować ją o swych sądowych pomysłach.

I tu zaczyna się druga historia, mniej łzawa i medialna niż pierwsza. Otóż Pani Maria przed laty kupiła wraz mężem 1,5 hektarową zabudowaną działkę. Był tam m.in. stary, drewniany domek.  Rodzina pani Marii mieszkała w nim kilka lat dopóki nie wybudowała sobie nowego domu. Były to trudne czasy - lata sześćdziesiąte - brak materiałów budowlanych, brak transportu, do tego praca zawodowa i czwroro dzieci. Pensja pielęgniarki i nauczyciela nie dawały kokosów, ale pani Maria i jej mąż należeli do ludzi pracowitych i upartych. Oprócz pracy zawodowej zajmowali się ogrodem warzywnym i hodowlą na własne potrzeby: mieli swoje mięso, jajka, warzywa i owoce – bez innych rzeczy jakoś dało się żyć. Przy dużym wkładzie własnej pracy fizycznej i kredycie udało im się w końcu wybudować prosty, spory dom, gdzie dzieci miały miejsce do nauki i piec stał w każdym pokoju - na ówczesne czasy luksus.  

W tym czasie zgłosiła się do męża p. Marii pani Kazia, której rodzina miała problem mieszkaniowy, z prośbą o użyczenie do zamieszkania starego, opuszczonego domu. Ustalono, że pani Kazia wraz z mężem i trójką dzieci wprowadzą się do budynku, który stał pusty od kilku lat, a w zamian odnowią go i będą o niego dbać. Ot – zwykła dobrosąsiedzka umowa, dawniej nie było to takie dziwne.

Pani Kazia i jej mąż zaakceptowali warunki. Oni  również pracowali zawodowo i uprawiali niewielkie pole oddziedziczone po rodzicach. Tym, co różniło ich sąsiadów, było podejście do życia. Otóż pani Kazia wraz z mężem lubili dobrze zjeść i zabawić się. Byli też bardzo gościnni - mówiło się, że u nich wódkę można pić szklankami, toteż amatorzy trunków bardzo lubili ich towarzystwo. Dzieci pani Kazi, które były coraz starsze, podobnie jak rodzice, też lubiły się bawić i często wypić. W końcu to żaden grzech, bo jedni lubią żyć wesoło, a drudzy mniej, jedni trochę wygodniej, a drudzy trudniej. Mimo tych różnic można – i tak było w tym przypadku - mieszkać obok siebie i utrzymywać dobre stosunki sąsiedzkie.

Po latach dzieci p. Kazi założyły rodziny i wyprowadziły się, mąż zmarł, a ona została w cudzym mieszkaniu zajmowanym przez lata na zasadzie sąsiedzkiej umowy. Gdy powiększająca się rodzina jednego z jej dorosłych dzieci przestała się mieścić na wynajętych 40m kwadratowych, pani Kazia wpadła na genialny pomysł, aby przejąć stary domek, w którym mieszkała, sprzedać go i za te pieniądze rozwiązać swoje problemy mieszkaniowe. Sprytne, prawda?

Wnioski?

Powiecie, że to rozumowanie pozbawione sensu? Dlaczego? Prości ludzie prosto odbierają świat - skoro w telewizji pokazują lokatorów, którzy wypłakali lub wytupali sobie mieszkania, a jeden z nich mówi, że ani prosić, ani dziękować nikomu nie będzie, bo to obowiązek państwa, żeby zapewnić obywatelom mieszkanie, to dlaczego im ma się to nie udać? Zawsze warto spróbować. A nóż coś z tego wyjdzie.

I życie pokazuje, że… wychodzi. Nie warto się starać, pracować, oszczędzać - lepiej cierpliwie czekać - może właściciel umrze, może zapomni, może państwo mnie uwłaszczy, może mi coś przydzielą, może oddłużą, a jak nie - to narobię hałasu, ściągnę telewizję lub prasę i zrobię im oglądalność, że pożałują.

Reportaże pełne są opowieści o paniach Kaziach, a widzowie nie dociekają przyczyn i ochoczo głosują, żeby wszystkich żalących się wspierać z państwowej kasy. Dziwi mnie dlaczego Polacy nie widzą związku miedzy swoimi podatkami, a wydatkami państwa? Ochoczo głosują, że wszystkim się wszystko należy - i tym co płacą i tym co wcale nie - i mieszkania i leczenie, i wczasy, i obiady i wycieczki i jabłka. Nie rozumieją, że państwo finansuje wszystkie te bonusy z ich ciężko zapracowanych i wpłaconych podatków.

W małych miejscowościach, gdzie nie ma anonimowości i życie jest trudne, ludzie nie są skłonni ulegać łzawym historiom, bo obowiązuje zdrowa zasada: jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Tam, wszyscy wiedzą, gdzie mieszkają ojcowie trójki dzieci pewnej wesołej pani, niezbyt skłonnej do tradycyjnej pracy i nie bardzo mają ochotę budować dla niej dom lub kupować mieszkanie. W dużych aglomeracjach łatwiej nas oszukać smutną historią chorego dziecka. Nie znając człowieka wierzymy jego słowom i spełniając dobry uczynek wspieramy datkiem, a  jeśli nie zawsze jest to pomoc trafiona - to dlatego, że ci najbardziej potrzebujący nie chodzą po ulicy z puszką, nie wywieszają tabliczek na piersiach, ale ukrywają swoją biedę, choć los czasami dokłada im kłopotów nad miarę.

Mieszkaniowy problem

Moim zdaniem problem mieszkań w Polsce istnieje, ale leży gdzie indziej. Od wielu lat działa w budownictwie dziwny układ sprzedawców oszustów usankcjonowany prawem. Co rusz słyszymy o grupach ludzi, którzy mimo, że próbują się zabezpieczyć notarialnymi aktami własności zostają pozbawieni oszczędności swego życia oraz nadziei na wymarzone mieszkanie. Poszkodowani podają nazwiska i adresy złodziei, pokazują sfałszowane przez nich dokumenty oraz oryginalne dokumenty świadczące o rzetelności firmy, z którą podpisali umowę na własny lokal. I co? I nic.

Nasze państwo nie broni szarego, uczciwego Kowalskiego. Każe mu czytać uważnie umowy i toczyć przez dziesiątki lat procesy cywilne.

W jednym z ostatnich programów p. Jaworowicz, który przedstawiał taką właśnie sprawę, zaproszony gość stwierdził, że w Europie (poza Polską) jest nie do pomyślenia, aby ktoś kupował dziurę w ziemi zamiast mieszkania i był przy tym zupełnie pozbawiony ochrony prawnej. U nas jest to normalne i mimo opisywanych przez dociekliwych reporterów afer niewiele się zmienia. Kupno mieszkania to loteria, nieprzespane noce i miesiące strachu - wybudują czy nie wybudują, oddadzą czy nie, może każą dopłacać, a może obciążyli hipotekę? Pracownicy budowlani to druga grupa poszkodowanych – oni mimo wykonanej pracy nie dostają wynagrodzeń. Firmy podwykonawcze bankrutują, bo nie są w stanie zapłacić obciążeń wobec państwa (podatek płaci się w Polsce o wystawionej, a nie od zapłaconej faktury (!) - raj dla złodziei, koszmar dla rzetelnego płatnika), a inwestor ma się doskonale i działa dalej.

Obywatel czuje się malutki i słaby wobec prawniczej machiny pracującej na rzecz oszustów, a politycy utrzymywani z naszych podatków nie czują się w obowiązku, aby mu pomóc. Polityków szary, pracujący Kowalski interesuje tylko przed wyborami, po wyborach mają oni własne, ważniejsze interesy do załatwienia i tak jest niestety od wielu lat.

Chyba zaczynam rozumieć dlaczego 250 lat temu niektórzy Polacy woleli administrację zaborców niż własną i jest mi smutno z tego powodu.

 

interia.pl