Doniczki i kinkiety trzeba dopiero sprowadzić, ale pieniądze, które przed trzema laty, jako nadwyżka, zostały osadzone w bułgarskim złotym piasku, przyjęły się, zapuściły korzenie i przyniosły przyzwoity plon. Innymi słowy – boom budowlany, który rozpoczął się od wykupu działek, owocuje dziś tysiącami domków jednorodzinnych.

Dla jednych będzie to druga już posiadłość, dla większości – wymarzone miejsce na wakacje i emeryturę; ci, którzy zamierzali odsprzedać nadmorską willę z niemałym zyskiem, muszą zaczekać do lepszych czasów. Bułgaria przeżyła jakoś kilkunastomiesięczny okres boomu budowlanego, doczekała recesji i z ulgą wróciła do gospodarki owocowo-warzywnej.

Ceny przestały rosnąć, na cygańskich bryczkach ciągniętych przez konie z barwną uprzężą kolebią się ostatnie wiaderka z farbą i kartony z kafelkami; lepiej nie dociekać, skąd pochodzą. Nowi przybysze wędrują po bazarkach budowlanych, wybierając tapczany, szczotki do sedesu i lampki do czytania, zastanawiając się, kiedy mogą liczyć na obiecywane rok temu wyasfaltowanie ulicy i posadzenie drzewek.

"Plażowa kolonizacja" Bułgarii nie zostanie zapewne odnotowana przez pisma, lubujące się w opisywaniu życia najsławniejszych i najbogatszych. Rosyjskie gwiazdy show-biznesu nad Nesebyr przedkładają Miami, gwiazdy mediów – andaluzyjską Marbellę, a właściciele naprawdę poważnych środków – Lazurowe Wybrzeże i Londyn.

Dla jednych będzie to druga już posiadłość, dla większości – wymarzone miejsce na wakacje i emeryturę; ci, którzy zamierzali odsprzedać nadmorską willę z niemałym zyskiem, muszą zaczekać do lepszych czasów. Bułgaria przeżyła jakoś kilkunastomiesięczny okres boomu budowlanego, doczekała recesji i z ulgą wróciła do gospodarki owocowo-warzywnej.

Ceny przestały rosnąć, na cygańskich bryczkach ciągniętych przez konie z barwną uprzężą kolebią się ostatnie wiaderka z farbą i kartony z kafelkami; lepiej nie dociekać, skąd pochodzą. Nowi przybysze wędrują po bazarkach budowlanych, wybierając tapczany, szczotki do sedesu i lampki do czytania, zastanawiając się, kiedy mogą liczyć na obiecywane rok temu wyasfaltowanie ulicy i posadzenie drzewek.

"Plażowa kolonizacja" Bułgarii nie zostanie zapewne odnotowana przez pisma, lubujące się w opisywaniu życia najsławniejszych i najbogatszych. Rosyjskie gwiazdy show-biznesu nad Nesebyr przedkładają Miami, gwiazdy mediów – andaluzyjską Marbellę, a właściciele naprawdę poważnych środków – Lazurowe Wybrzeże i Londyn.

Uroda tego prostego życia urzeka, ale też prowadzi do niewesołej refleksji: w Rosji najwyraźniej nie czuje się bezpieczne nawet relatywnie niewielki kapitał, szuka pierwszej dogodnej okazji, by zagrzać miejsca gdzieś za granicą, choćby w unijnej już Bułgarii. Ludzie z moskiewskiej "wyższej klasy średniej" trafiają tu – i to tutaj spacerują po nie-do-końca-równych chodnikach, kupują pamiątkowe kilimy na ulicznych stoiskach, piją kawę i automatu i przebierają w stosach źle wyprawionych torebek z jagnięcej jakoby skórki.

Ich pieniądze mogłyby przecież pracować w Rosji – ale tam najwyraźniej nikomu nie chce się schylić po podobne kwoty. Rząd do spółki z gigantami budowlanymi gotów jest wydać miliardy na potiomkinowskie miasteczko olimpijskie w Soczi, ale nikomu nie chce się zainwestować w rewitalizację niewielkich, czarnomorskich miasteczek, które mogłyby gościć nie milionerów, lecz po prostu nieźle zarabiających fachowców.

Tak to już jest: w krajach z wielkimi ambicjami i słabo rozwiniętą gospodarką za ciasno jest i pieniądzom i ludziom – jedni i drudzy starają się wynieść nad jakieś niedalekie, w miarę ciepłe morze. Tam, gdzie życie jest prostsze i bezpieczniejsze, przybysze z wyższej klasy średniej mogą osiąść, choćby na lato, bez obaw. Nasi "przedsiębiorcy budowlani" przemykają w konwoju trzech jeepów, otoczeni ochroniarzami, bułgarscy – już bez cudzysłowu – siedzą w jednoosobowych biurach, bez sekretarki, i nie poczytują sobie za ujmę osobistego oprowadzenia ewentualnych nabywców po wszystkich włościach.

Choćby i Nikołaj Dimow Andreew, którego spodnie od dresu malowniczo wzdyma wiatr od morza, kiedy oprowadzana nas po terenie, a nieodłączny papieros żarzy się coraz wyraźniej w miarę, jak zapada zmierzch. Inwestor, majster budowlany i deweloper w jednym, rad oprowadza po domku jednorodzinnym, wystawionym na wydmie; pierwszy nabywca, gdzieś z Syberii, spóźnił się z kolejną ratą o pół roku i posiadłość, w której największy wydaje się być taras, z powrotem trafiła na rynek.

W północnej części zatoki odbijają się światła Nesebyru, gdzieś daleko na wschodzie miarowo błyska latarnia morska, o brzeg uderzają fale, wydma kończy się szeroką plażą.

– Ostatnie pokoje z widokiem na morze w Bułgarii! – krzyczy nam wprost do uszu, przekrzykując wiatr, deweloper Andreew. – Włoskie kafelki, księżycowy blask na falach widać prosto z sypialni, można nawet dziś przenocować i sprawdzić!

Moje rzeczy zostały jeszcze w przybudówce, więc póki co będziemy sąsiadami. Jęzor ubitego piasku, oddzielający zatokę od morza, ciągnie się przez blisko dziesięć kilometrów, obiecując szalone eskapady rowerowe i znaleziska w postaci dzikich, jednorodzinnych plaż. Cały dom przesycony jest zapachem wody i jodu, tarasowe poręcze drżą od wiatru niczym wanty jachtu. Wokół domu dwie szopy, sterty wodorostów i poremontowe śmiecie.

– A zaraz z tyłu – najlepsze w kraju kąpiele w brudzie – rzuca na szale ostatni argument Nikołaj Andreew.

– Kąpiele w błocie? – upewnia się zaniepokojony przybysz.

– Tak! Tak! Właśnie! - kręci odmownie głową pełen zapału gospodarz.

Kłopot z tymi Bułgarami. Wszystko u nich odwrotnie niż u nas.


Wiedomosti Jewgienij Żadkiewicz