- Wielkie drzwi, do których klamek ledwo mogłam dosięgnąć, rzeźbione sufity, skrzypienie pięknych dębowych podłóg, kuta balustrada na klatce schodowej z wyślizganą od milionów rąk poręczą - to było moje dzieciństwo - tak willę przy Morskim Oku 5 wspomina Marta Chowańczak, prawnuczka Arpada Chowańczaka, legendarnego kuśnierza przedwojennej Warszawy. - Najmniejszy pokój w moim domu miał 28 m kw. i 3,5 m wysokości... Babcia całe życie ubolewała, że moim pokojem jest służbówka - pokój przy kuchni specjalnie dla służącej wydzielony - miał zaledwie 10 m kw. i bajeczny widok na park. Babcia załamywała ręce, że w tym pokoju nawet klepki nie ma. Klepki nie było, były za to piękne, grube sosnowe deski, jakich nikt już dzisiaj nie uświadczy...

Z tej świetności willi Chowańczaka niewiele przetrwało. Choć i tak za cud należy uznać, że jeszcze nie zrównano jej z ziemią jak dwóch sąsiadujących z nią willi. Tydzień temu spłonął jednak dach i poddasze budynku. I nie był to pierwszy pożar przy Morskim Oku 5. Ale pierwszy, którym zajmie się prokuratura, bo miasto złożyło zawiadomienie o podejrzeniu celowego podpalenia willi. Budynek ma też zostać zabezpieczony - jak dotąd stał niemal otworem i często był miejscem spotkań bezdomnych i Bóg wie kogo jeszcze.
Przez lata willa była obiektem sporów i twórczych pomysłów urzędników. Jacek Laskowski, były zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków, proponował, by willę rozebrać... i wznieść ponownie w innym miejscu.

Jak to możliwe, że bezcenny dla miasta budynek z okresu dwudziestolecia międzywojennego znalazł się w takim stanie?

Barbara Jezierska, wojewódzki konserwator zabytków, przyznaje, że nie jest to przypadek wyjątkowy. Takie postępowanie z zabytkami ma nawet swoją nieoficjalną nazwę - system konstanciński.

- Rosnąca cena gruntów w Warszawie i w podwarszawskich miejscowościach - Konstancinie, Otwocku - sprawia, że opłaca się kupić ziemię ze stojącym na niej zabytkowym obiektem, później pozbyć się go, by postawić nowe budynki - twierdzi. - Parcie na inwestycje jest ogromne - potwierdza Karol Guttmejer z Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków. Zaś zdaniem prof. Waldemara Baraniewskiego z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego zawinili także rzeczoznawcy, którzy napisali opinie "na zlecenie inwestora. - Jest taka grupa dyżurnych ekspertów piszących dla deweloperów o "zdegradowanej zabudowie nadającej się do zburzenia" - mówił w wywiadzie dla piątkowej "Gazety Stołecznej".

Jezierska nie chce komentować zachowania swojego poprzednika Ryszarda Głowacza, który odmówił wpisania willi Chowańczaka do rejestru zabytków (wcześniej zezwolił na budowę osiedla apartamentowców w sąsiedztwie Pałacyku Bruehla na Młocinach).

Ale to nie zaniedbania konserwatorów sprawiają, że bezkarnie płoną zabytkowe wille w Konstancinie (willa Zbyszek spłonęła w listopadzie ub.r.), zaś inne są po prostu równane z ziemią. Taki los spotkał choćby wille Julisin, którą zburzono bez niczyjej wiedzy i zgody, choć według służb konserwatorskich była w doskonałym stanie. - Systematycznie składamy zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, ale prokuratura nic nie robi. O ile policja już ma świadomość i w każdej wojewódzkiej komendzie policji są tzw. zespoły zadaniowe do walki z przestępczością przeciwko zabytkom, o tyle prokuratura konsekwentnie umarza śledztwa z powodu niskiej szkodliwości czynu. I koniec. My to postanowienie zaskarżamy do sądu, sąd nakazuje przeprowadzenie śledztwa - tak było w przypadku willi Wierzbówka w Konstancinie - i sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia. Znowu nieszczęsna policja się natrudzi, my jeździmy i składamy zeznania, a potem znowu prokuratura umarza. Pisaliśmy nawet pisma do prokuratora krajowego, ale zostały bez odpowiedzi. Prosiliśmy o pomoc i zwracanie uwagi na te śledztwa - mówi Jezierska.

- Absolutnie nie podzielam stanowiska pani konserwator. My śledztwa prowadzimy niezwykle starannie - utrzymuje prokurator Hanna Jasiarowska, szefowa Prokuratury Rejonowej w Piasecznie, pod którą podlega Konstancin.

Ile było ich w ubiegłym roku? - Prowadziliśmy trzy sprawy dotyczące zabytków: sprawę willi Zbyszko [spłonęła], willi Julisin [została zburzona] oraz willi Wierzbówka [zniszczona przez przebudowę].

Sprawa Wierzbówki została powtórnie umorzona przez prokuraturę z powodu "braku cech przestępstwa", sprawę Zbyszka zamknięto "z powodu niewykrycia sprawców", natomiast sprawa Julisina "czeka na decyzje administracyjne niezbędne do jej rozstrzygnięcia", czyli jest zawieszona. Pani prokurator pytana, dlaczego nikomu nie postawiono zarzutów ws. Zbyszka, odpowiada wymijająco. - Podejrzewaliśmy podpalenie, ale nie znaleziono sprawcy. Dlaczego, skoro podejrzewano podpalenie, właściciel nie odpowiedział np. za niezabezpieczenie budynku? - Brak zabezpieczenia budynku to wykroczenie, a my się tym nie zajmujemy. Sprawę zwróciliśmy więc policji.

Na tzw. system konstanciński nie pomagają nawet wpisy obszarowe, które "wciągają" do rejestru zabytków całe dzielnice. - Prawo mamy niezłe, tylko ono nie jest egzekwowane - twierdzi konserwator. A w myśl ustawy o ochronie zabytków ten, kto uszkadza zabytek, podlega karze od trzech miesięcy do pięciu lat. Barbara Jezierska zna mnóstwo przypadków celowego niszczenia zabytków, ale pamięta zaledwie jedną sprawę, w której ktoś został za to skazany! A przecież nie tylko podpalenie, ale także choćby niewłaściwe zabezpieczenie zabytku już są wykroczeniem przeciwko tej ustawie. Równie nieskuteczne są nakazy zabezpieczenia budynków czy ich odbudowy. - W tej chwili prowadzimy postępowania, które ciągną się miesiącami lub nawet latami. Właściciele bez końca odwołują się od naszych decyzji - skarży się Jezierska.

Podkreśla, że w innych województwach sytuacja jest podobna. Wielu konserwatorów nie składa zawiadomień do prokuratury wiedząc, że i ta i tak nic nie zrobi. - Niestety, nie ma takiego prawa, które samo w sobie zmusi kogoś do jego przestrzegania. - Nie zrobimy przecież policji konserwatorskiej, bo czegoś takiego nie ma na całym świecie.

- dodaje Guttmejer.

Tomasz Markiewicz, Zespół Opiekunów Kulturowego Dziedzictwa Warszawy:

Winę za taki stan rzeczy ponoszą zachowujące się biernie służby konserwatorskie. Należy usamodzielnić wojewódzkich konserwatorów zabytków tak, by podlegali tylko pod naczelnego konserwatora. Uważam, że w Polsce niezbędne jest powstanie Państwowej Służby Ochrony Zabytków - takiej policji konserwatorskiej, której funkcjonariusze pracowaliby w terenie. Ktoś, kto odpowiadałby np. za Konstancin systematycznie, każdego tygodnia objeżdżałby swój teren. Dużym problemem są także rzeczoznawcy, którzy za ciężkie pieniądze są w stanie wydać o zdrowym budynku opinię kwalifikującą go do rozbiórki. Ministerstwo Kultury w każdym takim przypadku powinno wykreślać takich ludzi z listy biegłych. Nie wykluczamy, że będziemy takie sprawy zgłaszać do CBA. W końcu ktoś musi zacząć z tym walczyć.
Dlaczego w Warszawie i wokół stolicy znikają zabytki?metro@agora.pl

Źródło: Dziennik Metro
Kinga Graczyk, współpraca Tomasz Urzykowski, gw
2009-04-22, ostatnia aktualizacja 2009-04-22 21:52