Constantin Vayenas: Obecnie bardzo trudno jest mieć pewność przy podawaniu dokładnych prognoz - mówieniu o wzroście o 0,5 proc., 1 proc. czy 1,5 proc. To, co jest pewne, to fakt, że znaleźliśmy się w bardzo nietypowej, zagrażającej całemu światu sytuacji - a to nie miało miejsca już od wielu lat. Jednak większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że kryzys faktycznie zaczął się trzy lata temu: ceny nieruchomości na rynku amerykańskim zaczęły spadać w I połowie 2006 r.

Zobaczmy, jak wiele czasu trwało rozprzestrzenienie się kryzysu na cały świat. W Europie zaczął się od Irlandii, potem przeniósł się na Eurazję, aż po Władywostok. Spodziewam się recesji, a zatem ujemnego wzrostu gospodarczego. Tu akurat jednym z wyjątków jest Polska. Przewiduję również recesję w Ameryce Północnej i w Japonii.

A czy w tym pesymistycznym obrazie są jakieś pozytywy?

C. V.: Wzrost gospodarczy odnotuje część rynków wschodzących w Azji - przede wszystkim Chiny i Indie. Nieco słabiej, ale również na plusie będą kraje południowoamerykańskie. Pozytywnie oceniam również perspektywy Afryki i Bliskiego Wschodu.

Wspomniał Pan o Chinach jako przykładzie pozytywnym - tymczasem mówi się, że wzrost gospodarczy spadnie tam w tym roku do zera.

C. V.: Wszyscy zastanawiają się, co będzie z Chinami. Standardowo uważa się, że na kraj uzależniony od eksportu - a takim są Chiny - kryzys będzie miał duży wpływ. Jednak Państwo Środka jest wyjątkowe. Kluczowym czynnikiem są pieniądze: kto je ma? kto będzie wydawał?

Chiny będą wydawać. Rząd tego kraju ma pieniądze, rezerwy walutowe należą do największych na świecie. Jest tam miejsce do obniżania stóp procentowych - a nie wszystkie kraje mogą to robić, wystarczy spojrzeć, co się dzieje w Rosji. Moim zdaniem, chińska gospodarka będzie nadal rosła. Innym krajem tego regionu, który odnotuje wzrost, są Indie. Ale to, co jest jasne, to fakt, że kryzys się rozszerza i uderza w różnym czasie w różne kraje.

I na różne sposoby.

C. V.: Tak. Długi i głęboki wpływ będzie miał na kraje strefy euro, Amerykę Północną, Japonię.

A jaka jest sytuacja krajów rozwijających się? Czy są w lepszej sytuacji niż kraje rozwinięte, czy w gorszej?

C. V.: Mówiąc o krajach rozwijających się trzeba sobie uświadomić, że obejmują one 80 proc. mieszkańców Ziemi - 5,7 miliarda, że tworzy je niemal 150 krajów, wiele z nich jest już mocno rozwiniętych cywilizacyjnie i gospodarczo, ale znacznie więcej jest takich, które rozwijają się o wiele słabiej i zostają w tyle. Nie ma wątpliwości, że kryzys dociera do nich z opóźnieniem, ale uderza wszędzie, prognozy wzrostu gospodarczego są rewidowane w dół. Jednak rynki wschodzące można podzielić na kilka stref.

Europa Wschodnia jest najsłabsza, tu nie ma wątpliwości. Azja jest wciąż relatywnie mocna. Sytuacja Ameryki Południowej jest bardziej różnorodna: mamy silną Brazylię i słaby Meksyk. I wciąż mamy wzrost w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki. Sytuacja jest zatem różnorodna i o ile rok czy dwa lata temu ludzie inwestowali w rynki wschodzące, w działające tam fundusze, nie bardzo dbając, dokąd idą pieniądze, to teraz bardzo zwracają na to uwagę.

A kryzys dotyka rynki wschodzące w różny sposób. W niektórych pojawił się wcześniej niż w innych, niektóre są lepiej przed nim zabezpieczone.

A wśród tych krajów są i takie, które mają wiele pieniędzy - i same inwestują.

C. V.: Kluczową kwestią w obecnych czasach jest to, kto ma gotówkę. Nawet jeśli wszystkie prognozy pogarszają się dramatycznie, te kraje wciąż mają pieniądze. Projekty, w które inwestują, są długoterminowe, były przygotowywane 3-4 lata temu. Ale inwestorzy są dziś ostrożniejsi, nie wchodzą w nowe obszary inwestycyjne, nowe pomysły zostały odłożone w czasie. Jednym z powodów są spadające ceny ropy.

Ale Libia kupuje właśnie akcje UniCredit - a to nowy projekt.

C. V.: Rzeczywiście, na rynkach wschodzących są fundusze na inwestycje i ich właściciele szukają okazji do inwestowania. Powstawały tam nadwyżki środków, a takie nadwyżki często wychodzą poza granice kraju i są inwestowane np. w amerykańskie papiery skarbowe, nieruchomości czy chińskie banki. To pokazuje, że są wciąż kierunki inwestycyjne do wykorzystania.

To dobry czas do inwestowania, bo spółki tanieją.

C. V.: Podczas każdego kryzysu są zwycięzcy i przegrani.

Gdyby miał Pan stworzyć ranking rynków wschodzących, na którym miejscu znalazłaby się Europa Środkowa i Wschodnia?

C. V.: Niestety, na odległym. To często jest frustrujące dla inwestorów krajowych w takim państwie, jak np. Polska. Znają oni siłę polskiej gospodarki i nie mogą zrozumieć, dlaczego kraj jest oceniany jako ryzykowny, tak jak Europa Wschodnia.

Ale im więcej problemów pojawia się w kraju czy regionie, tym więcej zarządzających funduszami ma tendencje do grupowania krajów. Można to oceniać dobrze albo źle, ale tak jest. Teraz u inwestorów czerwone światło pali się dla całej Europy Wschodniej.

Pierwszym powodem jest fakt bardzo bliskich związków tych państw ze strefą euro - a jest ona dotknięta recesją. To nietypowa sytuacja, gdyż na ogół problemy krajów wschodzących są wewnętrzne. Drugi zaś, to fakt dużego zadłużenia krajów tego regionu.

Ogromne inwestycje były finansowane pożyczkami zagranicznymi.

Teraz te kraje mają duże deficyty na rachunku obrotów bieżących. Niektóre z tych deficytów są bardziej niebezpieczne - to zależy od finansowania. Generalnie jednak zagraniczni inwestorzy potrzebują uzasadnienia, dlaczego Polska jest w innej sytuacji, dlaczego jest lepsza, dlaczego jest bezpieczniejsza.

Grupowanie krajów, o którym Pan wspomniał, prowadzi do tego, że złoty słabnie nie z powodu problemów Polski, lecz dlatego, że słabsze są waluty innych krajów - zwłaszcza węgierski forint. Czy nie bardziej opłaca się inwestować w jeden czy kilka krajów w lepszej sytuacji niż nie inwestować w cały region?

C. V.: Wiele decyzji inwestycyjnych podejmowanych jest daleko stąd. Analitycy odwiedzają kraj, region raz czy dwa razy w roku. Ludzie zawsze szukają uproszczeń, obawiają się szczegółów. Polska ma duży deficyt - i jest to sygnał ostrzegawczy. Analitycy widzą sytuację strefy euro, jej wpływ na Europę Wschodnią, w tym także na Polskę. Widzą, że działające w regionie banki zagraniczne redukują akcję kredytową. To wszystko wpływa na ocenę Polski. W takiej atmosferze inwestorzy bardziej zwracają uwagę na negatywne informacje i potrzebują naprawdę silnych argumentów, by zainwestować w waszym kraju.

To, co jest korzystne dla Polski, to duża liczba ludności, co oznacza duży rynek wewnętrzny - a to jest obecnie bardzo ważne. Macie bardziej zdywersyfikowaną gospodarkę niż inne kraje regionu. To czyni Polskę bardziej interesującą, ale w obecnej sytuacji trzeba przekonać inwestorów do siebie, zaoferować powody do inwestowania.

W tej sytuacji co sądzi Pan o proponowanym terminie wprowadzenia euro w Polsce w roku 2012?

C. V.: Pierwszym sygnałem pokazującym dobrą pozycję Polski w drodze do euro jest to, co dzieje się ze stopami procentowymi. Zazwyczaj podczas kryzysu w krajach rozwijających się trzeba - w związku z osłabieniem waluty - podnosić stopy.

Tak jest w Rosji - i jest to oznaka słabości. Polska, w trudnych warunkach, obniża stopy - i to jest oznaka siły. To daje nadzieję, że Polska jest w lepszej sytuacji, jeżeli chodzi o politykę pieniężną. Nie można ciąć stóp, gdy inflacja jest zbyt wysoka, gdy zbyt dużo kapitału opuszcza kraj. To wszystko oznacza, że Polska jest na dobrej drodze do spełnienia kryteriów wejścia do strefy euro.

To wszystko oznacza, że Polska jest w lepszej sytuacji niż inne kraje regionu?

C. V.: W znacznie lepszej. Nie ma wątpliwości, że wasza pozycja jest silna. Nawet osłabienie waluty jest pozytywne. Wprawdzie nikt nie chce zbyt szybkiego słabnięcia waluty, słabnąca waluta nie pomaga gospodarce. Chciałbym podkreślić, że nie jest wcale pewne, że Polska pogrąży się w recesji. Za sześć miesięcy, choć ryzyko jest duże, można przypuszczać, że problemy będą mniejsze niż obecnie. To trend, który obserwuję w wielu krajach, które przeżywały kilkuletni wzrost gospodarczy.

Byłem w Brazylii, na Ukrainie, w Rumunii, Bułgarii i innych krajach. Mówiono tam: to nie nasz problem, to nie nasz kryzys. Niech inni się martwią. Kiedy odwiedzałem te państwa po kilku miesiącach, mówiono: to jednak również nasz kryzys. Dla Polski problemem może być opóźnienie w dojściu kryzysu - jego wpływ na gospodarkę może być przez to silniejszy. Ale nawet jeśli okaże się to prawdą, Polska i tak pozostanie w lepszej sytuacji niż pozostałe kraje Europy Środkowej i Wschodniej.

Dr Constantin Vayenas, szef Działu Badań Rynków Wschodzących w UBS Wealth Management, kieruje grupą specjalistów realizujących badania oraz dostarczających analizy i rekomendacje inwestycyjne w odniesieniu do kluczowych rynków wschodzących oraz głównych rodzajów aktywów. Constantin Vayenas podjął pracę w UBS w 1991 r. jako ekonomista w Dziale Badań Ekonomicznych w Zurychu. Kilka następnych lat spędził w Londynie jako analityk specjalizujący się w akcjach, inwestycjach o stałym dochodzie oraz rynkach walutowych.

Przed objęciem obecnego stanowiska w lipcu 2007 r., przez kilka lat pracował w UBS Investment Bank w Nowym Jorku. Constantin Vayenas jest autorem wielu publikacji poświęconych krajom rozwiniętym. Kształcił się w Republice Południowej Afryki, ukończył International Executive Programme we Francji (INSEAD), wykładał na Wydziale International Relations Uniwersytetu w Zurychu.

interia.pl/Sobota, 4 kwietnia (06:00)