- Pracowałam w zakładzie produkującym elementy do telefonów komórkowych w południowej Walii. Polacy stanowili tam połowę załogi. W grudniu wzywali nas po kolei i wręczali wypowiedzenia. Dwie trzecie ze zwolnionych to byli Polacy - mówi Anna Stelmach, która przyjechała do Anglii trzy lata temu.

O pracę martwią się też zatrudnieni w usługach i budownictwie. - Pracowałam jako kelnerka w firmie cateringowej, która obsługiwała przyjęcia dla bogatych ludzi. Gdy wybuchł kryzys wszyscy zaczęli ciąć koszty. W pierwszej kolejności te na cele reprezentacyjne, więc zapotrzebowanie na nasze usługi spadło niemal do zera. Firma padła - opowiada Kasia Krakowiak, która przeniosła się do Wielkiej Brytanii dwa lata temu. Wśród jej znajomych co druga osoba też straciła pracę. Najgorzej mają ci zatrudnieni w fabrykach, a według brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych pracuje tam ok. 65 proc. Polaków. Po upadku sieci sklepów Woolworths pracę straciło w tym miesiącu już ok. 30 tys. ludzi, w tym kilkuset Polaków.

W tak fatalnej sytuacji tamtejsza gospodarka nie była od czasu kryzysu z lat 80. W ubiegłym roku PKB Wielkiej Brytanii spadł najbardziej od 1980 roku. - W czwartym kwartale 2008 roku zmalał o 1,5 procent - podało brytyjskie Krajowe Biuro Statystyczne. Równie gwałtownie spadają obroty przemysłu. Na przykład produkcja samochodów zmalała w grudniu 2008 r. prawie o połowę w porównaniu z tym samym miesiącem poprzedniego roku. Kryzys odczuwa też handel. Zwłaszcza sklepy z droższymi towarami mają coraz mniej klientów, np. sklepy muzyczne Zavvi. Do przedsiębiorstw, które musiały ograniczyć zatrudnienie, należał też producent słynnej Viagry - Pfizer, czy wytwórca przenośników taśmowych Fenner. Najbardziej hiobowe prognozy mówią, że bezrobocie w Wielkiej Brytanii będzie rosło aż do 2010 r. Na koniec listopada ub.r. bez pracy było już 6,1 procent - dwa miliony ludzi. To najwyższy poziom od 1999 roku.

Zwalniają emigrantów

Na nieszczęście dla Polaków wśród zwalnianych jest coraz więcej emigrantów. Pracy nie mogą być pewni ani ci nieznający angielskiego i zatrudnieni na przysłowiowym zmywaku (coraz mniej Brytyjczyków chodzi do restauracji), ani nawet perfekcyjnie władający językiem specjaliści od finansów czy zarządzania. - Żaden pracodawca nie przyzna się, że powodem zwolnienia Polaka była jego narodowość, ale nie ma co się czarować, że brytyjscy pracodawcy wolą zwolnić emigranta niż Brytyjczyka. Ze zwykłej narodowej solidarności. Zwolnienie motywowane pochodzeniem trudno udowodnić, bo szef zawsze może coś wymyślić - mówi socjolog Aleksandra Łojek-Magdziarz, która zajmuje się polską emigracją na Wyspach.

- Na początku recesji pracodawcy są bardziej skłonni do zwalniania pracowników mniej wykwalifikowanych, a do nich należy większość Polaków na Wyspach - komentuje sytuację prof. Krystyna Iglicka z Centrum Stosunków Międzynarodowych.

Pracę tracą więc ci, których Wielka Brytania jeszcze nie tak dawno serdecznie do siebie zapraszała. W tym ok. pół miliona zatrudnionych legalnie polskich emigrantów. Niektórzy z naszych rodaków stracili pracę natychmiast, gdy jesienią ubiegłego roku odtrąbiono kryzys finansowy.

Na zasiłku, a może do Norwegii?

A ma być jeszcze gorzej. W tym roku bezrobocie ma wzrosnąć powyżej 8 proc., co oznacza, że na zieloną trawkę trafi kolejny milion ludzi. - Dokładnych danych można oczekiwać dopiero w kwietniu, ale już teraz można powiedzieć, że w wyniku kryzysu pracę straciło kilkadziesiąt tysięcy Polaków - mówi Bator.

Najgorsze jest to, że Brytyjczycy, zwłaszcza ci z niższych klas, coraz bardziej otwarcie okazują wrogość wobec emigrantów. - Niektórzy już bez ogródek potrafią obciążać nas winą za rosnące bezrobocie. Nie podoba się im, że Polacy korzystają z brytyjskich zasiłków (w Wielkiej Brytanii wynosi on 60 funtów tygodniowo - 276 zł) - mówi Aleksandra Łojek-Magdziarz.

Mimo rosnącej niechęci Brytyjczyków większość z tych Polaków, którzy stracili ostatnio pracę, raczej nie myśli o wyjeździe. Chce przeczekać kryzys, właśnie korzystając z zasiłków.

- Do kraju wrócili głównie ci, którzy liczyli na szybki zarobek na Wyspach - mówi Maciej Bator. - Tacy, którzy liczyli, że szybko zarobią tyle, by w Polsce kupić mieszkanie czy rozkręcić własny interes. Szacuje się, że takich osób jest ok. 100 tys.

Jeszcze inni wyruszają w poszukiwaniu pracy do Norwegii czy Holandii, gdzie kryzys nie jest tak dotkliwy jak w Wielkiej Brytanii.
źródło: metro