Trudno jednak mówić o powrocie, gdy rynku normalnego w Polsce de facto nie było nigdy. Czego zatem możemy się spodziewać? Raczej kreowania nowej normalności, a w sytuacji dużej niepewności na finansowych rynkach światowych –  nigdy już nie będzie ona statyczna, lecz zawsze dynamiczna.
 
Rozwiązania matrycowe, zakładające zmienność – nawet w krótkim okresie, więcej ograniczeń niż ułatwień, a także wprowadzanie nowych czynników w trakcie procesu deweloperskiego czy inwestycyjnego, wydają się jedynymi gwarantującymi relatywne bezpieczeństwo projektu. Utopia? Być może. Niemniej nad takimi modelami pracują teraz przedsiębiorcy, aby przekonać nieliczne instytucje finansowe do finansowania ich projektów. Na systemowe podejście do problemów może pozwolić sobie tylko jeden rodzaj przedsiębiorcy, a mianowicie taki, który ma doświadczenie w danym procesie.
I tacy właśnie przedsiębiorcy będą teraz zbierać premię za solidną prace i dobre oszacowanie sytuacji przed 2008 rokiem, za dobre zakupy ziemi, dobry wybór partnerów i mechanizmów finansujących. Sporo także będzie zależeć od właściwej analizy potrzeb klientów. 
 
W grudniu 2010 w Warszawie odbyły się dwie, bardzo dobre merytorycznie, konferencje: „Polski Rynek Mieszkaniowy” Nowego Adresu – skupiona wyłącznie na rynku mieszkaniowym oraz „Construction & Property Conference”Eurobuild, omawiająca działanie rynku komercyjnego, jednak z jednym panelem dyskusyjnym poświęconym „mieszkaniówce”. Większość poniższych informacji i komentarzy jest właśnie kompilacją komentarzy z tych dwóch spotkań branży, a tym samym pretekstem do przytoczenia najważniejszych kierunków rozwoju zarówno rynku mieszkaniowego, jak i komercyjnego w Polsce. Znamienne, że na mieszkaniowej konferencji Nowego Adresu było zaledwie kilku obcokrajowców, natomiast na „komercyjnym” spotkaniu Eurobuild – z zagranicy pochodziła ponad połowa obecnych.
Współzależność tych dwóch rynków jest oczywista, niemniej diametralnie różna ich specyfika tworzenia, opłacalności, wyceny. Wreszcie diametralnie różny jest ostateczny produkt nie tylko w kontekście użytkowym, ale pod kątem atrakcyjności inwestycyjnej. Przede wszystkim inny jest klient ostateczny: w pierwszym przypadku osoba fizyczna, klient indywidualny, w tym drugim zawsze klient instytucjonalny.
Z punktu widzenia inwestora brak jest w Polsce prime assets, czyli najlepszych nieruchomości do nabycia. Z punktu widzenia instytucji finansujących, czyli na obecną chwilę albo funduszy inwestycyjnych z Niemiec, UK, Skandynawii, albo banków niemieckich – takowe są, lecz jest ich zbyt mało. Są już nawet w Polsce producenci stuprocentowych „pewniaków” inwestycyjnych, jak na przykład biurowce Skanska, czy obiekty typu shopping-mall Mayland.
Inną kwestią jest realne finansowanie mieszkaniowych projektów deweloperskich, ze zdobyciem którego deweloperom łatwo nie jest. Na konferencji Nowego Adresu sektor bankowy, reprezentowany przez Pekao SA i BRE, deklarował gotowość do udzielania kredytów budowlanych, jednak tylko tym deweloperom, którzy już mają doświadczenie w prowadzeniu projektów. Kolejnym kryterium przyznania finansowania jest poziom przedsprzedaży, a także racjonalność samej inwestycji, jako produktu rynkowego.  
Nieruchomości mieszkaniowe natomiast, nie są w ogóle brane w Polsce (i całym regionie Centralnej Europy) pod uwagę jako opcja dla inwestorów instytucjonalnych. Podstawowym powodem nie jest nieufność tychże do samych deweloperów, czy (istotny) fakt, iż nie stanowią one strumienia dochodu, a do solidności struktury popytu i możliwości nabywczych Polaków, gdzie wynagrodzenie pozostaje dalece w tyle za ceną metra kwadratowego. Na marginesie, tymczasem nie ma w Polsce jeszcze produktu pod tytułem „nowoczesna kamienica czynszowa”. Jeszcze nie ma, ale z pewnością będzie, i to w krótkim okresie – finansowany, zwłaszcza z początku, jednak przez private equity.
Bardzo ważne dla nas wszystkich jest otoczenie, w którym sektor działa. Według profesora Wojciecha Orłowskiego, głównego doradcy ekonomicznego PWC, sytuacja krótko i średnioterminowa nie przedstawia się dla Polskiej gospodarki źle, niemniej przestrzegał przed hurra-optymizmem i zachłyśnięciem się tym, że nasza gospodarka (po części z własnej zasługi, a po części przypadkowo) radzi sobie w sytuacji światowego kryzysu wyjątkowo dobrze. Nie wolno zapominać, że kryzys na światowym rynku trwa nadal. Od recesji uratowały nas: coraz lepsze wykorzystywanie unijnych dotacji, dobra polityka gospodarcza, ograniczone zaciąganie zobowiązań, ale równocześnie – zapóźnienie Polski w sferze finansowej wtórnego rynku kredytów hipotecznych, niedostępności szerokiego wachlarza instrumentów pochodnych. Jednakże są przesłanki do tego, aby twierdzić, iż światowy kryzys finansowy może trwać jeszcze wiele lat, a Polska może radzić sobie lepiej niż inne kraje. „Mamy perspektywy na najbliższe lata – samo to już jest godne pozazdroszczenia” – podsumował swoje wystąpienie prof. Orłowski.  
 
Otoczenie rynku nieruchomości deweloperskich, czyli po angielsku new-construction, to nie tylko Warszawa, to nie tylko dwudziestu największych deweloperów, o których czytamy na co dzień w prasie. Zwłaszcza, że firmy doradztwa personalnego są zgodne, że Polacy coraz energiczniej i chętniej zmieniają miejsce zamieszkania, jeżeli wiąże się z tym dobra praca i płaca. I to niezależnie od stanowiska, więc dotyczy to zarówno szeregowych pracowników, jak i kadry zarządzającej. Przywiązanie do rodzinnego miasta nie jest już pewnikiem, jak jeszcze 5 lat temu, i jako istotny czynnik musi być brane pod uwagę przy planowaniu popytu ośrodka miejskiego na mieszkania w dłuższym okresie: zarówno w kwestii napływu, jak odpływu mieszkańców.
 
Jak wygląda ilość oferowanych, sprzedawanych mieszkań i domów, jak przedstawia się cenowa mapa metra kwadratowego, jak przekrojowo wygląda sytuacja w kluczowych miejskich ośrodkach w Polsce – przestawił REAS. Co ciekawe, prezentacja REAS jako jedyna została przedstawiona na obu konferencjach, niestety, przy pół-pustej sali na konferencji Eurobuild.
Z analiz REAS wynika, że po zapaści roku 2009 rynek w roku 2010 wrócił do skali z roku 2008, zarówno pod względem wartości zawieranych umów, jak i liczby rozpoczynanych nowych projektów w przeliczeniu na jednostki mieszkalne. Widoczne jest lepsze dopasowanie mieszkań wprowadzanych na rynek, czyli są tańsze. Ważne jest, że niższa cena wynika z mniejszego metrażu, a nie z obniżonej ceny metra kwadratowego. Ceny metra kwadratowego mieszkań wprowadzonych do sprzedaży utrzymują się od roku na tym samym poziomie, przy czym warto odnotować, że ceny mieszkań w całej dostępnej ofercie wykazują lekką tendencję spadkową o ok. 2%. Deweloperzy dyskutujący podczas panelu poświęconego tej tematyce podkreślali, że sytuacja na rynku się uspokaja, co pozwala na planowanie następnych projektów. Niemniej liczba niesprzedanych, gotowych już mieszkań pozostaje na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza w Warszawie, a kwartalnie sprzedaje się nie więcej niż ok. 20% aktualnej oferty.
Według podsumowania Metrohouse, w 2010 roku w Polsce najwięcej sprzedano mieszkań o powierzchni 45-60m2, w drugiej kolejności 30-45m2, cenowe widełki w których zmieściła się znakomita większość mieszkań to zakres pomiędzy 200 – 400 tysięcy złotych. Zdecydowana większość podpisanych umów przypadła na II połowę roku. Jako ciekawostkę dodam, że wg pośredników z Metrohouse w Warszawie najlepiej sprzedawały się… kawalerki i duże mieszkania.
Wypowiedzi praktyków działających zarówno na pierwotnym, jak i na wtórnym rynku nieruchomości były zgodne, uzupełniały się wzajemnie. Widać było wspólne, realistyczne postrzeganie rzeczywistości. To bardzo ciekawa sesja, bo wzięli w niej udział przedstawiciele firm faktycznie dostarczających nowe jednostki mieszkaniowe oraz tych, które jednostkami tymi obracają – stykając się z bardzo szerokim przekrojem klientów. Dodam także, że rynek nieruchomości mieszkaniowych – obok sprzedaży i kupna, to także najem, o którym jednak wciąż nie można mówić w formule sugerującej powstawanie nowych, desygnowanych temu, projektów mieszkaniowych. A projekty PPP, czy TBS wciąż buksują w miejscu. Szkoda, że nie było wśród zaproszonych gości przedstawiciela Banku Gospodarstwa Krajowego – operatora programu Rodzina na Swoim, jak i gestora ruszenia machiny Towarzystw Budownictwa Społecznego.
 
Małgorzata Kosińska (Członek Zarządu, Pirelli Pekao RE), zgodziła się, że istotnie praca dewelopera mieszkaniowego przypomina teraz chodzenie po pokruszonym szkle, niemniej twardo podkreśliła, że to nie jest zabawa a twardy biznes – a warunki do jego prowadzenia nie będą z pewnością łatwiejsze. Komentując kwestię spodziewanego popytu i jego rozłożenia w roku kalendarzowym, potwierdziła, że istotnie, mieszkania są wciąż relatywnie drogie dla Polaków, mimo faktu, że nieco wzrosły nam dochody, a ceny spadły. Dodała jeszcze, że jej firma cieszy się stałą liczbą transakcji, na podobnym poziomie jak przed okresem boomu mieszkaniowego. Określa popyt jako stabilny, bez gorączkowych skoków i spadków, co jest oznaką stabilizacji rynku.
 
Maurizio Sangalli, pełnomocnik zarządu firmy Verona Building zauważył słusznie, że w szczytowym okresie boomu nabywcy indywidualni mieli o 30 proc. większą zdolność kredytową.
 
Powtórzę jeszcze za REAS: „Statystyki potwierdzają także, że szczyt liczby mieszkań, oddawanych do użytku w mijającym cyklu koniunkturalnym, Polska ma już za sobą. W 2010 oddano w kraju łącznie niespełna 136 tys. mieszkań, o ponad 15% mniej, niż w tym samym okresie rok wcześniej. Deweloperzy oddali w tym okresie 53 tys. jednostek mieszkalnych, o 26% mniej, niż w roku ubiegłym" - napisano też w raporcie. Pomimo dość dobrej i regularnej sprzedaży wielkość oferty liczona łącznie dla sześciu aglomeracji osiągnęła na koniec roku poziom ok 39 tys.
 
Czyli widzimy, że jest produkt, jest produkcja – i będzie. Są także potrzeby mieszkaniowe. Teraz, aby tę potrzebę zamienić w realny popyt, potrzebne jest sprzęgło w postaci finansowania. I to sektor finansowy dostarcza taką możliwość. A zatem, jeżeli bezrobocie w miastach jest niskie, marże akceptowalne, spread’y zwalczone – dlaczego wciąż sprzedaż jest w niskich rejestrach?  
 
W ciągu ostatnich 5-6 lat liczba udzielanych kredytów wzrosła trzykrotnie, a ceny mieszkań w niektórych lokalizacjach – ponad dwukrotnie. Niestety nie szło to w parze ze wzrostem naszych zarobków, które urosły co najwyżej o kilkadziesiąt procent.
Na spotkaniach, podsumowujących rok w sektorze, najciekawszy jest zawsze wielogłos reprezentantów poszczególnych branż szerokorozumianego rynku mieszkaniowego: zarówno ze strony „podaży”, jak i „popytu”, a także nieodzownego łącznika – instytucji finansowych. Zakładając spojrzenie makro: na gospodarkę, rynek nieruchomości – pierwotny i wtórny, problematykę finansowania; a następnie – spojrzenie już bardziej skupione na poszczególnych, reprezentatywnych dla rynku nieruchomości kwestii dotyczących planowania, produkcji, sprzedaży etc., coraz ważniejsze są nie tylko opinie i predykcje fachowców wynikające z ich doświadczenie, ale twarde i wiarygodne wyniki bieżących badań pokazujących oczekiwania, plany, realne możliwości rynku.
Jak wynika z prezentacji Jacka Furgi ze Związku Banków Polskich oraz wypowiedzi przedstawicieli banków i brokerów, Polacy zaciągnęli w 2010 roku więcej kredytów niż w roku poprzednim. Średnia wartość kredytu ustabilizowała się na poziomie 200 tys. PLN. Co bardzo charakterystyczne, od 2009 roku widać zdecydowaną, bo 70%-ową, dominację kredytów zaciąganych w PLN. Odsetek kredytów w EUR wzrósł z 9% w 2009 do poziomu ok. 20% z końcem 2010. Coraz mniej popularne są kredyty w CHF.
Przysłów i powiedzeń dotyczących pieniędzy jest wiele: „pecunia non olet”, „money makes the world go round”, w końcu filmowe „greed is good”. Ostatnie 2 lata to jednak stwierdzenie: „Money is not King anymore. Money is God”. I to właśnie kwestia rozwoju i dostępności rynku kredytów hipotecznych napotkała odmienne opinie wśród uczestników konferencji. Wg Jacka Bieleckiego z Polskiego Związku Firm Deweloperskich, przyszłość nie rysuje się zbyt różowo: „Planowane przez Komisję Nadzoru Finansowego rekomendacje S2 i T z pewnością nie pomogą rynkowi kredytów hipotecznych. Polacy pesymistycznie oceniają swoje możliwości, jeśli chodzi o finansowanie nieruchomościowych zakupów. Maleje budownictwo domów metodą gospodarczą, bo inwestorom zaczyna brakować pieniędzy. Według mnie popyt na mieszkania w ciągu najbliższych dwóch lat może być słabszy.
I jeszcze jedne badania – tym razem pytano anonimowo klientów indywidualnych o ich zakupy, preferencje i plany dotyczące zakupu mieszkania, lub domu. Badania rynkowe „Polski Rynek Mieszkaniowy – Popyt i preferencje nabywców” zostały po raz kolejny opracowane przez Nowy Adres S.A. i zlecone niezależnemu instytutowi badawczemu GfK Polonia. Generalnie potwierdzają one przytoczone powyżej komentarze branży finansowej, deweloperów i doradców: poziom cen oferty rynku pierwotnego i wtórnego jest bardzo wysoki dla przeciętnego kupującego. Podkreślę: nie dla przeciętnego Polaka, tylko już dla przeciętnego kupującego. Największa grupa nabywców poszukuje i kupuje mieszkania w metrażu od 41 do 60 m2 (z 27% do 38%), kosztem mieszkań mniejszych do 40m2 (z 22% do 15%) oraz większych 61-75m2 (z 25% do 18%). Rośnie odsetek osób planujących zakup mieszkania w ciągu najbliższych 36 miesięcy, jednak plany te są odsuwane w czasie na późniejsze terminy. Do najważniejszych przyczyn rezygnacji lub odsunięcia zakupu należą wysokie ceny (z 40% do 44%), obawa utraty pracy (z 14% do 20%) oraz wysokie oprocentowanie kredytów (z 23% do 21%).
Z powodu zbyt wysokich cen i niższej dostępności kredytów zastygł rynek domów (zwłaszcza większych, powyżej 110m2) i działek; rzadziej kupowane były również drogie mieszkania z rynku pierwotnego. Wzrosła i rośnie za to popularność tańszych mieszkań i domów z rynku wtórnego. Rosnącym zainteresowaniem cieszy się rynek wtórny, często ze względu na połączenie natychmiastowej dostępności, infrastruktury otoczenia oraz oczywiście atrakcyjnej ceny.
Ciekawe, że mimo tak zmasowanych ostatnio ataków na środowisko pośredników w obrocie nieruchomościami, rośnie szybko udział tychże w zawieranych transakcjach: pośrednicy brali udział w co trzeciej transakcji na rynku wtórnym. Moim zdaniem to dobry trend, pokazujący wzrost świadomości korzyści z pracy z pośrednikiem, zapewniający bezpieczeństwo transakcji i stopniowe porządkowanie rynku obrotu nieruchomościami. Warto też wspomnieć, że wg Metrohouse aż 20% mieszkań na rynku wtórnym stanowią mieszkania nowe.
Nietypowym i cieszącym się bodaj najliczniejszą widownią był panel ministerialny, na który przybyli trzej – byli i obecny – szefowie Resortu: min. Mirosław Barszcz, min. Sławomir Najnigier oraz obecny wiceminister, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury, Piotr Styczeń.
Wiceminister Piotr Styczeń w swoim wystąpieniu podkreślił, że budownictwo mieszkaniowe należy do szczególnych gałęzi gospodarki, której wynikom towarzyszą ogromne nadzieje i oczekiwania społeczne, co wyróżnia je z innych typów prowadzenia działalności gospodarczej. „Formułując przepisy ‘Rodziny na Swoim’ nie chciałem, aby powtórzyła się historia z lat 1998-2001, kiedy zniesienie ulg doprowadziło do wygaszenia produkcji deweloperskiej i kompletnego załamania podaży. ‘Rodzina na Swoim’, która zdobyła ok. 25% udział w rynku kredytowym, nie pozwoliła w apogeum kryzysu na zapaść w relacji podaż – popyt” – dodał.
Obecnemu rządowi Mirosław Barszcz, minister budownictwa z 2007 roku, zarzucał, iż zarówno system TBS, jak i program dopłat do kredytów hipotecznych „RnS”, który będzie kosztować budżet 3 mld złotych, trafiają do trzech decyli najlepiej zarabiających Polaków, czyli absolutnie nie do grupy, która takiej pomocy potrzebuje. Jako przykład niekorzystnej sytuacji przywołał niezadowalający stopień pokrycia planami zagospodarowania przestrzennego terenów w gminach oraz praktykę realizacji inwestycji jedynie w oparciu o wydawane warunki zabudowy.
 
Rynek nieruchomości mieszkaniowych nie funkcjonuje w próżni – jest mocno osadzony w realiach zarówno gospodarczych, jak i legislacyjnych. Dodatkowo, nasza gospodarka nie funkcjonuje w próżni; wpływa na nią wspólna polityka/regulacje UE, codzienność na niespokojnych rynkach finansowych i jeszcze wiele aspektów. Niestety pytanie: Co w obecnej dekadzie powinien zrobić polski rząd, aby Polakom mieszkało się lepiej? – pozostało bez odpowiedzi.
Ruch uliczny w miasteczku „polski komercyjny rynek nieruchomości” podlega zgoła innym zasadom, niż rynek mieszkaniowy. Przede wszystkim, prym wiodą pojazdy zagranicznych marek. A poważnie: to zagraniczna technologia, know-how, standardy doradztwa i wyceny oraz finansowanie napędza ten sektor gospodarki.
W tym sektorze nie ma emocji, wyciągania średniej z preferencji setek tysięcy indywidualnych klientów. Podczas, gdy obiekty komercyjne mają tę cechę, iż w prosty, matematyczny sposób można obliczyć ich wydajność, stopę zwrotu, etc, mieszkaniowe projekty na rynku z przytłaczająca preferencją kupna, nie mogą być traktowane jako pełnowartościowe w aspekcie inwestycyjnym. Nie stanowią spójnego źródła dochodu – jak kamienice czynszowe w Berlinie, Nowym Jorku, Oslo, czy Kopenhadze.
Bardzo ścisła jest tu także specjalizacja, zwłaszcza po 2008 roku. Z nielicznymi wyjątkami – ponieważ przyjemnie usłyszeć, iż bardzo duży deweloper nieruchomości biurowych zamierza powrócić z produkcją jednostek mieszkaniowych, i to jeszcze w tym roku. Podobnie jak w przypadku sektora mieszkaniowego, tu także karierę robi wyrażenie „w duchu ostrożnego optymizmu”.
 
Na rynku komercyjnym nie ma miejsca na szybko powstające nisze, na szybki sukces nowego gracza na rynku: tu słucha się i podąża za liderami. Szefowie funduszy inwestycyjnych, banków finansujących zakup, czy samą restrukturyzację projektu, deweloperzy biurowi i logistyczni, a także przedstawiciele największych zagranicznych firm doradczych dyskutowali podczas konferencji Eurobuild o wnioskach ze swojej działalności w 2010 roku i planach na następne lata.
 
Raczej mocno optymistycznie, a nie ostrożnie-optymistycznie, wypowiedział się Karol Bartos z funduszu MGPA: „Polska już nie należy do regionu Centralnej Europy, lecz przyłączyła się do Zachodnioeuropejskiego kręgu rynkowego. Problemem jest brak jakościowego produktu na rynku”. Być może sprawi to, że inwestorzy będą wychodzić poza największe polskie miasta i zainteresują się mniejszymi miastami?
 
O ile deweloperzy jednostek handlowych są spokojni o jutro – a nawet pojutrze, widząc jeszcze sporo nisz do wypełnienia, ich koledzy z firm deweloperskich specjalizujący się w powierzchniach biurowych wciąż będą się zmagać z nadpodażą biurowych metrów kwadratowych. Ich sprzymierzeńcem jednak będzie fakt, że sporo obiektów biurowych postarzało się w ostatnich latach, nie spełniając tym samym nowoczesnych norm i standardów.
 
Obiekty logistyczne to bardzo specyficzny produkt spośród nieruchomości komercyjnych. Liderzy branży – nie tylko w Polsce, ale i w całym regionie Europy Centralnej – są zgodni, że następny rok to kontynuacja dialogu z najemcami oczekującymi niskich stawek najmu, a także wypełniania dostępnych, już istniejących powierzchni. Polski rynek nie powinien oczekiwać realizacji nowych „pudełek”, jak pieszczotliwie nazywają je sami deweloperzy – chyba, że na wyłączne potrzeby określonego klienta. Można też przypuszczać, że jednym z powodów wstrzymania nowych inwestycji pozostaje fatalna infrastruktura drogowa naszego kraju.
 
Niewielki – i elitarny – klub deweloperów hoteli był zgodny, że Polska ma wciąż, wręcz nieprzebrany, potencjał w tej branży. Dowodem na to są sukcesy niewielkich i butikowych hoteli. Potwierdzono, że większość światowych sieci hotelowych – bezpośrednio, lub przez spółki siostrzane – interesuje się czynnie hotelowymi obiektami i lokalizacjami w naszym kraju.
 
Jeden z końcowych komentarzy z tego spotkania: „Gdzie budować? W dobrej lokalizacji i na taniej ziemi”można rozwinąć dalej: ryzykując próbę wytyczenia kierunku rozwoju sektora nieruchomości w Polsce. Ponieważ w to, że będzie się rozwijał nikt nie wątpi.
Pozostanie mniej uczestników rynku, zarówno w branży produkcyjnej, konstrukcyjnej, doradczej, jak i sprzedaży. Dotyczy to także – z czego sama jestem bardzo zadowolona – quasi doradców i quasi specjalistów od marketingu, nie mających pojęcia o analizie rynkowej i solidnym wsparciu sprzedaży, innym niż wydawanie budżetu Klienta.
Zauważają to na szczęście także sami deweloperzy, a sam marketing przechodzi poważny kryzys i przeniesienie oferty na modne portale społecznościowe sprawy nie załatwi. Marketing nieruchomości mieszkaniowych musi być nadzorowany i prowadzony przez osoby, które mają doświadczenie w sprzedaży. Ten fakt jest oczywisty dla sektora komercyjnego już od dawna. W sektorze mieszkaniowym potrzeba jeszcze na to czasu. Nie ma także jeszcze rozpoznawalnej grupy specjalistów sprzedających mieszkania/domy z pierwotnego rynku mieszkaniowego – gdzie przedziwna tendencja każe deweloperom zatrudniać prawie wyłącznie młodziutkich ludzi – przede wszystkim z powodu tradycyjnej (i naturalnej zresztą) struktury wynagrodzenia: niskiej podstawy wynagrodzenia i prowizji od zrealizowanej sprzedaży.Teraz musimy starać się bardziej: nie tylko lokalizacje muszą być staranniej wybierane, a projekty lepiej zaprojektowane, ale lepsze muszą być też kampanie reklamowe” – mówił na konferencji Nowego Adresu Maurizio Sangalli, pełnomocnik zarządu firmy Verona Building.
Na rynku mieszkaniowym w następnych latach nikt nie będzie grał na zwyżkę ceny lecz na stabilizację rynku, czyli sprzedaży. Nie na „powrót do normalności”, lecz na stabilizację, czyli przewidywalność rynku w krótszych interwałach czasowych. W Polsce i Europie Centralnej rynek mieszkaniowy jeszcze przez lata nie będzie mechanizmem do lokowania finansowania, a jedynie rynkiem użytkownika ostatecznego: właściciela lub wynajmującego.
Wysoka jakość obiektów, dążenie do ograniczenia ryzyka i poszukiwanie źródeł finansowania będą moim zdaniem determinowały działania na całym komercyjnym rynku nieruchomości. Może wtedy pojawią się w Polsce tak wyczekiwane niemieckie i norweskie fundusze emerytalne?
Określenie, które robi teraz karierę, i na które się już wzdragam to „ostrożny optymizm”. Robi ono karierę do tego stopnia, iż co ono tak naprawdę oznacza – nikt już nie wie. Mamy czas pokryzysowy i nie ma co udawać, że za czas niedługi będzie spokojniej i łatwiej. Powtarzając za profesorem Leszkiem Balcerowiczem „Dobrobyt i stabilizacja jest procesem długofalowym – i na taki należy się przygotować”.
Joanna Iwanowska
wiceprezes EIN
źródło: Property Journal  2-3/2011